Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń, ARMENIA – Karawany śmierci, wyd.Czarne, Wołowiec, 2016

773883-armenia-karawany-smierci

Czytelniku,

Początkiem kwietnia 2016 roku, kiedy po raz kolejny wybuchła na cztery dni wojna armeńsko-azerska o Górny Karabach, kończyłem właśnie książkę dwojga autorów, Andrzeja Brzezickiego i Małgorzaty Nocuń „Armenia – karawany śmierci”. Książka ta stanowiła dla nie zaproszenie dla lepszego zrozumienia Armenii.

To kraj żyjący w napięciu między mitem i codziennością. Mit dawnej Armenii (którą ormiańscy historycy chętnie utożsamiają z państwem Urartu) obrazuje widoczna z Erywania, stolicy tego małego, dumnego kraju, góra Ararat. Dawny wulkan wznoszący się na ponad 5800 metrów jest dla Ormian faktycznym obrazem dawnej potęgi. Ironia polega także na tym, że Ararat jest położony dziś w Turcji, choć zaledwie o rzut beretem od granicy. Granica ta pozostawała przez większą część XX wieku zamknięta.

W książce obecny jest niesłychanie bolesny kontekst ludobójstwa. Zorganizowane przez ottomański rząd (odpowiedzialny Mehmet Thalatt) ludobójstwo na Ormianach w czasie I wojny światowej jest dziś wyznacznikiem polityki, kultury i rozumienia historii tego małego kraju. Opowiada o miejscach oraz o ludziach, świadkach masakry pierwszy rozdział książki, który jest niesłuchanie w wymowie brutalny, choć brutalizm dozuje z wiwisekcją lekarza. Ormianie, tak jak Izraelczycy noszą w sobie piętno zagłady. Gdyby nie ono, być może jako naród i jako państwo, Armenia dziś byłaby w innym miejscu.

Drugi rozdział opowiada o ludziach ormiańskiej polityki. Serż Sargsjan i Robert Koczarjan to ewidentne postacie, które wzniosły się na wyżyny armeńskiej polityki po upadku ZSRR. Oczywiście w czasach radzieckich wszystko było łatwiejsze. Ale polityka to także brud: wszechobecna korupcja stała się drugą twarzą, drugą stroną polityki w tym kraju. Czasami za uczciwość płaci się najwyższą cenę. Porażające są natomiast opowieści o matkach, które chcą opłakać swoich synów zamordowanych za odmowę korupcji w armii.

Górny Karabach, czyli Czarny Ogród stanowi niezwykle mocne odniesienie w tej książce. Rozdział o tej wojnie czytałem w kwietniu, kiedy znów wybuchły walki (to już tak zwana wojna czterodniowa 2016). Sukces Ormian w tej wojnie był świadectwem męstwa ich żołnierzy. Nota bene weterani, często ze złamanym życiem, są pozostawieni sami sobie. Książka pomaga zrozumieć mechanizmy napędzające tę wojnę, jedną z najdłuższych jakie zna współczesny nam świat. Jest to wojna nieprzejednana – w której nie ma prostych kategoryzacji i rozwiązań. Wszyscy są winni. Zapoczątkowana jeszcze w okresie schyłkowym ZSRR, w czasie pierestrojki i glasnostki Gorbaczowa, pożera ofiary po dziś dzień.

Erywań – to rozdział samoistny. Po raz pierwszy, nie będąc nigdy w Armenii, mogłem poczuć zapach ulicy. Wyobraźnia jest jednak nieokiełznana, kiedy książka jest tak plastyczna. Urok literacki tej części reportażu jest opowieścią nie tylko o mieście, ale i o ludziach. Najbardziej żal baranów, które pogodzone z losem, stłoczone, nieme, czekają na rzeź. Nie potrafiłbym zabić zwierzęcia. To jest mocny moment książki.

Książka Andrzeja Brzezickiego i Małgorzaty Nocuń jest znakomitą opowieścią o Armenii dla ludzi, którzy już odwiedzili ten kraj i tych, którzy jeszcze tam nie byli.

Opublikowano Armenia, recenzja, reportaż, Rosja, Związek Radziecki | Otagowano , , , | Skomentuj

Katarzyna Surmak-Domańska, KU KLUX KLAN. Tu mieszka miłość, wyd. Czarne, Wołowiec 2015

kukluxklan

Czytelniku tego bloga,

Południe USA w sensie historycznym obejmuje 11 stanów południowo-wschodnich i środkowych stanów USA, które w roku 1861 rozpoczęły przegraną wojnę o odłączenie się od Unii, zwaną wojną secesyjną. Jednak klęska z 1865 roku nie oznaczała bynajmniej rezygnacji z poczucia odrębności wobec reszty Stanów Zjednoczonych. Książka Katarzyna Surmiak-Domańskiej, reporterki związanej z Gazetą Wyborczą, jaka w roku 2015 ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne, przywołuje problematykę rasistowskiego i antysemickiego Ku Klux Klanu, który dziś w epoce w historii Ameryki, w której Afroamerykanin został prezydentem, zdaje się przezywać coś na kształt renesansu. Książka opisuje zjawisko w sposób barwny i dużym literackim kunsztem, nie daje jednak odpowiedzi na pytanie fundamentalne: dlaczego dziś Ku Klux Klan odradza się w dawnych konfederackich stanach Południa?

Przeczytałem tę książkę z żywym zainteresowaniem, częściowo dlatego, że zawsze fascynowała mnie wojna secesyjna w USA, a częściowo dlatego, że poznani przeze mnie Amerykanie w Nowym Jorku na konferencji w roku 2014, niespecjalnie mieli ochotę na to, żeby ze mną porozmawiać o tym, czym dziś dla białych ludzi z Południa jest „Południe”, dawne konfederackie Południe produkujące bawełnę, charakteryzując się segregacją rasową na ulicy, w szkole i w restauracji. Moja ciekawość została zaspokojona książką Surmiak-Domańskiej w dużym stopniu. Książka ta jest reportażem, ale jednej rzeczy nie dowiedziałem się: dlaczego polska dziennikarka pojechała do Bible Belt i tam wypytywała różnych ludzi o ich życie.

Książkę Surmiak-Domańskiej muszę jednak ocenić bardzo pozytywnie. Ma niezaprzeczalne cechy poznawcze i polemiczne. Znakomite są rozdziały ukazujące przeszłość Ku Klux Klanu, a właściwie czterech jego odsłon dziejowych i zarazem zbrodni popełnianych przez jego członków. Reportażystka zauważyła też, za co jej dzięki składam, że dziś Amerykanie w epoce Obamy, czy legalnie zawieranych małżeństw jednopłciowych instynktownie wzdrygają się na sam dźwięk nazwy Klanu, a zapominają o tradycji linczu, która na przełomie XIX i XX wieku oraz jeszcze w latach trzydziestych wieku XX zebrała makabryczne żniwo. Linczów nie dokonywali ludzie Klanu, ale zwyczajni Amerykanie. Jedno z najsłynniejszych zdjęć wykonanych w miasteczku Marion w stanie Indiana (to nie Południe!) przedstawia powieszonych czarnoskórych nastolatków Thomasa Shippa oraz Abrama Smitha w sierpniu 1930 roku w towarzystwie kilkudziesięciu roześmianych i zadowolonych z egzekucji białych, w tym nastolatków, kobiet w ciąży, przeważnie młodych białych mężczyzn. Na czym polega hipokryzja Ameryki? Na tym, że lincze na kolorowych odbywały się z szerokim poparciem społecznym, nie tylko ekstremistów z dawnych stanów Konfederacji.

Książka polskiej dziennikarki ukazała się w roku 2015 w czasie, kiedy Ameryka przeżywała jedną z najbardziej palących dyskusji po tym jak 17 czerwca 2015 roku w baptystycznym kościele  afroamerykańskim w Charleston w Karolinie Południowej młody, biały prawicowy ekstremista zastrzelił 9 osób. Sprawa ta stałą się początkiem debaty nad wojskową flagą konfederatów (niebieski krzyż św. Andrzeja z 11 białymi gwiazdami na czerwonym polu), która swobodnie do tego czasu wisiała obok Kapitolu w Charleston. Przez Amerykę przetoczyła się wówczas niezwykła debata nad symboliką wojny, najstraszniejszej w historii USA, zakończoną 160 lat temu, która okazała się dalej bardzo bolesna. Wydawało się, że rana po wojnie secesyjnej dawno się zabliźniła, a dzięki prezydenturze Obamy, jakże ważnej z perspektywy społecznej w USA, praktycznie przestała mieć znaczenie. Flagę Konfederacji zdjęto. Pozostałą jednak na cmentarzach żołnierzy Południa.

