David Olusoga, Gasper Erichsen. Zbrodnia Kajzera. Historia zapomnianej niemieckiej zbrodni, przeł. Piotr Tarczyński, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2012

 

Kaiser Holocaust        zbrodnia kajzera

David Olusoga, Gasper Erichsen. Zbrodnia Kajzera. Historia zapomnianej niemieckiej zbrodni, przeł. Piotr Tarczyński, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2012

Jesienią 2010 roku spotkałem w Gőrlitz po raz pierwszy osobę z Namibii. Była to kobieta – skąd inąd znakomita nauczycielka matematyki  – która opowiedziała mi historię swojego dzieciństwa. Urodziła się w Namibii jako dziecko niemieckich emigrantów. Namibia jest w jej opowieści krajem marzeń, a zarazem wielkiej odrazy. Wyjechała z tego jedynego niemieckojęzycznego kraju poza Europą z poczuciem traumy. Przyznaję, że wtedy nie rozumiałem jej doświadczenia.

Historiografia powstała po wojnie, a także niemiecka debata o zbrodniach popełnionych w imię Niemiec w latach 1939-1945 założyły, że zbrodnie niemieckiego nazizmu stanowią aberrację w historii Niemiec. W latach 50-tych widząc, że niemieckie produkty  nie są sprzedawane, władze RFN postanowiły przeprowadzić skuteczną, długofalową akcję. Naziści stracili zatem etnos, pojawiają się od tej pory w prasie angielskojęzycznej, w podręcznikach, popularnych opracowaniach z historii jako „naziści bez narodu”. Naziści ci stali się sprawcami wojny i ludobójstwa, którzy jednocześnie oszukali naród niemiecki. Taki był kontekst słów papieża Benedykta XVI w Auschwitz w 2006 roku – Niemcy zostali oszukani – były to słowa papieża, z którymi nigdy się nie zgodziłem. Nikt nikogo nie oszukał. Naziści wyrośli z trzewi niemieckiej chrześcijańskiej kultury mieszczańskiej, stanowiąc jej prymitywny paroksyzm, potworne monstrum zrodzone z niemieckiej pychy, przekonania o wyższości nad innymi narodami, kompleksu przegranej wielkiej wojny 1914-1918 oraz nacjonalizmu podsyconego skrajnym darwinizmem, kultem siły i rasy.

Co począć z implikacjami filozoficznymi tych zbrodni? Zatrzymam się na chwilę w stosunku Niemców do państwa. To Prusy narzuciły Niemcom swoją wizję państwa drugiej połowie XIX wieku, gdzie jednostka była temuż państwu całkowicie podporządkowana. Ów stosunek wynikał z szerszego kontekstu filozoficznego. Kant (Prusak) podporządkował rzeczywistość realnie istniejącego świata ludzkiemu umysłowi, a etyka Kanta ograniczała się jedynie do tego, aby człowiek przestrzegał tylko takich zasad, które mogłyby stać się dobrem powszechnym. Wskazywał jasno na prymat państwa, które mogło uznać zasady za dobre dla obywateli. Hegel (kolejny Prusak) i jego idealizm absolutny uznawał nadrzędność państwa, a obywatel wart był tyle, o ile wykonywał obowiązki. Ta filozofia podporządkowywała wszystko ludzkiemu umysłowi, jedynej instancji rozróżniającej dobro od zła. Ludzki rozum może być jednak błędny. Nie jest przypadkiem, iż człowiek który miał szansę wydobyć filozofię z miejsca, w którym zapędzili ją Kartezjusz (z przesunięciem na podmiot poznania), Kant, Hegel, i totalny, ale w innym tego słowa znaczeniu Marks, Martin Heiddegger uznał Hitlera, za ucieleśnienie dziejowego ducha narodu niemieckiego i stał się nazistą. Oczywiście, że między nazizmem niemieckim a wcześniejszą filozofię niemiecką nie ma bezpośredniego związku, ale paradoksalnie to dzięki tej filozofii wkładanej do głów niemieckim studentom i doktorantom, Hitler mógł przydarzyć się tylko w Niemczech i w żadnym innym kraju. Austria stała się niestety częścią tego monstrum. Naród utożsamił en masse swoją wolę z wolą jednego człowieka, który w 1933 roku stał się dla milionów zwykłych Niemców ucieleśnieniem niemieckiego ducha. Właśnie w tym pojęciu istnieje iunctim – absolutny duch dziejów wcielający się na zasadzie dialektycznego przeciwieństwa w naród niemiecki. Nazizm był reakcją dialektyczną na Republikę Weimarską i Traktat Wersalski, stanowił ich antytezę, a III Rzesza wyrosła – dosłownie z trzewi – jako synteza cesarskich wilhelmińskich Niemiec oraz żyjących w strachu wielkich długów demokratycznych weimarskich Niemiec, których wspólna filozofia nosiła w sobie zarzewie totalności, kroplę grozy z kart Hegla i Kanta.