Książka skupia się na kilku bohaterach, twórcach klanu z miasteczka Harrison z Arkansas, gdzie mieszkają sami biali…dziennikarka przybliża ich życie, poglądy, często śmieszno-straszne, niekiedy smutne, zamknięte, i archaiczne. Między tymi rozdziałami, które mają charakter reportażu, przemykają rozdziały z odniesieniem historycznym. Dla mnie najciekawsze. Nie wiedziałem, że Ku Klux Klan nie jest organizacją hierarchiczną. Nie dziwi mnie to, choć nienawiść rycerzy klanu do katolików nieco osłabła w ostatnich czasach, nie na tyle jednak, żeby wyrzec się perspektywy horyzontalnej, poziomej, bliższej protestanckim teologom. Żywiołem klanu nie jest dziś nienawiść rasowa, choć rasizm jest głęboko ukryty. Klan przeszedł ewolucję pozytywną – DZIŚ mówi się o miłości do własnej rasy, miłości do czystości, itd. Stąd ironiczny tytuł, jaki nosi książka.

Ciekawym spostrzeżeniem jest to, że ilekroć Ku Klux Klan się w Ameryce odradzał, tylekroć znajdował wyznawców wśród sfrustrowanych, byłych żołnierzy. Tak było po wojnie secesyjnej, po I wojnie światowej, po II wojnie światowej, po Wietnamie i dziś po wojnach w Iraku i Afganistanie. Dziś Klan ma też wyraz antyislamski i antyżydowski. Jednak Katarzyna Surmiak-Domańska nie pokusiła się o głębszą analizę tego zjawiska. W moim przekonaniu coraz bardziej widoczny, tryumfalny pochód skrajnie prawicowych partii, który ma różne oblicza – W USA to jest Trump, we Francji „cywilizowana” pani Le Pen, w Niemczech AfD, w Austrii OFP, na Węgrzech Orban - ma swoje korzenie w rozwarstwieniu społecznym, jakie bardzo boleśnie uderzyło klasę średnią po kryzysie finansowym roku 2008. Ten kryzys w przeciwieństwie do tego z 1929 nie wyhodował biedy, z której wyrósł faszyzm, ale zaowocował ruchami kontestującymi i odrzucającymi porządek liberalnej demokracji. W moim przekonaniu Bible Belt wpisuje się w szerszy kontekst.

Książka ma dużą wartość  poznawczą. Pod względem literackim istnieją lepiej napisane i zakomponowane reportaże. Książka jest rzetelna, nie przegadana, ale dla osób nie interesujących się Ameryką, może być trudna w odbiorze. Jednak ja nieustannie nie mogę odpędzić pytania: czy gdyby redaktorka Surmiak-Domańska wytłumaczyła swoim rozmówcom z Ku Klux Klanu jaką gazetą jest „Wyborcza”, czy w ogóle by dopuścili ją do siebie?

Opublikowano antysemityzm, Biblia, faszyzm, rasizm, reportaż, USA, wojna secesyjna | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Andrew Roberts, Napoleon Wielki, tłum. M. i T. Fiedorek, J. Włodarczyk, wyd. Magnum, Warszawa 2015

Ebooki literatura faktu eBook Napoleon Wielki

Czytelniku cierpliwy tego bloga,

Ochotę na tę książkę nabrałem latem zeszłego roku. Wielkie tomisko autorstwa kolejnego brytyjskiego historyka, Andrew Robertsa, przyciągało moją uwagę leniwie leżąc w wystawie księgarni. Kupując książki, które chcę przeczytać, nigdy nie kieruję się jakąś jedną miarą. Książka historyczna musi wciągać, mieć „to coś”, co sprawi, że sięgnę po nią. Tak właśnie było w przypadku biografii Napoleona pióra angielskiego historyka i dziennikarza.

Muszę przyznać, że dla mnie jako historyka specjalizującego się w wieku XIX książka ta stanowiła lekturę obowiązkową. W Polsce brakowało dużej, wieloaspektowej i wreszcie wyzwolonej z „polskiego” myślenia o Bonapartym biografii. Książka Robertsa zapełnia te lukę. Mówię otwarcie: jeśli liczycie tylko na politykę, zawiedziecie się. Ta książka jest o życiu, o epoce, o wojnach (świetnie opisanych), seksie, tyranii i upadku. Jest też przewrotna opowieścią o mechanizmach władzy, które zawsze prowadzą człowieka ku samotności i pustce.

Z uwagi na ogrom tej książki muszę od razu zaznaczyć, że jest to niezwykle mocno oparta na źródłach biografia najbardziej niezwykłego Korsykanina w historii. Dla niewtajemniczonych od raz zaskakuje fakt, że Napoleon w domu mówił po włosku, a językiem francuskim posługiwał się biegle (robiąc straszliwe błędy ortograficzne), ale zawsze jako językiem drugim. Roberts prowadzi czytelnika po życiu Napoleona od najwcześniejszych lat dzieciństwa i młodości. Książka jest bardzo klarownie i klasycznie zbudowana, z trzech części, klasycznie prowadzących czytelnika przez wzlot, szczyt kariery i wielki finał. Ta matryca kariery Napoleona została nałożona w naprzemiennie następujących rozdziałach na chronologiczną matrycę jego życia. Rozdziały zostały tak zakomponowane, by oddać przełomowy charakter wydarzeń w życiu cesarza. I tak, rozdziały takie jak „Egipt”, „Brumaire”, „Austerlitz” nie pozostawiają wątpliwości co do chronologicznej, klasycznej matrycy konstrukcyjnej książki. Muszę powiedzieć, że zdecydowanie pomaga to w odbiorze dzieła. Pomaga czytelnikowi wrócić do przerwanej lektury, co wobec gigantycznej objętości dzieła nie nastręcza problemów.

Z lektury wyłania się intrygujący obraz Napoleona jako człowieka. Jego prywatność, życie seksualne (bardzo bogate i urozmaicone) oraz jego stosunek do najróżniejszych aspektów życia, polityki, literatury i muzyki wyłania się z drobiazgowo zanalizowanych listów cesarza. Napoleon jako jeden z niewielu ludzi jego pozycji pozostawił gigantyczny zbiór 33 tysięcy (sic!), wydanych i skatalogowanych listów pisanych ręką cesarza, które Fundacja Napoleońska wydała od 2004 roku. Listy te stały się podstawą źródłową tej książki, co stawia biografię Andrew Robertsa wśród najwybitniejszych pozycji historiograficznych dotyczących Bonapartego, jakie kiedykolwiek napisano. I tak feministki nie mogą lubić Napoleona pod żadnym względem. Jego stosunek do kobiet był przedmiotowy i bezwzględny. Uważał, że jedyne co kobieta ma to ciało i to jest jedyny jej atut. Uważał, że kobieta nie powinna być zbyt inteligentna, ponieważ nie to jest jej powołaniem. Poglądy zatem na kwestię kobiecą miał Napoleon w normie swoich czasów. Zarazem, Napoleon nie był bigotem. Przyjaźnił się w sposób bardzo lojalny z Jeanem Jacquesem Cambacérèsem, faktycznym twórcą cywilnego kodeksu napoleońskiego, którego jawny homoseksualny styl życia nie był żadną tajemnicą. Napoleon był raczej tolerancyjny wobec różnych przejawów ludzkiej seksualności, choć sam, w sposób konsekwentny był zdobywcą kobiet.

Książka ta siłą rzeczy oddaje wspaniale nakreśloną panoramę napoleońskich wojen. Z intuicją znawcy angielski historyk bez ogródek wskazuje na uwarunkowania naturalnego geniuszu strategicznego Napoleona. Był doskonałym matematykiem i obserwatorem. W przerwie bitwy pod Lodi z armią austriacką w północnych Włoszech Napoleon bawił się w wyciąganie pierwiastków sześciennych. Potrafił matematycznie zanalizować teren, na którym walczył. Dostrzegał naturalne uwarunkowania, pagórki, rzeki, płoty, naturalne pozycje. Ale całe nowatorstwo militarnego geniuszu Napoleona było też skorelowane z czasem, w jakim żył. W epoce tej nie istniały asfaltowe drogi. Polne drogi były wąskie i siłą rzeczy poruszająca się armia musiała wybierać kilka tras na raz, żeby zdążyć na czas. Napoleon podzielił armię na korpusy, a te na dywizje i brygady, te zaś na bataliony (pułki). Armia zyskała większą mobilność. Bonaparte był też wyznawcą zasady, że należy wejść między wrogie armie i rozbijać jedną po drugiej, zanim wróg zdoła się połączyć. Bonaparte wygrywał tak długo, dopóki jego wrogowie nie odrobili lekcji i nie zaczęli walczyć tak jak on. Wówczas przegrał, a nastąpiło to w 1815 roku, kiedy miał przeciw sobie całą Europę.

Książka pozwala się uwolnić polskiemu czytelnikowi od polsko-centryczności w spojrzeniu na Napoleona. O Polsce jest zaskakująco mało i chyba trzeba się przyzwyczaić, że dla Napoleona sprawa polska była sprawą z pogranicza Imperium, sprawą nie drugo, ale trzeciorzędną. O romansie z hrabiną Walewską znajdziemy kilka akapitów, ale bez ogródek Walewska wychowała ich wspólnego syna na Francuza. Syn Napoleona został ministrem spraw zagranicznych Francji w okresie II Cesarstwa za Napoleona III. Za wyjątkiem inwazji na Rosję, o Polsce jest znikomo. Napoleon potrafił przyjaźnić się z Polakami:. pierwszym był jego adiutant w Egipcie, potem generał Kossaowski, i sam  książę Józef Poniatowski.

Czy Napoleon był genialny, ale niebezpieczny? Rozkładem i śmiercią setek tysięcy swoich żołnierzy Grand Armee w Rosji się nie przejął. Miał zaskakująco dużo szczęścia w swojej karierze. Gdy upadli Jakobini, od śmierci uratowała go Józefina. Wyszedł cało z dwu zamachów, jakie zorganizowali na niego rojaliści. Bez cienia wahania skazał na śmierć księcia d`Enghein w roku 1804, mimo że człowiek ten mu nie zagrażał. Andrew Roberts wskazuje, że Napoleon Bonaparte jest ostatnim z oświeceniowych tyranów, który zdołał przesunąć akcenty. Bez niego nie nadeszłaby w Europie era konstytucyjnych państw, oraz dał Europie wyrastający z tradycji oświeceniowej kodeks cywilny. Jest jednym z ludzi, którzy zmienili Europę, i wywarli na późniejszych epokach piętno. Książkę Andrew Robertsa, wydaną przez wydawnictwo Magnum, polecam wszystkim miłośnikom historii, nie tylko bonapartystom. To lektura totalna, konieczna dla zrozumienia epoki. Wydaje się nieodzowna na studiach historycznych.

Mistrzowska książka.  

 

Opublikowano Bez kategorii, Bonaparte, Francja, historiografia, literatura historyczna, Napoleon, wojna | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

Timothy Snyder, CZARNA ZIEMIA. Holokaust jako ostrzeżenie, tłum. Bartłomiej Pietrzyk, ZNAK, Kraków 2015

 

673998-czarna-ziemia-holokaust-jako-ostrzezenie

Czytelniku,

Wobec ostatnich wydarzeń, zamachów terrorystycznych i coraz większego strachu, książka Timothy`ego Snydera jawi się dla polskiego czytelnika jako ostrzeżenie podwójne. Z jednej strony ukazuje ona mechanizm Zagłady, a z drugiej stanowi ostrzeżenie przed samo spełniającą się przepowiednią: Obcość napędza alienację, ta pogłębia strach, a ten rodzi nienawiść, która prowadzi do monstrualnych zbrodni. Timothy Snyder jest znanym profesorem Uniwersytetu w Yale i wybitnym znawcą nowożytnego nacjonalizmu, jednym z najbardziej znanych, utytułowanych i naprawdę wybitnych znawców zagadnień historii XX wieku.

Mam jednak z książką Synder pewien kłopot. Ma on dwojaki charakter. Czytelnik szukający w „Czarnej ziemi” historii Holokaustu z wnikliwością wiwisekcji zawiedzie się: nie jest to książka monograficzna, a gatunek wypowiedzi historycznej, który amerykańskim i szerzej anglosaskim historykom wychodzi najlepiej. To błyskotliwie napisany esej historyczny, czyli gatunek którego polscy historycy z małymi wyjątkami nie potrafią uprawiać, albo traktują go w najlepszym wydaniu jako niepoważny sposób uprawiania historii. Ja oczywiście stoję na stanowisku, że to gatunek zupełnie podstawowy, to fundamentalna wypowiedź każdego historyka, który pragnie osiągnąć mistrzostwo formy.

Książkę zaczyna opis „świata Hitlera”. Jest to zabieg zupełnie przemyślany, ponieważ aby zrozumieć logikę, jaka stała za Holokaustem, trzeba zrekonstruować – lub próbować tego dokonać – tok myśli nazistowskiej, jaka stała za tą zbrodnią. Snyder czyni to w sposób przystępny dla czytelnika niezorientowanego, ale dość powtarzalny i irytujący dla prawionych w temacie. Podkreślam, że mamy do czynienia z amerykańskim sposobem uprawiania historii – a ów sposób to przede wszystkim debata, ciągle aktualizowana i przetwarzana o nowe odczytania. Spotkany w Berlinie latem zeszłego roku amerykański nauczyciel, student Snydera, powiedział, że amerykański sposób uprawiania historii różni od polskiego szczególnie to, że historia jest przede wszystkim „debatable narration”, co można rozumieć jako narrację nastawioną na wymianę poglądów, narrację otwartą.

Bardzo dużo miejsca Snyder poświęca Polsce. Dziwić to nie może, ponieważ Polska przed rokiem 1939 była trzecim krajem na świecie pod względem liczby zamieszkujących go Żydów, zaraz po USA i Związku Radzieckim, a Warszawa była największym na świecie miastem z żydowską populacją. O świecie Żydów polskich, migotliwym i nieistniejącym dziś, przypomina Polakom i nie tylko im znakomite POLIN, Muzeum Historii Żydów Polskich. Snydera nie interesuje ów świat, ale jego relacyjność do świata rozpiętego w perspektywie geograficznej Berlin-Warszawa-Moskwa, między tymi trzema stolicami rozegra się gros doświadczenia określanego mianem Zagłady.

Czytając książkę Snydera po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z mechanizmu, który pośrednio doprowadził do zabicia Żydów przez Niemców wraz z licznym i dobrowolnym współudziałem narodów wschodniej Europy, szczególnie krajów ZSRR. Jaki to mechanizm? Podwójnego zniszczenia Europy Wschodniej przez ZSRR i Niemcy. Otóż po pakcie Ribbentrop-Mołotow, Związek Radziecki okupował i zniszczył państwowość krajów Bałtyckich – Litwa, Łotwa, Estonia, zmienił strukturę społeczną wschodniej Polski włączonej do białoruskiej i ukraińskiej Republiki Radzieckiej, oraz część Rumunii znanej dziś jako Mołdawia. Setki tysięcy Polaków zostały zesłane na Syberię. Snyder bardzo przekonująco opisał proces podwójnego zniszczenia państwowości tych krajów. Sowiety mordowały i niszczyły intelektualną elitę łotewską, czy polską, a po czerwcu 1941 roku przyszli na te tereny Niemcy i zniszczyli je ponownie. Przy czym dla Bałtów wejście NIEMCÓW oznaczało wyzwolenie z koszmarnego sowieckiego jarzma. Brak jakiejkolwiek państwowości i brak prawa, które chroniłoby Żydów miał według Snydera decydujące znaczenie dla rozpętanej przez Niemców bestialskiej i fanatycznej orgii mordu. Historyk świetnie to kontrastuje pokazując przykład Danii, gdzie Niemcy pozostawili całe państwo nie niszcząc go. Za niemieckiej okupacji działał duński rząd, panował król, i Duńczycy zdołali ocalić prawie wszystkich swoich Żydów. We Francji zginęli wydani przez reżym Vichy Żydzi mający status bezpaństwowców, ale obywatele francuscy będący Żydami mieli szansę na przeżycie. Bułgaria, mimo że była sojusznikiem Niemiec, nie wydała swoich Żydów i odmówiła jakiejkolwiek pomocy Niemcom w tej sprawie. Ksiądz Tiso, prezydent Słowacji, wielbiony przez populistyczną prawicę w tym kraju, sam zaoferował Niemcom deportację Żydów i jeszcze Niemcom za to dopłacił.

Związek miedzy suwerennością i przetrwaniem najdobitniej ukazał dramat Żydów węgierskich. Ta społeczność licząca prawie 700 tysięcy osób nie miała lekko w reżymie Horthy`ego, ale miała szansę na życie. Gdy weszli na Węgry Niemcy w marcu 1944, suwerenność Węgrów się skończyła i zaczęły się wywózki do Auschwitz-Birkenau, a tragedia węgierskich Żydów nabrała apokaliptycznego wymiaru, co tak boleśnie pokazuje znakomity film „Syn Szawła” nagrodzony w Cannes 2015 i Oscarem w roku 2016. Gdy Horthy powiedział Niemcom w lipcu 1944 roku NIE, wywózki się skończyły. Gdzieś wybrzmiewa zatem również tragedia polskich Żydów. Polskie państwo nie istniało, Niemcy zniszczyli je całkowicie zostawiając tylko smutną granatową policję, Czerwony Krzyż oraz Radę Główną Opiekuńczą. Snyder pomija relacje polsko-żydowskie po okupacją i nie nadaje im takiego wymiaru, jakiego mają na przykład świetnie opisane relacje Żydów, obywateli ZSRR wydawanych i mordowanych przez innych obywateli ZSRR.  Snyder również kapitalnie wydobył zmowę milczenia, jaką po wojnie w Związku Radzieckim objęto kwestię masowego współudziału Białorusinów, Ukraińców, etnicznych Rosjan w mordowaniu Żydów. W tym przypadku, zdaniem Snydera, zadziałał mechanizm korzyści. Jak przyłączymy się do zabijania, nikt nie będzie mógł nam zarzucić tego, że byliśmy oddanymi sprawie stalinowcami.