Co jednak z tym filozoficznym wątkiem ma zbrodnia Niemców w latach 1904-1909 w Namibii? Przypominam sobie moją wizytę  w Bayreuth na wycieczce z projektem szkolnym. Miałem okazję zwiedzić ratusz miasta – wszędzie wiszą portrety burmistrzów Bayreuth, tymczasem nie ma żadnego za lata 1933-1945. Tak jakby w Niemczech była wówczas czarna dziura. Nie spotkałem lepszego dowodu wpychania III Rzeszy pod dywan dzisiejszych Niemiec, które z sympatyczną panią Merkel, wielokulturowym społeczeństwem i demokracją, poszanowaniem mniejszości  stworzyły przekonanie, że zbrodnie lat 1939-1945 są aberracją, sprzecznością, która nigdy więcej się nie powtórzy.

Tymczasem książka Caspara Erichsena i Davida Olusogi ukazuje, że to przekonanie jest mitem, ponieważ rozwiązania przetestowane przez Niemców w Namibii stały się później inspiracją dla mordu na niespotykaną skalę w dziejach cywilizacji. Jednym słowem zbrodnie Niemców podczas II Wojny Światowej nie są – wypadkiem przy pracy, nieszczęściem, co sugeruje serial „Nasi Matki, Nasi Ojcowie”. Niemcy już wcześniej dokonały ludobójstwa na ludach Herero i Nama, afrykańskich społecznościach rolniczo-koczowniczych, rdzennych mieszkańcach tej ziemi. Niemcy nazywali ich Hotentotami, ponieważ ci czarnoskórzy mieszkańcy Namibii byli już chrześcijanami przejmującymi protestantyzm w wersji kalwińskiej od holenderskich Burów z Afryki Południowej. Ludobójstwo z lat 1939-1945 jest zatem kontynuacją rozwiązań, które na mniejszą skalę przetestowano w Namibii. Na kontekst kolonialny podboju wschodu w latach 1941-42 oraz wcześniejszej napaści na Polskę wskazywała Hannah Arendt już w latach 60-tych wieku XX. Mało kto zwrócił na jej tezę uwagę.

W 1904 roku wybuchało powstanie Herero i Nama. Cesarz Niemców Wilhelm II, o którym polski malarz Julian Fałat mawiał, że ma o jedną klepkę za dużo, wpadł we wściekłość. Niemcy wysłali do Afryki 15 tysięcy żołnierzy pod generałem von Trotha, którzy mieli przeprowadzić „ostateczne rozwiązanie tej sprawy”. Genarał Von Trotha wydał tak zwany „vernichtungsbefehl” nakazujący wymordowanie całej ludności Herero. Wkrótce do walki przeciw Niemcom ruszyli także Nama. Spotkał ich los straszliwy. Niemcy zaadoptowali wcześniejsze rozwiązanie Brytyjczyków z wojen burskich i zorganizowali kilka obozów koncentracyjnych, m. in w Swakopmundzie, a najgorsze w Lüderitz nad Atlatykiem oraz na tzw. Shark Island, gdzie eksterminowano całą ludność Nama. Niemieccy lekarze jechali 13 tysięcy kilometrów, żeby kolekcjonować głowy Herero i Nama, konserwować je w alkoholu, zbierać czaszki i szkielety pomordowanych Afrykanów dla niemieckich anatomicznych kolekcji w uniwersytetach, w Jenie, Heidelbergu czy Berlinie.

To w Namibii po raz pierwszy zastosowano ideę „lebensraum” – to pojęcie pojawia się dosłownie w niemieckich dokumentach kolonialnych z Namibii. Pojęcie to stworzył niemiecki geograf Freidrich Von Ratzel (kolejny Prusak). W imię owej przestrzeni życiowej po raz pierwszy w dziejach cywilizacji obóz koncentracyjny stał się miejscem nie odosobnienia ludności cywilnej, aby nie pomagała partyzantom (Burowie), ale celem eksterminacji całej populacji. Maszyneria administracji niemieckiej jest doskonała i raz wprawiona w ruch, nie zatrzymuje się. Tak stanie się również w latach 1941-45, gdzie Niemcy zaganiali swoje ofiary żydowskie po całej Europie niczym gigantyczną siecią i strącali je w otchłań, przedtem rabując ich mienie, grabiąc ich ciała, wykorzystując nawet włosy pomordowanych dla produkcji materaców dla niemieckich kobiet. To wszystko znamy z Auschwitz. Tymczasem korzenie tego haniebnego procederu, sama jego idea, zrodziła się w Afryce, w Namibii.

Czy jest jakiś bezpośredni dowód związku między tymi zbrodniami, odległymi o 40 lat? Ojciec Hermanna Gőringa był gubernatorem Namibii… o czym mało kto wie. Erichsen i Olusoga bardzo precyzyjnie pokazują ów związek na szerszym tle (doradcy Hitlera, którzy uczestniczyli w kolonialnej wojnie w Afryce), związki Instytutu Eugeniki im. Cesarza Wilhelma, gdzie swoje straszliwe badania prowadził Von Vershuer i Mengele, z kolekcjami „ludzkimi” z Afryki są bardzo mocne i przekonujące. To jakby wcześniejsza odsłona tej samej zbrodni, rozłożonej na dwie części, odległe od siebie geograficznie i czasowo o prawie czterdzieści lat.

Książka Caspara Erichsena oraz Davida Olusogi to lektura wstrząsająca, którą powinien przeczytać każdy, kto chce zrozumieć otchłań zła, w której utonęły Niemcy w latach 1933-1945. Książka ta obala mit spokojnych i fajnych Niemiec. Ale czy w Niemczech wie ktoś o zbrodniach w Afryce popełnionych w imię i dla Niemiec 13 tysięcy kilometrów od Europy? Czy ktoś wie, że zbrodnie te mają związek z Holokaustem, jaki Niemcy zgotowali Żydom i Romom w Europie w czasie II wojny światowej? 

Ja stawiam tezę, że nie.

Opublikowano Angela Merkel, antysemityzm, Czarna Ziemia, faszyzm, historiografia, Holokaust, I wojna światowa, II Wojna Światowa, ludobójstwo, Niemcy, recenzja, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Duch króla Leopolda

Adam Hochschild, Duch króla Leopolda. Opowieść o chciwości, terrorze i bohaterstwie w kolonialnej Afryce, ŚWIAT KSIĄŻKI, tłum. Piotr Tarczyński, Warszawa 2009 (pierwsze wydanie New York, 1999).

Badając spuściznę Stanisława Koźmiana (w roku 2015 ukazała się moja książka na jego temat „Zapomniany Stańczyk. Rzecz o Stanisławie Koźmianie”) natrafiłem na informację, że jeden z synów Jana Stadnickiego, konserwatywnego polityka w Galicji, członka austriackiego parlamentu, Bernard Stadnicki w roku 1904 zmarł w Bokali w Kongo na jedną z tropikalnych chorób. Postawiłem sobie natychmiast pytanie: Co młody Polak robił w Kongo na początku XX wieku? Co sprawiło, że młody członek znakomitej szlacheckiej rodziny rzucił wszystko, na rzecz kongijskiego buszu?

Informacja ta może być łatwo potraktowana jak przyczynek do powieści przygodowej o szlachetnym młodym człowieku, który zawędrował do Afryki ucząc „czarnych dzikusów” kultury i cywilizacji. Nader to niepoprawna opowiastka godna publikacji w prawicowej prasie. Po dziś dzień słychać w niej mit, że kolonie zapewniały dobrobyt krajom podbitym, ucząc ich ludność podstaw zachodniej cywilizacji.

Sądzę, że najprostsza odpowiedź na postawione wyżej pytanie musi brzmieć tak: robił to samo co setki innych młodych, żądnych władzy, bogactwa młodych białych Europejczyków. Stał się trybem ludobójczej maszyny o nazwie Wolne Państwo Konga rządzonej z Brukseli przez króla Belgów, Leopolda II. Ta historia stanie się na moim blogu przyczynkiem do recenzji, a raczej świadectwa mojej nieukrywanej fascynacji historią Afryki, pisaną z perspektywy post-kolonialnej, odrzucającej do niedawna panujący dogmat, że Europejczycy wszędzie i zawsze przynosili pokój, dobrobyt i chrześcijaństwo.

Książka Adama Hochschilda dotarła do polskiego czytelnika dopiero po 10 latach od chwili wydania. Od pierwszej chwili kiedy wziąłem książkę do ręki, wiedziałem że nie oderwę się od niej przez następne dwa, trzy dni zaniedbując inne obowiązki. Potrafię wyczuwać książki – kiedy wiem, że mam do czynienia z arcydziełem – ciarki przechodzą mnie po plecach. Taki było i w tym przypadku.