Żałuję, że Snyder doskonale znając źródła nie podjął polemiki z lansowaną i niemożliwą do udowodnienia tezą Jana Tomasza-Grossa, że Polacy w czasie II wojny światowej zabili lub przyczynili się do śmierci  więcej Żydów niż Niemców. Pod względem warsztatu, wykorzystania źródeł, eseistyka Jana Tomasz Grossa jawi się niewspółmiernie słabiej od narracji Snydera, który cały czas utrzymuje w książce równy poziom, poza zakończeniem, które stało się egzemplifikacją liberalnego wyznania wiary i obsesje profesora Snydera. W ostatnim rozdziale tej oryginalnej i arcyciekawej książki Timothy Snyder po prostu „odleciał”. Cytując Adorno i Horkheimera piszących o kryzysie mieszczańskiego świata, pisząc o kryzysie gospodarki rynnowej, Snyder zabawił się w wyszukiwanie, kto może być następnym obiektem Holokaustu. Snyder nie zauważył, że chrześcijanie zostali praktycznie wymordowani przez islamistów od 2003 roku w Iraku i Syrii, choć dostrzegł, że przyczyną katastrofy Bliskiego Wschodu jest idiotyczna polityka USA po 11 września 2001 roku. Dostrzegł, że Putin zburzył porządek po II wojnie światowej, ale zarazem dostrzegł, że spiskowa teoria o homoseksualnym lobby ma tyle samo wspólnego z prawdą, co mit Żyda na Wall Street. Nie zmienia to jednak faktu, że ostatni rozdział jest najsłabszą intelektualnie częścią tej ważnej, intrygującej i klarownie napisanej książki. Dlaczego? Bo to publicystyka z tygodnika wzięta. Niepotrzebna, choć wynikająca z konieczności zamknięcia książki metaforą odnoszącą się do przyszłości.

Słówko o metaforze tytułu – w oryginale „Black Earth”, można dosłownie traktować to jako odniesienie geograficzne do znakomitych ukraińskich i rosyjskich czarnoziemów, które mogą rodzić chleb, stały się masowym grobem milionów ludzi, których skazała na eksterminację polityka Niemców. Jest chyb jeszcze jedno wytłumaczenie „Black Death” to nawiązanie do czternastowiecznej dżumy. Podobieństwo językowe tych dwu wyrażeń przenosi książkę Snydera do rzędu metafor intuicyjnych, jak nazywam świadome i zamierzone użycie przez autora nawiązania do innego wydarzenia nadając mu nowe, uaktualnione znaczenie. Jeśli tak rozumować Czarna Ziemia, to metafora planety ogarniętej trądem, jadem nienawiści jednego do drugiego człowieka. Wówczas ludobójstwo uprzemysłowione stanie się przypadłością każdego pokolenia.

Książka Snydera polecam każdemu zgłębiającemu historię Holokaustu, studentom historii, którzy chcą się uczuć warsztatu, jak pisać historię, żeby nie nudzić nią oraz każdemu, kto zadaje sobie pytania o kondycję człowieczeństwa A. D. 2016. I to nie jest bynajmniej wesoła konstatacja.

Opublikowano antysemityzm, Czarna Ziemia, faszyzm, front wschodni, historiografia, Holokaust, II Wojna Światowa, Niemcy, recenzja, Szoah, totalitaryzm, zbrodnie II wojny światowej, Związek Radziecki | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj

Cezary Łazarewicz, Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka, wyd. Czarne, Wołowiec 2016, ss.313

Przemyk

Czytelniku,

Gdy milicja zatłukła maturzystę Grzegorza Przemyka w warszawskim komisariacie na ulicy Jezuickiej w Warszawie w maju 1983 miałem cztery lata. Z oczywistych powodów nie pamiętam atmosfery i nagonki, jaką władze PRL rozpętały zaraz po tym na matce chłopca, lekarzach oraz sanitariuszach pogotowia ratunkowego, których próbowano wrobić – niestety skutecznie – w pobicie. Gdy tylko zobaczyłem książkę Łazarewicza w księgarni, natychmiast ją kupiłem licząc na znakomitą lekturę. I się nie zawiodłem. Uważam, że książka ta jest jednym z najlepiej napisanych reportaży historycznych dotyczących mrocznych czasów dyktatury generała Jaruzelskiego w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku.

Sprawa śmiertelnego pobicia dziewiętnastoletniego Grzegorza Przymyka, warszawskiego maturzysty była, obok wcześniejszej śmierci Stanisława Pyjasa, czy nieco późniejszej śmierci księdza Popiełuszki jednym z najsłynniejszych mordów dokonanych przez przedstawicieli władzy ludowej na Polakach w schyłkowym okresie PRL. Książka Cezarego Łazarewicza, dziennikarza i reportażysty wydana nakładem wydawnictwa Czarne przed miesiącem podejmuje raz jeszcze tę głośną przed laty sprawę, ale z punktu widzenia literackiego reportażu. Kluczem do odczytania tego reportażu jest jednak historia, która na płaszczyźnie narracyjnej książki, nie jest zamkniętą przeszłością, ale stanowi rodzaj continuum łączącego czas i ludzi, cierpienie i zapomnienie, kłamstwo i walkę z nim. Dziś nie żyje nie tylko Grześ Przemyk i jego matka, ale także ojciec. Odchodzą powoli ludzie, którzy pamiętali ten straszny czas. Książka ta stanowi zatem próbę przywrócenia pamięci Grzegorzowi Przemykowi i jego matce Barbarze Sadowskiej.

Muszę powiedzieć, że dawno nie czytałem książki z takim ciężarem gatunkowym o PRL. Pozycja ta stanowi książkę będącą pochodną obfitych źródeł historycznych z IPN, ale napisaną nieporównanie lepiej i wielopłaszczyznowo niż zrobiliby to historycy IPN. Przede wszystkim dlatego, że nie zachowuje linearności opowiadania. Łazarewicza interesuje sama sprawa pobicia i śmierci Przemyka, ale zarazem, bohaterem tej narracji jest jego matka, zapomniana dziś poetka Barbara Sadowska (1940-1986). Bohaterami są wrobieni przez władze PRL w śmierć jej syna sanitariusz i kierowca karetki pogotowia ratunkowego. Łazarewicz pozwolił w swej książce mówić wielu ludziom, którzy byli dla Grzegorza Przemyka ważni. Do centralnych pozycji tej książki urósł również przyjaciel Grzesia, Cezary F. który jako jedyny bezpośredni świadek pobicia – „Bijcie tak, żeby nie było śladów” mówił milicjant do swoich kolegów, którzy katowali Przemyka – nigdy nie wycofał zeznań, choć Służba Bezpieczeństwa dosłownie stawała na głowie prowadząc rozległą grę operacyjną mającą na celu najpierw szantaż, by Cezary F. wycofał się z zarzutów wobec MO, a potem, żeby go zdyskredytować.

To książka o śmierci zadanej młodemu chłopakowi, który lubił dziewczyny, imprezy, poezję, czy muzykę Jacka Kaczmarskiego na gitarze, ale zarazem autorowi udało się stworzyć wielopłaszczyznową opowieść o żałobie matki i jej powolnym odchodzeniu. I o wszechobecnej sieci szpicli Służby Bezpieczeństwa, którzy otaczali matkę, jej przyjaciół podtrzymujących ją na duchu. Barbara Sadowska została ukazana z dwu perspektyw: cierpiącej „Matki-Polki”, która cierpi za naród i zwykłej zrozpaczonej kobiety, której wyrwano serce. Ta druga perspektywa jest  bliższa autorowi, który dystansuje się od lansowanej przez Kościół męczennicy na zasadzie „Bóg dał, Bóg odebrał”. Sadowska została ukazana taką jaką była, niezdolną do stałej pracy kobietą, z niestabilnym życiem uczuciowym, oddającą się poezji, żyjącą ze skromnej renty i samotnie wychowującą syna. Przemyk wyrastał w domu literackiej bohemy ówczesnej Warszawy, był nastolatkiem naznaczonym swoim czasem, czytającym poezję Rafała Wojaczka, enfant terrible, poetyckiego świata PRL.

Książka Łazarewicza tylko częściowo odpowiada na pytania, jakie zadałby historyk-śledczy: kto? Dlaczego? Autora „Żeby nie było śladów” interesuje niezwykle ciekawy kontekst kłamstwa, które od samego początku cechowało władze PRL: generała Kiszczaka naciskającego na uniewinnienie milicjantów, Jerzego Urbana, rzecznika rządu, kłamiącego jak z nut, czy prokuratorów zajmujących się tą sprawą. Ta książka traktuje również o strachu rozumianym jako motor działań SB, i władze PRL dążących za wszelką cenę do zatuszowania sprawy. Łazarewicz oczywiście wymienia z imienia i nazwiska ZOMO-wców odpowiedzialnych za pobicie. Przenosi nas także w świat III Rzeczypospolitej, gdzie nie można było skazać sprawców. Do dziś żaden z milicjantów nie poniósł bezpośredniej odpowiedzialności. To książka o bezradności polskiego państwa wobec draństwa, podłości ludzi tworzących PRL.

„Żeby nie było śladów” jest wreszcie opowieścią o mataczeniu, o wszystkich zakulisowych działaniach władz PRL, całego potężnego aparatu nacisku. To bolesny paradoks  – główny świadek oskarżenia, Cezary F – przyznał, że w jego sprawę zamieszanych było dwustu czterdziestu różnych esbeków – a dziś III RP nie potrafiła skazać żadnego z nich. Mord na Przemyku był esencją brutalnego bestialstwa ekipy Jaruzelskiego i maestrią kłamstwa akolitów systemu. To książka potrzebna, bolesna, pozbawiona trudnego do przyjęcia patosu, znakomicie zaplanowana narracyjnie, wielopoziomowa opowieść, nadająca się do zrobienia kapitalnego thrillera historycznego osadzonego w latach osiemdziesiątych. Filmowość scen przytaczanych przez Łazarewicza jest znamienna.