Książka zaczyna się od bardzo filmowego obrazka. Portugalscy żeglarze płynąc wokół Afryki dotarli do miejsca, gdzie rzeka Kongo wpada do Atlantyku. Dziesiątki mil od lądu woda oceanu miała brunatny kolor i była słodka. Portugalczycy nie wiedzieli do ujścia jakiej rzeki trafili, ale dostrzegli że musiała być ogromna. Porównanie z Europejczykami docierającymi do ujścia Amazonki jest jak najbardziej na miejscu. Hochschild udanie demitologizuje protoplastów dzisiejszych autorów książek podróżniczych. Henry Morton Stanley, człowiek który jako pierwszy przemierzył Afrykę ze wschodu na zachód i odkrył źródła rzeki Kongo. To bohater brytyjskiej i amerykańskiej prasy, człowiek postępu, którego król Leopold II wykorzystał do założenia firmy pod przykrywką której prowadził swoje kolonialne, obłąkańcze plany. Król Leopold II powinien być stawiany obok Goebbelsa, tak był biegły w sztuce kłamstwa i zwodzenia wielu ludzi, od autorytetów pióra po wielkie osobistości świata kultury. Podbój Konga miał być bowiem przedsięwzięciem … filantropijnym, misyjnym i cywilizacyjnym.

Król Belgów miał szczęście. Jako jedyny z europejskich monarchów miał prywatną kolonię, większą od obszaru Austro-Wegier, terra incognito w pełnym tego słowa znaczeniu. Rzeka Kongo ma bowiem mnóstwo dopływów, i dopiero po pokonaniu spadku rzeki (ostatnie 300km) można na niej rozwinąć żeglugę. Leopold II w Kongu nigdy nie był, ale zaczął eksplorację od morderczej budowy kolei, która umożliwi mu komunikację po olbrzymim nieznanym terytorium. Tragedia ludności Konga, której ofiary historycy oceniają na około 10 mln ludności, zaczęła się w chwili, kiedy gorączka na drzewo hebanowe oraz kość słoniową ustąpiła gorączce kauczuku, naturalnej gumy. Tę europejski przemysł zaczął w końcu XIX wieku wykorzystywać na mnóstwo sposobów, do produkcji uszczelek, kaloszy, ogumienia pierwszych automobili, etc.

W Brukseli ponoć po dziś dzień jest sklep z czekoladą, w której belgijscy mistrzowie czekolady robią na zamówienie ulubione czekoladki króla, małe formy ludzkich rąk wypełnione słodkim kremem brzoskwiniowym. Straszliwy żart? Niestosowność? Aby zmusić ludność Konga do poszukiwania w bezkresnej dżungli pnącza kauczuku Belgowie zastosowali prosty system kar. Każda wioska, jaka nie dostarczyła kauczuku, otrzymywała karę. Obcinano dłonie wszystkim dzieciom, i aby powiadomić oszczędne belgijskie władze ilu buntowników zostało zastrzelonych (kule kosztują), Belgowie kazali wędzić obcięte ludzkie dłonie. Ponieważ wędzone ludzkie mięso się nie psuje w upale. Każda kula odpowiadała jednej obciętej dłoni…

Oprócz ludzi zaangażowanych w ludobójczy proceder, byli też biali ludzie którzy postanowili się przeciwstawić terrorowi Belgów w Kongo. Mam na myśli Polaka, Józefa Conrada-Korzeniowskiego, którego „Jądro ciemności” wcale nie jest metaforą, tylko zapisem – bardzo dosłownym – tego co Polak zobaczył w Kongo. Inni tacy jak Edmund Dean Morel, czy Roger Casement poświęcili większość życia i autorytetu, żeby pokazać światu to, co Belgowie uczynili w Kongo. O nich także jest ta książka. System Belgów był tak doskonale skonstruowany, że stał się wzorem do wprowadzania do innych europejskich kolonii, na przykład do Namibii przez Niemców czy do innych krajów przez Anglików, czy Holendrów.

Belgia żyje dziś jako centrum zjednoczonej Europy. A jest to kraj, który zbudował swój dobrobyt na straszliwym i zapomnianym ludobójstwie. Brukselski rynek uchodzi za jeden z najpiękniejszych na świecie, a bogactwo tego kraju jest przysłowiowe. Mało kto wie, że całe bogactwo Belgii jest pokłosiem Konga, ileż budynków z których Belgia jest dumna wybudował dobrotliwy król Leopold II. Pierwsza Wojna Światowa i okupacja Belgii przez Niemców, a potem Druga Wojna Światowa zakryły ludobójstwo dokonane w imieniu króla Belgów przez Walonów i Flamandów oraz innych Europejczyków na ludności tego afrykańskiego kraju. Dziś niemożliwe jest ocenienie ilu ludzi wymordowali Belgowie. Oczywiście nie za pomocą komór gazowych, ale morderczej pracy, głodu, maczet używanych przez funkcjonariuszy Force Publique , przerażających praktyk polegających na kolekcjonowaniu ludzkich głów. Jeden z Belgów Leon Rom, bohater książek o belgijskich dobrotliwych zwyczajach w Kongo, zasadzał obcięte ludzkie głowy na sztachetach wokół swego domu. Inny bohater Belgii, Guillame van Kerckhoven płacił swym żołnierzom dwa i pół pensa za obciętą głowę Afrykanina. Ludzie ci, tak jak Leopold II, są dziś uznawani za bohaterów Belgii, wzór do naśladowania.

Książka Adama Hochschilda jest ujmująca narracyjnie opowieścią, klarowną, odsłaniającą przed czytelnikiem warstwa po warstwie „jądro ciemności” jakim było … i jest Kongo po dziś dzień. Belgowie przynieśli do Kongo autorytaryzm o morderczych skłonnościach, a Kongijczycy do dzisiaj nie potrafią wyzwolić się z uścisku kulturowego białego człowieka. Kraj ten odziedziczył stan permanentnego strachu i wojny tlącej się tam zgala od kamer i portali społecznościowych. W samej tylko II wojnie w Kongo 2002-2009 zginęło 5,5 miliona ludzi, co czyni ów konflikt najbardziej morderczym po Drugiej Wojnie Światowej konfliktem na naszym globie.  Czy mówią o tym politycy? Czy zająknęła się o tym Unia Europejska? Czy Belgia posyła do Kongo żywność, czy w ramach walki z AIDS Europejczycy wysyłają do Kongo prezerwatywy, ryż na uspokojenie serc europejskiej opinii publicznej? Czy dobrotliwe ONZ obejmie Kongo programem mającym na celu przeciwdziałanie nadmiernego wzrostu populacji?

Kongo po dziś dzień jest jądrem ciemności, niemym wołaniem do Boga o sprawiedliwość. Jest piekłem zapomnianym, na uboczu naszego sytego i zadowolonego świata. Szacuje się, że ludność Konga wynosząca około 1890 roku około 15-16 milionów ludzi do roku 1918 zmniejszyła się o około 9 milionów. Belgowie osiągnęli niezwykły wynik w ludobójstwie  – około pół miliona istnień w ciągu roku.

O ofiarach Belgów w Kongo nikt pamiętać nie chce. Mało kto o nich wie. W Belgii nie można oficjalnie poruszać tego problemu: obowiązuje belgijskie przedstawicielstwa dyplomatyczne instrukcja z roku 2001 (sic!) ówczesnego ministra Luisa Michela, że należy podkreślać dobroczynny wpływ cywilizacyjny na Kongo. A pomniki Leopolda II stoją w Brukseli, Antwerpii, Ostendzie po dziś dzień. Belgia to taki ładny, spokojny kraj…

Książka Hochschilda jest także intrygującym świadectwem jak pisać książki historyczne: bohaterowie są pełnokrwistymi ludźmi. Nie stroni Adam Hochschild od psychologicznego rysu swoich bohaterów. Leopold II był niekochanym i wymuszonym dzieckiem swoich niekochających się rodziców. Ta trauma zaważyła na jego życiu. Z ojcem się prawie nie spotykał, z matką rzadziej niż ze służącymi i nauczycielami. Musiał się ożenić bez miłości i bez miłości płodzić dzieci. O związkach sasko-koburskiej rodziny Leopolda II z Habsburgami warto poświęcić książkę, jakaż byłaby sensacyjnie pikantna.

Jednak Adam Hochschild pisze również smakowicie o innych ważnych bohaterach książki. Szczególnie dramatycznie został ukazany Roger Casement, którego pasji i współczuciu zawdzięczamy wiele dowodów popełnionych przez Belgów mordów, irlandzki patriota zamordowany przez Brytyjczyków po powstaniu wielkanocnym w Dublinie w 1916. Osobista tragedia życia tego człowieka, żyjącego w hipokryzji ówczesnej wiktoriańskiej i edwardiańskiej Anglii stanowi także pogłębiony biograficzny rys tej niezwykłej książki. 