Uważam, że książka „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka” Cezarego Łazarewicza powinna zostać w przyszłym roku nominowana do literackiej nagrody NIKE za książkę niefikcjonalną. Co więcej, winna stać się lekturą obowiązkową dla studentów polonistyki, historii i wszystkich tych, którzy na serio zajmują się akademicko humanistyką. Godny polecenia ten tekst także dla wszystkich interesujących się historią PRL. Ponadto pokazuje ta książka, że można i trzeba uprawiać refleksję historyczną także na poziomie literackim, bo czymże jest historia jeśli nie literaturą faktu?

 

 

Opublikowano komunizm w Polsce, literatura historyczna, Polska Ludowa, PRL, recenzja, śmierć, Służba Bezpieczeństwa, totalitaryzm, Wojciech Jaruzelski | Otagowano , , , , , , , , , , , | Skomentuj

David Cesarani, Eichmann – jego życie i zbrodnie, tłum. Jacek Lang, wyd. Replika, Zakrzewo 2012

eichmann

Czytelniku,

Trudno jest pisać recenzję po śmierci tak wybitnego historyka, jak profesor David Cesarani, badacz Holokaustu z Halloway College w Londynie, który zmarł w październiku 2015 roku. Odkładałem tę recenzję zbyt długo i źle się stało.

Wydaje mi się, że Cesarani biorąc na warsztat biografię Adolfa Eichmanna, głównego wykonawcy Holocaustu, postawił sobie arcytrudne zadanie, tylko teoretycznie możliwe do spełnienia. Jak bowiem napisać, odczytać raz jeszcze historię tak mrocznej postaci, która już na zawsze kojarzona będzie z ludobójstwem Szoah, ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej przez nazistowskie Niemcy? Profesor Cesarani był znany nie tylko z badań nad holocaustem, ale z biografistyki z tym związanej. Wydał bardzo dobrą biografię Arthura Koestlera, dziś trochę zapomnianego pisarza, przez lata zakazanego w PRL. Jednak postać Eichmanna kojarzy się przede wszystkim z książką/reportażem Hannah Arendt „Eichmann w Jerozolimie, czyli rzecz o banalności zła”. Owa banalność wykonawców Holocaustu jako teza naukowa jest punktem wyjścia książki Cesaraniego.

To jest pełna biografia, poznajemy zatem środowisko z którego Eichmann wyrósł. Mieszkał w Niemczech i Austrii i ów kontekst austriacki jest ciekawym wątkiem. Cesarani tłumaczy przede wszystkim wybory, jakich Eichmann dokonywał i robi to z zadziwiająca precyzją źródłową. Paradoks Eichmanna, na który zwróciła uwagę Arendt polegał na tym, że w czasie wojny był w zasadzie nieznany i dopiero poszukiwanie zbrodniarzy po wojnie uczyniło go znanym. Jego decyzja, żeby wstąpić do SD (Sicherheitsdienst des SS), hitlerowskiej służby bezpieczeństwa, była konsekwencją tego, że wstąpił do SS. Chciał robić karierę w politycznej rzeczywistości III Rzeszy. Wcześniej handlował ropą naftową w austriackim przedsiębiorstwie. Nauczył się wówczas precyzji, planowania dostaw, odpowiedzialności za wysłany towar i logistykę. W zasadzie przypadkiem zajął się w tej służbie problemem żydowskim; organizując głównie emigrację, szantażując ludzi w Wiedniu i Pradze. Przywoływany kontekst austriacki w sprawie Eichmanna jest wyjątkowo dla tego kraju haniebny. Pamiętajmy, że Hitler wprowadzał ustawodawstwo antysemickie ostrożnie, w ciągu dwu lat od przejęcia władzy. W Austrii odbyło się to z dnia na dzień.

Cesarani precyzyjnie określa jak zmieniła się rola Eichmanna w chwili wybuchu wojny. Ze specjalisty od emigracji i rabowania Żydów stał się specjalistą od ewakuacji na wschód. Al. wszelkie te próby były niczym, w porównaniu z tym, co wydarzyło się po 22 czerwca 1941 roku, kiedy Niemcy zaatakowały Związek Radziecki. Właśnie wtedy Eichmann świadomie i z pełną konsekwencją podjął decyzję, ze zostanie ludobójcą. Pisząc swoją epokową książkę Hannah Arendt nie znała tak dobrze biografii zbrodniarza. Jej teza o banalności Eichmanna podczas procesu w latach 1960-61 wynikała z tego, że widziała go na procesie, jego znudzenie, banalne odpowiedzi. Wówczas Eichmann nie miał władzy, a tylko wówczas stawał się bestią, jak wtedy gdy świadomie  prowadził grę w Budapeszcie latem i jesienią 1944 roku.

Cesarani na podstawie dostępnych źródeł precyzyjnie zakreślił zakres jego odpowiedzialności i podjął świadomą polemikę naukową z Hannah Arendt, szczególnie w części dotyczącej procesu. Eichmann został zbrodniarzem świadomie, z pełną konsekwencję tego, co robi. Nie było w nim psychopatii, szaleństwa, tylko żądza władzy. To ona popychała go dalej w zbrodnię. Był oczywiście patologicznym antysemitą, ale w czasie II wojny światowej było takich wielu. Eichmann w książce Cesaraniego nie jest banalnym wykonawcą rozkazów; był świadomym celu biurokratą, który dla procesu wymordowania narodu żydowskiego zrobił znacznie więcej niż wynikało to jedynie z jego kompetencji. Tak było gdy wysłał swoich współpracowników na Słowację do księdza Tiso w roku 1942.

Na czym polega ważność i aktualność książki profesora Cesaraniego? Na ukazaniu biurokraty, świadomego swoich czynów metodycznego, dokładnego, systematycznego w planowaniu ludobójstwa jako elementu technicznej, wysoko rozwiniętej cywilizacji, która z pobudek ideologicznych jest zdolna do monstrualnych zbrodni. To posępna, ale i dla historyków II wojny światowej książka niezbędna, by zrozumieć mechanizmy Holokaustu.

Słówko o technicznej stronie wydania książki. Wydawnictwo Replika, z całym szacunkiem, nie do końca zdało egzamin z jakości wydania książki. Litery w tekście są małe, przez co książka jest trudna w czytaniu. Po prostu ta ważna dla polskiego czytelnika książka mogłaby wyglądać lepiej i zostać wydana na trochę wyższym poziomie.

Opublikowano Adolf Eichmann, antysemityzm, biografia, faszyzm, historiografia, Holokaust, II Wojna Światowa, recenzja, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

Jeszcze jeden tekst o Syrii

Czytelniku,

Z pewnością zauważyłeś w ostatnich kilku miesiącach, że gwałtowne zaostrzenie wojny domowej w Syrii ma bezpośredni wpływ na Europę. Wprawdzie Syryjczycy stanowią około 1/3 wszystkich uchodźców przybyłych do Europy, ale to multilateralna wojna w Syrii jest główną przyczyną ogromnej fali ludzi z Bliskiego Wschodu. Jeśli ten stan się utrzyma, to w tym roku Europę czekać może istna „Wędrówka Ludów”, że posłużę się metaforą odnoszącą się do V wieku, kiedy ostatecznie załamało się Cesarstwo Zachodnie.

Od czasu, kiedy Rosja oficjalnie podjęła interwencję w Syrii (wrzesień 2015 roku) rozpoczynając niezwykle brutalną i efektywną kampanię lotniczą, sytuacja zaczęła się z wolna zmieniać. Wojna w Syrii zaczęła się w roku 2011 na fali masowych protestów wywołanych tzw. Arabską wiosną i zamieniła się w ostatnich latach w jeden z najbardziej dzikich i zajadłych konfliktów o podłożu religijnym, ale w który zaangażowana została wielka polityka. W 2013 roku, odkąd rebelianci zajęli Aleppo (największe miasto w Syrii północnej) wydawało się, że dni Assada są policzone, że jego klan oraz walczący u jego boku Alawici (mniejszość religijna) zostaną zepchnięci do narożnika północno-zachodniego, wokół miasta Latakia. Administracja Obamy postawiła nawet świeczkę na Assadzie zaopatrując w nowoczesne, ręczne wyrzutnie rakiet przeciwpancernych syryjskich rebeliantów. Szybko jednak okazało się, że administracja Obamy popełnia jeden błąd za drugim; pomagając tak zwanym rebeliantom, de facto uzbrajała w broń grupy radykalne. Do tego dochodziła szerokim nurtem płynąca pomoc z krajów Zatoki. Do potęgi urosły front Al-Nusra  oraz inni radykalni, sunniccy bojownicy. W 2014 roku powstało państwo Islamskie, bazując na byłych oficerach sunnickich z armii Saddama. Assad miał polec w walce z takimi przeciwnikami.

Wejście Rosjan do gry zmieniło wszystko. Iran podpisując kolejny dokument z administracją Obamy wcale nie wyrzekł się swojej mocarstwowej polityki w regionie, posyłając oddziały Gwardii Rewolucyjnej, ochotników szyickich wyposażonych i uzbrojonych do Syrii. Teraz armia Assada w niczym nie przypomina armii sprzed trzech lat. W dalszym ciągu tworzą ją szyici oraz inne mniejszości, ale zamiast obywateli Syrii walczą tam ochotnicy z Iraku (szyici), Iranu, Libanu oraz Afganistanu opłacani za petrodolary irańskie. Co Putin zyskuje? Pogłębiające się  problemy gospodarce Federacji Rosyjskiej sprawiają, że Putin ma dwie możliwości. Pierwsza to pogodzenie się Zachodem, zwrot Krymu, uspokojenie wojny w Donbasie, i gospodarcze reformy. Wiemy, że ta opcja jest niemożliwa, ponieważ Putin jest tyranem, któremu zależy dla władzy dla niej samej.

Drugim wyjściem jest radykalizacja. Wydaje mi się, że rosyjski prezydent pójdzie tą drogą - zaostrzenie propagandy, zwiększenie presji na Europę przez kryzys uchodźczy, rozpętanie znów wojny w Donbasie (Uwaga – armia ukraińska nie zmarnowała czasu od Debalcewa) oraz zdecydowane uderzenie w Syrii. Putin, wie dobrze, że zwycięstwo Assada w wojnie domowej niweczy politykę Obamy wobec Syrii, wzmacnia Iran, który w dalszym ciągu geopolitycznie jest wrogiem największych sojuszników USA w rejonie Zatoki Perskiej, rujnuje politykę Turcji, która chciała ugrać na konflikcie syryjskim przede wszystkim sprawę Kurdów. Turcy zestrzeliwując bombowiec Su w listopadzie stali się wrogiem Putina. Nadepnęli mu na odcisk, upokorzyli go. Putin tego Turkom nie daruje. Nie może sobie pozwolić na otwartą wojnę z Ankarą, ponieważ za nią stanie NATO, ale może zrujnować politykę turecką w Syrii. I właśnie to robi. Zestrzelenie tego rosyjskiego samolotu, to był największy prezent, jaki Baszar-Al-Assad mógł sobie wymarzyć. Dla Putina wojna w Syrii nie jest już tylko kalkulacją pozwalającą mu na powrót do stołu z Europą, ale i prestiżową sprawą, w której może upokorzyć Turków i Amerykanów.

Co się dzieje w Syrii teraz? Wojska Assada składające się z irańskich, libańskich milicji szyickich, najemników z Afganistanu, Kurdów otoczyły Aleppo z trzech stron. Ofensywa armii rządowej ma swoje miejsce także w prowincji Hama oraz Da`ra na południu kraju. Walki są niesłychanie zacięte. Ogromne spustoszenia w szeregach rebeliantów sunnickich sieją rosyjskie naloty. Rosjanie wprowadzili na masową skalę do walki czołgi T-90 uzbrojone w nowy rodzaj pancerza reaktywnego oraz system zakłócania rakiet przeciwpancernych. Wobec tych czołgów amerykańskie, ręczne zestawy przeciwpancerne są bezsilne. Rosjanie nie przejmują się, czy bomby trafiają w szpital polowy, pozycje rebeliantów, czy zwykłe domy mieszkalne. W tydzień armia rządowa odzyskała to, co straciła na północy Syrii. Dzięki temu armia rządowa uzyskała wielką przewagę. Zwycięstwo syryjskiego dyktatora w bitwie o Aleppo postawi w niesłychanie trudnej sytuacji Turcję i Arabię Saudyjską. Państwa Zatoki Perskiej były nawet gotowe do formalnej interwencji, ale jeśli Assad zwycięży, nie sądzę, by poszły na takie ryzyko. Obama milczy, mimo wściekłości Pentagonu, który nic nie może zrobić, żeby zatrzymać rosyjski walec pancerno-lotniczy.

Sukces Putina i Assada to cios w politykę Obamy, którego rosyjski przywódca wyprzedza w tej oto dziedzinie, że Putin rozumie,  że dyplomacja podąża za faktami, a fakty kreuje wciąż Putin. Obama dosięgnął go tylko w jednej, ale niesłychanie bolesnej sprawie: ceny ropy. Baryłka ropy kosztuje teraz plus minus trzydzieści dolarów, a Rosja najlepiej się ma gdy cena tego surowca sięga stu dolarów za baryłkę. Myślę, że rok 2016 przyniesie dalszą radykalizację w Syrii i Donbasie, im bardziej Putin będzie niepewny sytuacji gospodarczej. Unia się tej rozgrywce nie liczy.

Wojna będzie trwała dalej, a Europa zmierzy się w tym roku z kolejnymi milionem, może dwoma milionami uchodźców. Jeśli włączą się w nią nowe państwa w sposób tak oficjalny jak Rosja, ryzyko dużej wojny na Bliskim Wschodzie wzrośnie.

Opublikowano Baszar Al Assad, III wojna światowa, kryzys uchodźców, Państwo Islamskie, Putin, Rosja, Syria, terroryzm, wojna, wojna w Syrii | Otagowano , , | Skomentuj

Teodor Szacki, czyli dlaczego Miłoszewski nie może być pisarzem idealnym

Czytelniku,

Pisząc ten tekst jestem w sytuacji niezmiernie trudnej. Oczywiście, że pisarze się czytają nawzajem. Oczywiście, że zazdroszczę Miłoszewskiemu sukcesu. Byłbym głupi i nieprawdziwy, gdybym się do tego od razu nie przyznał. Jednak nie mam zamiaru pisać o Zygmuncie Miłoszewskim, tylko o stworzonej przez niego bardzo dobrej, choć niespójnej ideologicznie trylogii kryminalnej z prokuratorem Teodorem Szackim w roli głównej . Na ową trylogię, które odniosła w Polsce bezprecedensowy sukces składają się trzy powieści: „Uwikłanie”, „Ziarno prawdy” oraz zamykający cykl „Gniew”. Na razie trylogia o Szackim jest zamknięta, ale kto wie, czy pod wpływem wielkiego sukcesu Szacki nie wróci. Nie tacy mistrzowie pióra łamali się i przywracali postaci do życia. Myślę, że Miłoszewski nie zamknął sobie drogi odwrotu, ponieważ „Gniew” nie daje jednoznacznej odpowiedzi, czy prokurator przeżył, czy nie.

Powiem tak – powieści Miłoszewskiego czyta się jednym tchem, szybko, co wystawia mu jak najlepsze świadectwo sprawności narracyjnej. „Uwikłanie”, mimo genialnego pomysłu, intrygi w sprawie śmierci Telaka w czasie grupowej terapii oprzeć o powiązanie esbeckie, jest jednak trochę niekonsekwentne. Nie, bynajmniej nie w kreacji faceta koło czterdziestki żyjącego pod presją, mającego trudną pracę i romansującego za plecami żony. To jest wiarygodne. Niekonsekwentne jest pozostawienie wątku esbeckiego nierozwiązanym. To oczywiście był celowy zabieg narracyjny, ale Miłoszewski nagle porzucił ten niezwykle prawicowy wątek i w kolejnej powieści podążył innym tropem, którego ślady ideowe wiodą na ulicę Czerską w Warszawie. Warto wspomnieć, że Miłoszewski zgodził się na niezgodną z książkę ekranizację „Uwikłania” w reżyserii Jacka Bromskiego. Wystawia mu to jak najlepsze świadectwo. Pisarz musi zdystansować się od swojego dzieła. Tutaj po raz kolejny jestem wstrętnym zazdrośnikiem, ale przyznaję się do tego. Który pisarz nie chciałby, żeby jego męskiego bohatera, do pewnego stopnia alter ego, zamienić na piękną kobietę? A jeśli do tego ową kobietą jest Maja Ostaszewska, to cóż zrobić? Jeszcze jedno. Film „Uwikłanie” Bromskiego ma bardzo dobre recenzje na przykład w prawicowym i katolickim ”Gościu Niedzielnym”, gdzie film ten stawia się za przykład współczesnego polskiego filmu pokazującego prawdzie oblicze III RP, jako „esbekistanu”.