„Duch Króla Leopolda” powinien być lekturą obowiązkową na studiach historycznych i antropologicznych. To książka niezwykła, niosąca ogromny bagaż emocji, syntetyczny majstersztyk. Zarazem to lektura przerażająca, świadectwo do czego zdolni byli Europejczycy w Afryce, owładnięci żądzą władzy i bogactwa.

 

Opublikowano Czarna Ziemia, historiografia, Jądro ciemności, Kongo, kultura, ludobójstwo | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Anthropoid, czyli film o zamachu na Reinharda Heidricha

Anthropoid_(film)

Czytelniku,

Końcem maja 1942 roku czescy cichociemni dokonali zamachu na kata Pragi, rzeźnika Czech i Moraw oraz odpowiedzialnego za Holokaust, dowódcy hitlerowskiej Służby Bezpieczeństwa SD oraz szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy RSHA, Reinharda Heidricha. Czesi  nie są tak uwrażliwieni na historię, jak Polacy, ale bardzo umiejętnie wykorzystują atuty w ręku, jakim jest studio filmowe Barrandov oraz kontakty z Hollywood do promocji własnej historii i produkcji filmów.

Dramat historyczny ANTHROPOID jest dosłowną nazwą operacji czeskiego wywiadu, czyli zamachu na Heidricha. Reżyserem filmu jest Sean Ellis, a w filmie zagrały brytyjskie gwiazdy kina jak Cilian Murphy (znany z filmu Kena Loacha „Wiatr buszujący w jęczmieniu”), oraz Toby Jones. Ci ciekawe, w filmie zagrał także nasz doskonały aktor Marcin Dorociński. Jednak nie gwiazdy są tutaj najistotniejsze, a sposób opowiadania. Pierwsza godzina filmu opowiadana jest niespiesznie, poznajemy bohaterów, a mianowicie dwu żołnierzy czechosłowackiej armii: Jozefa Gabcika i Jana Kubisa. Pierwszy był Czechem i drugi Słowakiem. To ważne, ponieważ Słowacja w 1942 była niezależnym państwem, satelitą III Rzeszy, rządzona przez zbrodniarza wojennego, katolickiego księdza Jozefa Tiso. 

Film przyspiesza, kiedy bohaterowie dokonują zamachu, na praskiej ulicy, w środku dnia. Widz zostaje porażony wiwisekcją z jaką ukazany został zamach. Heidrich go przeżył, ale odłamek bomby ranił go w plecy. Zamachowcy uciekli przekonani, że zamach się nie udał. Ważne, że w filmie w zasadzie nie ma żadnego portretu Niemców. Oni są w Pradze, ale widzimy ich dopiero oczyma Czechów, kiedy zaczyna się w mieście nad Wełtawą polowanie na żołnierzy podziemia. Film pokazuje czeskie społeczeństwo i zróżnicowanie zachowań. Od heroicznej postawy rodziny Moravców, która ukrywała Kubisa i Gabcika po wyrachowaną zdradę ich kolegi, też cichociemnego, Karela Curdę. Zdrajca sprzedaje kolegów za milion marek. A skuteczne i pokazane z niebywałą brutalnością Gestapo (straszna scena miażdżenia dłoni młotkiem młodego skrzypka, syna Moravców) daje posmak grozy. Ta zaczyna się w chwili, kiedy Heidrich umiera w szpitalu w wyniku zakażenia. Młodzi bohaterowie filmu dowiadują się o tym z offu. Cena ich sukcesu będzie jednak straszna.

Ostanie pół godziny filmu to fantastycznie sfilmowana strzelanina w prawosławnej cerkwi św. Cyryla i Metodego w Pradze, gdzie zamachowcy oraz kilku innych czeskich cichociemnych ukryło się przed Niemcami. Młodzi Czesi fantastycznie ostrzeliwali się z 800 żołnierzami SS broniąc klasztoru zażarcie przez dwie godziny (w filmie z oczywistych względów jest to skrócone). Co najważniejsze, w ich beznadziejnej walce nie ma żadnego patosu, którego Sean Ellis sprawnie uniknął. Jest ukazany autentycznie i przejmująco zagrany strach przed śmiercią. Scena śmierci bohaterów, kiedy Niemcy zalewają piwnice cerkwi wodą, żeby utopić broniących się Czechów, jest surowa, straszliwa i przejmująca do szpiku kości.