Niekonsekwencja Miłoszewskiego jest najdobitniej widoczna w drugiej powieści „Ziarno prawdy”, gdzie mamy do czynienia ze sprawną narracją i wiarygodnym obrazem prowincjonalnego mordercy. Ale kluczem jest Sandomierz. W mieście tym TVP ekranizuje „Ojca Mateusza”, niemądrą, czasem głupiutką, z przymrużeniem oka telenowelę kryminalną z księdzem katolickim jako bohaterem-pozytywnym. Po drugie światopoglądowym tłem tej historii jest polski antysemityzm odmieniany przez wszystkie przypadki. Ja jako pisarz, historyk i nauczyciel nie mam żadnych wątpliwości, że przed drugą wojną światową i w jej trakcie Polacy zachowywali się w większości bardzo kontrowersyjnie. Nie chciałbym jednak sprowadzać tego postu do kolejnego głosu w niekończącej się historii sporu polsko-żydowskiego o polski antysemityzm. Jednak Miłoszewski mam wrażenie – podkreślam subiektywizm mojego spojrzenia – uległ lansowanej jak mantra przez  towarzycho z Czerskiej tezie, że Polski antysemityzm powiązany ze wstrętnym Kościołem Katolickim jest nieodzownym składnikiem Polaka-Katolika. W powieści tej, w sposobie ukazania Kościoła, księży (to postaci trzeciego planu) jest widoczny stonowany, ale widoczny jad. Mordercą też jest „Polak-katolik”. Jest to jedna z najbardziej demonicznych postaci w polskim kryminale.  Do rangi symbolu prawie jak hitlerowska swastyka urasta w narracji Miłoszewskiego radło, znak Polaków, mniejszości z Niemiec, którą Hitler zdelegalizował w roku 1940. Szacki podąża w tej powieści tropem teatru, jaki morderca stwarza, by się ukryć. Zabieg powieściowy ocierający się o przebłysk geniuszu sprawia jednak wrażenie, że pisarz ”dolał” jednoznacznie kojarzonego ideowego sosiku rodem ze stron Gazety Wyborczej. I po raz kolejny pokochało powieść Miłoszewskiego polskie kino. Ale ekranizacja już z męskim gwiazdorem Robertem Więckiewiczem (oglądałem w kinie „Ziarno prawdy” dwa tygodnie po „Pod Mocnym Aniołem” Smarzowskiego i podświadomie czekałem aż pijany w sztok bohater rzygnie po pół litra) jest już chłodna,  ale mimo to nie wciągająca, mało wyrachowana, zbyt dosłowna w stosunku do pierwowzoru.

Ostatnią powieścią Miłoszewskiego o Teodorze Szackim jest „Gniew” stylizowany na kryminał skandynawski. Widoczne są wpływy powieści Stiega Larssona. Jest to powieść w której Miłoszewski porusza ważny problem przemocy wobec kobiet, ale powieść sprawia wrażenie, jakby Szacki już nudził pisarza. Miłoszewski potrafi jednak śmiać się sam z siebie. Ale przyznam, że jak przeczytałem o anatomopatologu o nazwisku …Frenkenstein, to padłem. Powieść jest najdłuższa z trylogii, gęsta jak dobre Chianti, wytrawna jak dobre Chateau rodem z apelacji Bordeaux, ale pozostaje niedosyt. Czytelnik lubi Szackiego. Przekombinowany jest motyw porwania córki, zrobienia z siedemnastoletniej dziewczyny psychopatki. Mimo to, czekam kiedy ktoś to zekranizuje. Film będzie dobry, o ile ktoś nie będzie dosłowny. Z tego też powodu ja osobiście lubię „Uwikłanie” Bromskiego, właśnie dlatego, że filmowcy zerwali z niekonsekwencją narracyjną pierwowzoru. Trzecia powieść jest w swej ideologicznej wymowie wybitnie lewicowa.

Najprawdopodobniej nie przeczytam już żadnej powieści Zygmunta Miłoszewskiego, ponieważ wszystko już o nim wiem, jako o sprawnym scenarzyście (oglądałem serial „Prokurator”, gdzie obydwaj bracia Miłoszewscy próbowali zdyskontować sukces kreacji Szackiego) i pisarzu powieści sensacyjnych. Z pewnością znajdzie on miejsce w poczcie polskiego kryminału, do którego ludzie z przyjemnością zajrzą nawet za czterdzieści lat. Z jedną tezą Miłoszewskiego się zgadzam. Współczesny kryminał musi mieć szeroki kontekst społeczny.

Sam piszę. To już wiecie. Mam nadzieję, że czytelnikom dane będzie przeczytać już wkrótce pierwszą w trzech planowanych powieści współczesnych, z silnym wątkiem społecznym i historycznym. Zawsze można napisać nowy kryminał, ale bohater musi być Inny, to znaczy taki, jakiego nie było jeszcze w polskiej powieści kryminalnej. Ja takiego stworzyłem.

Ale to już zupełnie inna historia.

Opublikowano antysemityzm, komunizm w Polsce, Kościół Katolicki, kryminał, Literatura, recenzja, sensacja, Zygmunt Miłoszewski | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Göran Hägg, Mussolini. Butny faszysta, wyd. Prószyński i Ska, Warszawa 2015

Mussolini

Kiedy prowadzę w maturze międzynarodowej zajęcia z Włoch Mussoliniego, często spotykam się z reakcją uczniów na widok włoskiego dyktatura zakładającego ręce w śmiesznej pozie, i wykrzywiającego usta w geście butnej dumy, że dyktator włoski musiał być śmieszny. Tłumaczę, że wcale śmieszny nie był, ale faktycznie w porównaniu z krwiożerczymi reżymami Hitlera i Stalina, które razem wzięte odpowiadają za największe zniszczenie europejskiej cywilizacji, osoba Benito Mussoliniego jawi się jako odrobinę bardziej znośna. Jest to oczywiście obraz fałszywy. Jednak  wpływ Mussoliniego na Włochy dziś jest dość znaczny; miasta włoskie charakteryzują się pompatycznym stylem, ulice mają loggie (co chroni przed upałem), a wnuczka włoskiego dyktatora jest po dziś dzień członkinią włoskiego parlamentu. Mussoliniego nie da się tak po prostu wymazać z włoskiej historii, z całym inwentarzem polityki, jaką prowadził.

W najnowszej biografii Benito pióra szwedzkiego dziennikarza i historyka Görana Hägga polski czytelnik otrzymał produkt wysokiej klasy publicystycznej. Książka jest bowiem napisana niezwykle przestępnym językiem, ukazującym całość biografii Il Duce oraz ciekawą panoramę Włoch, które go do władzy wyniosły. Podstawową tezą jaka wydaje się wynikać z książki Szweda jest to, że Mussolini i jego zupełnie niesympatyczny reżym wyrastał z włoskich kompleksów.  Jakie to kompleksy?

Włochy pod koniec wieku XIX poniosły klęskę z Etiopią w wojnie kolonialnej. Rządy liberałów, które trwały w zasadzie od zjednoczenia Włoch (lata 1861-1870) do czasu, kiedy Mussolini objął władzę szwedzki historyk nazywa pomyłką. Kwintesencją tej pomyłki był udział Włoch w Wielkiej Wojnie, którą nazywamy pierwszą wojną światową. Mussolini był naocznym świadkiem tej klęski. Bitwa pod Caporetto (października 1917), kiedy to wojska austriacko-węgierskie przy wydatnej pomocy Niemców zniszczyły w większości włoską armię była dla społeczeństwa włoskiego wielkim wstrząsem. Kraj wyszedł ostatecznie z Wielkiej Wojny zwycięski, ale kompletnie zrujnowany. Właśnie w takich Włoszech możliwy był Mussolini-faszysta. Z takiej perspektywy reżym Mussoliniego to przede wszystkim wynik frustracji szerokich mas społeczeństwa włoskiego, które głęboko rozczarowane rządami liberalnymi wybrały faszyzm.

Jednak Hägg daje polskiemu czytelnikowi także intymną biografię Il Duce. Bez ogródek pokazuje jego życie osobiste, pełne romansów z kobietami. Zauważa także, że ze wszystkich dyktatorów dwudziestego stulecia właśnie Mussolini był mężczyzną bardzo sprawnym seksualnie. Konfrontuje go z Hitlerem, o którego intymności można powiedzieć za Ianem Kershawem, że była na pewno bardzo smutna i bardzo obrzydliwa.  Mussolini-kochanek jest zbieżną postacią z Mussolinim-tyranem. Propaganda faszystowska często pokazywała Il Duce z nagim torsem, kopiącego rowy razem z towarzyszami partyjnymi, lub w towarzystwie płci pięknej, co niezwykle gorszyło pruderyjnego Hitlera. Koniec Mussoliniego, którego zwłoki powieszono w Mediolanie, był też końcem Clary Petacci, ostatniej kochanki wodza.

Równie ciekawe jest spojrzenie na kwestię stosunku Il Duce do religii jako takiej. Mussolini nawet jako lider faszystowski był przede wszystkim człowiekiem głęboko indyferentnym religii, ze szczególną niechęcią osobiście odnoszący się do religii katolickiej. Z pewnością zaciążyły na tym stosunku jego młodzieńcze, antyreligijne i socjalistyczne przekonania. Warto jednak odnotować, że jako lider faszystowski potrafił zachować się i w tej materii bardzo pragmatycznie podpisując z Kościołem traktaty laterańskie w 1929 roku, które ustanowiły państwo Watykan. Papież odtąd zaczął błogosławić Włochom. Pod względem dyplomacji była to wielka maestria.

Pod względem społecznym szwedzki autor dostrzega dwie niezwykle udane kapanie społeczne Mussoliniego: bitwę o pszenicę oraz bitwę o narodziny. Celem tych kampanii było zwiększenie mocy produkcyjnych włoskiego rolnictwa oraz zwiększenie dzietności włoskich rodzin. W ciągu wielu lat Włochy powiększyły się znacznie jako społeczeństwo, choć szczyt narodzin przypadł zarówno przed jak i po II wojnie światowej. Z perspektywy tych kampanii reżym faszystowski jawił się jako „miękki”. Twarda – przepraszam za to łopatologiczne porównanie – strona reżymu zaczęła się wraz z zabójstwem Matteottiego w 1924 roku, i trwała aż do końca reżymu. To świadomy krok Mussoliniego sprawił, że Włosi dokonując inwazji na Abisynię (Etiopię) użyli przeciwko mieszkańcom tego kraju gazów bojowych, dokonując tym samym zbrodni wojennych.

Druga wojna światowa to oczywiście największa porażka Mussoliniego, który po prostu opowiedział się po złej stronie, podporządkowując się całkowicie Hitlerowi. Pakt stalowy z 1939 roku był jedynie zewnętrznym przejawem tej słabości. Jednak gdyby Mussolini jak dużo krwawszy od niego Franco opowiedział się na przykład po stronie aliantów zachodnich, kto wie, czy Włochami wciąż nie rządziłaby rodzina Il Duce?

Książka szwedzkiego autora jest bardzo przystępna czytelnikowi. Mogą po nią sięgnąć zarówno uczniowie szkół średnich zainteresowani historią, jak i studenci lub o prostu ludzie pragnący zgłębić swoją erudycję. Biografii Mussoliniego na naszym rynku nie było zbyt dużo, toteż książka Hägga po prostu wypełnia pustą lukę i jest to pozycja znakomita.

Opublikowano biografia, faszyzm, I wojna światowa, II Wojna Światowa, Mussolini, totalitaryzm, Włochy | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Frank Dikötter, Wielki Głód. Tragiczne skutki polityki Mao 1958-1962, wyd. Czarne, 2013

wielkiglod

Istnieje pewna kategoria książek historycznych, które trzeba przeczytać niezależnie od tego, że dotyczą świata położonego daleko od nas. Frank Dikötter jest holenderskim historykiem pracującym od lat na Uniwersytecie w Hongkongu, gdzie jest profesorem. Książka, jaką pragnę zrecenzować, została nagrodzona prestiżową Samuel Johnson Prize. Rzadko doprawdy dostajemy w Polsce coś tak kompetentnego jak ta książka, a dotyczącego Chin. Jest to pieczołowicie opisana historia jednego z największych ludobójstw w dziejach dokonanego na swoim własnym narodzie przez przywódcę komunistycznych Chin, Mao, w latach 1956-1962, w czasie tak zwanego „Wielkiego Skoku Naprzód”, bezprecedensowej kampanii społecznej, która w krótkim czasie miała przeobrazić Chiny w raj. Doprowadziła do piekła na ziemi.

Mao zdobywając w Chinach władzę po wojnie domowej w roku 1949 zapragnął w kilka lat prześcignąć kraje zachodnie. Wzorując się na stalinowskiej kolektywizacji i industrializacji Mao planował prześcignąć Wielką Brytanię w piętnaście lat narzucając rolniczym nie mającym ciężkiego przemysłu Chinom najbardziej morderczą reformę rolną w dziejach. Był to tak zwany „Wielki Skok Naprzód”. W roku 1955 chcąc dowiedzieć się, kto w partii jest przeciw niemu rozpoczął „kampanię stu kwiatów”, czyli zachęcenie do swobodnego wyrażania myśli. Kampania wolności trwała krótka, a partyjni intelektualiści, nauczyciele oraz studenci zbyt swobodnie krytykujący partię zostali szybko aresztowani. Milion osób. Mao oczyszczając pole do kolektywizacji poszedł dalej niż wzorce sowieckie, która zakładały utworzenie trzech rodzajów kolektywnych państwowych przedsiębiorstw rolnych: TUZy, sowchozy i kołchozy.

Mao zaproponował komuny wiejskie. Chłopi musieli oddać nie tylko ziemię, ale i własne dzieci, które odtąd wychowywano kolektywnie, ponieważ Mao i komuniści wierzyli, że więzy rodzinne są przeżytkiem dawnego społeczeństwa, a celem komunizmu jest stworzenie NOWEGO CZŁOWIEKA. Komuny musiały ze sobą rywalizować, która z nich wyprodukuje ziarna więcej. Ale to nie wystarczało Mao. Szukał winnych zapóźnień, oszustw. Znalazł winnych. A były to …wróble. To nie jest żart. Mao zachęcił wiejskie komuny, by rozprawiły się z tymi sympatycznymi, przydomowymi ptakami. Chłopi przerwali pracę w polu, by uganiać się za ptaszkami, nie pozwalając im na chwilę odpocząć, ani napić się wody. Chińczycy widzieli w nich szkodniki, które zjadają socjalistyczne plony rolne. Wróble zaczęły padać milionami.

Ich zagłada spowodowała w krótkim czasie dotkliwą klęskę ekologiczną. Inwazję insektów, które atakowały zboże i zebrane plony. Ale Mao nie miał dość. Widział, że „Wielki Skok Naprzód” nie idzie tak, jak zaplanował, nie zadowalały go ani wyniki komun wiejskich, ani wyniki przemysłu, który borykał się z ogromnymi problemami technologicznymi i zapóźnieniem cywilizacyjnym. I wpadł na pomysł, by to komuny wiejskie zajęły się wytopem stali. Wieśniacy zbudowali więc setki tysięcy prymitywnych pieców do wytapiania rudy żelaza, przypominające średniowieczne dymarki. Topiono wszystko, co się nadawało do wytopienia, narzędzia rolnicze, garnki, miski, karoserię, wszystko co zawierało żelazo. Wyniki były katastrofalne. Stal nie nadawała się do niczego innego, tylko do wyrzucenia.

Chłopi odciągnięci od swojej pracy, nie zajmowali się uprawą roli. Tak więc w roku 1959 na obszarach środkowych Chin zaczął się głód, który przejdzie do historii jako „Wielki Głód Mao”, czemu poświęcona jest zasadnicza część książki holenderskiego historyka.  Była to katastrofa na skalę apokaliptyczną. Głód trwał do roku 1962, kiedy to ostatecznie partia komunistyczna, przerażona wieściami, jakie nadchodziły z prowincji, zaniechała – ku wielkiemu niezadowoleniu Mao – Wielkiego Skoku Naprzód. Jednak Frank Dikötter analizuje to zjawisko najgłębiej jak można. Konfrontuje ze świadkami tych wydarzeń, sięga po oryginalne dokumenty. Pokazuje dowody, że Mao wiedział, co się dzieje i uznał, że to dobry sposób by przeżyła ta „lepsza” część Chińczyków. Sięga po źródła zupełnie w Europie nieznane i przez to bardzo ciekawe. Jeden z opisywanych przez niego przypadków dotyczył prowincji Shannxi, gdzie jeden z inspektorów przysłanych z Pekinu znalazł w domu zarządcy partyjnej komuny części ludzkich ciał gotujące się w garnku na zupę. Książka przytacza wiele takich danych: rodziców błagających, by dzieci zjadły ich ciała po śmierci, by przeżyć. Jest to część narracji dla ludzi o mocnych nerwach. Kanibalizm znalazł także aprobatę części lokalnych działaczy partyjnych, którzy widzieli w nim „skuteczną metodę walki z głodem”.

 Frank Dikötter ocenia, że polityka Mao, która doprowadziła do gigantycznego plagi głodu zabiła przynajmniej 45 milionów Chińczyków. Mao jawi się więc jako jeden z najbardziej przerażających ludobójców w dziejach, gorszy od Hitlera a do Stalina porównywany. Tych dwu miało ze sobą więcej wspólnego niż może się wydawać. Fiasko Wielkiego Skoku Naprzód zaowocowało gwałtowną krytyką Mao, którą na plenum chińskiej partii wyraził Liu Shaoqui, prezydent ChRL. Mao mu tego nigdy nie wybaczył, doprowadzając w czasie rewolucji kulturalnej do jego uwięzienia i skazania na śmierć…głodową w roku 1969.

Książka holenderskiego historyka powinna być obowiązkową pozycją na wszystkich studiach sinologicznych oraz stosowana jako element historii porównawczej dwu komunistycznych reżymów: stalinowskiego ZSSR oraz maoistowskiej ChRL. Jest to książka niezwykle bogato udokumentowana źródłowo, co biorąc pod uwagę chiński kontekst cywilizacyjny, niekoniecznie było dla autora rzeczą łatwą. Ale nade wszystko powinna stanowić ostrzeżenie dla wszelkiego rodzaju lewicowych szaleńców, nie mających kontaktu z rzeczywistością. Ludobójstwo w czasie „Wielkiego Skoku Naprzód” nie wynikało tylko z paranoi Sternika, ale z błędu systemu komunistycznego jako takiego. Próba budowy utopii marksistowskiej kończy się waśnie tak, jak opisał to wytrawny holenderski badacz dziejów najnowszych Chin.

Opublikowano Bez kategorii, Chiny, ChRL, historiografia, Mao, totalitaryzm, Wielki Głód, Wielki Skok Naprzód | Otagowano , , , , , , | Skomentuj