Film nie traktuje o niemieckiej zemście na wsi Lidice i dobrze, bo zaburzyłoby to linearność narracyjną filmu. Film Anthropoid nie wszedł w Polsce do kin, a szkoda, bo oglądanie tego filmu na dużym ekranie jest w pewnością warte wiele. Ja oglądałem film z DVD kupionego w księgarni internetowej Amazon. Zachęcam do oglądania filmów z legalnych źródeł.

Polecam dramat Anthropoid wszystkim znawcom II wojny światowej, ale też osobom niespecjalnie zgłębiającym historię tej wojny. To znakomicie zrobiony, trzymający w napięciu thriller z przejmującym zakończeniem, dobrą i nie dominująca muzyką, ze stonowaną i naturalistyczną grą aktorską.

Opublikowano czas honoru, faszyzm, film, groza, Holokaust, II Wojna Światowa, Niemcy, recenzja, wojna, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

Rzeź drzew, czyli taka jest Polska.

Czytelniku,

Zauważyłem, że mój wpis o wycince drzew spotkał się z ogromnym odzewem. Chciałbym podkreślić, że nikt za mną nie stoi. Po prostu napisałem to, co myślę o wycince drzew prowadzonej w naszym kraju w tempie ekspresowym. Mam takie prawo do oceny czynionego w Polsce porządku prawnego, jako obywatel, który płaci podatki. Myślę, że samorządy i deweloperzy wykorzystali powstałą sytuację do kręcenia swoich własnych interesów. Jestem przekonany, że za ustawą lex Szyszko kryją się interesy firm deweloperskich. To jest domysł. Ale mechanizm powstawania prawa na zamówienie jest w Polsce zbyt dobrze znany.

Jednak nie to jest najistotniejsze. Problem wycinki drzewostanu w nadleśnictwach, nawet na obszarze Natura 2000 jest wynikiem polityki państwa. Państwo polskie nałożyło na Lasy Państwowe obowiązek dostarczania do budżetu ekwiwalentu do końca 2015 było to 1,8 miliarda złotych z zysku wypracowanego przez lasy państwowe. Jestem przekonany, że prywatyzacja Lasów, którą przygotowywała ekipa PO-PSL doprowadziłaby do jeszcze większego chaosu. Dorodne buki, o których wycinaniu pisałem, są wycinane po to, by potem pnie pociąć i sprzedać na opał. Zapotrzebowanie na drewno opałowe jest z roku na rok większe i prowadzi do polowania na buki. I koło się zamyka.

Problem wycinki drzew to problem państwowy. Państwo polskie jest chore, i to jest stan w którym człowiek jest bezsilny. Lex Szyszko wykorzystali deweloperzy, cwaniacy i ludzie, którzy zawsze będą szukać luki prawnej po to, żeby napchać sobie portfele. Ciekaw jestem czy CBA zainteresuje się okolicznościami powstania tego prawa. Przypominam, że przyjęto je błyskawicznie i przegłosowano na sali kolumnowej w grudniu 2016 roku. Te trzy miesiące zostały wykorzystane do takiej wycinki drzew w Polsce, jakiej nie było od lat 30. Podtrzymuję całą krytyczną ocenę lex Szyszko, jaką wyraziłem na poprzednim wpisie. Straty powstałe teraz, odrobimy za kilkadziesiąt lat.

Proszę nie zapomnieć, że minister poprzedniego rządu PO-PSL mówiąc w restauracji „Sowa i Przyjaciele” słynne słowa do prezesa NBP – Polska to ch…, dupa i kamieni kupa, powiedział prawdę. Widzę Polskę w coraz ciemniejszych barwach, jako kraj przeżarty korupcją, prywatą i brakiem troski o dobro wspólne na każdym kroku. Polska to postaw sukna, za który ciągnie, kto żyw. To się nie zmieniło, i nie zmieni. 

Przykład z Łeby, gdzie w zeszłym tygodniu w oparciu o Lex Szyszko wycięto 4 hektary chronionego lasu, ponieważ był na gruncie prywatnym. Działkę, na której rósł las, sprzedała Agencja Mienia Wojskowego jakiś czas temu.Grunt leśny został sprywatyzowany za grosze. Właściciel, który wyciął las i nie patrzył na to, że taka sosna rośnie nad morzem dwa razy dłużej niż na nizinach w środku kraju. Mógł to zrobić, ponieważ Lex Szyszko umożliwiło taki przekręt. Teraz sprzedał za 6 milionów. Nawet jeśli go skażą, dostanie zawiasy. Będzie bogaty do końca życia.

Poprzednie prawo w sposób koślawy, ale chroniło drzewa na gruntach prywatnych. Teraz nie ma tej ochrony. I ktoś zarabia na lex Szyszko. Pomyślcie, takie ekspresowe przeprowadzenie ustawy.Komu na tym zależało?

Prawo w Polsce jest pisane na zamówienie. Polska jest republiką bananową w najgorszym znaczeniu tego słowa. Przyroda się nie liczy, tylko kasa. 

Opublikowano ekologia, śmierć, życie codzienne | Otagowano , , | 1 komentarz

Rzeź drzew, czyli autorska impresja o lex Szyszko

Czytelniku,

Drzewa umierają w ciszy. Jeśli są stare, po prostu zamierają, próchnieją, a ich zbutwiałym drewnem żywi się las, który je wydał na świat. Ale drzewa umierają także w ciszy od siekier, pił, a ich obalone, nagie i swej nagości straszliwie bezbronne pnie są ciągnięte przez ciężkie buldożery. To nie jest fikcja. To się dzieje naprawdę wokół nas. Rozejrzyjcie się. To się dzieje w Polsce. Teraz.

Nie jest moim zdaniem wypowiadać się o tzw. Lex Szyszko, bo lepiej i kompetentniej zrobić to mogą prawnicy. Chciałbym upomnieć się na tym blogu o drzewa, bo im zawdzięczamy w miastach o wiele więcej niż nam się wydaje. Drzewa w okresie wegetacji absorbują ogromne ilości dwutlenku węgla. Im więcej drzew w mieście, tym lepiej. Tzw. Lex Szyszko opowiada się w sposób skrajny za egoizmem odnoszącym się do własności prywatnej, tymczasem owo dramatyczne zawężenie prawa jedynie do tego aspektu sprawia, że konsekwencje tegoż prawa są idiotyczne i prowadzą do trwałego, okaleczenia miejskich przestrzeni krajobrazowych i architektonicznych. Nie dalej jak dwa dni temu niedaleko od miejsca, gdzie mieszkam wycięto w jeden dzień daglezję, mającą ponad trzydzieści metrów wysokości. Okaz przyrodniczy spotykany tak rzadko.

Jednak to nic. W sobotę 25 lutego odbyłem spacer do położonego niedaleko mnie lasu rosnącego na zboczach Beskidu Małego. Jest to obszar NATURA 2000, na którym trwa bezlitosna rzeź drzew. Wycinane są jodły oraz dorodne buki. Zamieszam zdjęcia pokazujące pień ponad stuletniego (liczyłem sęki) buka, okazu zdrowia i potęgi. Konsekwencją lex Szyszko jest całkowity chaos, a ten jest okazją do nadużyć, bezprawia i prywaty.

20170225_135621  20170225_14210420170225_144305 20170225_144316

Wydaje mi się, że obszar Natura 2000 ma być zachowany takim, jaki jest i wszelka ingerencja w niego jest niedozwolona prawnie. Podkreślam jednak, że nie wypowiadam się jako prawnik, ale jako obywatel, który w demokratycznym – mam nadzieję jeszcze wciąż państwie – ma prawo się wypowiedzieć, na temat, który mnie dotyka.

Śmierć drzew dotyka mnie głęboko. Ta śmierć jest milcząca, a drzewa w naszej kulturze polskiej mają status kamieni, lub przedmiotów. A nimi nie są. Komunizm wypaczył w Polsce wiele pojęć, etos pracy oraz stosunek do organizmów żywych. W tym do drzew.

Jaki jest minister Szyszko, każdy obywatel/obywatelka widzi. Bez sensu jest miotać na tego człowieka słowa potępienia, bo pycha tego człowieka jest tak wielka, że nie pozwala mu widzieć rzeczy naprawdę ważnych, a te rzeczy są naprawdę proste:

Nie mam nic do powiedzenia mordercom drzew i nie mam też pretensji do drwali. Mają ciężką pracę. Zabijanie jest trudne, nawet kiedy z ran nie bryzga krew, tylko nieme trociny.

Drzewa są świadkami rzeczy, o których my nie mamy pojęcia. Widziały niejedno. Niejedne męczeńskie stosy, na których obok drzew płonęli także ludzie.

Drzewa w południe rzucają długie cienie, dzięki nim możemy dostrzec tę cienką granicę między dobrem i złem. Jeśli zabraknie ich, zabraknie też cienia. Nie widząc cienia, jak odróżnimy mrok od światła? A przecież napisano, że jeśli wasza światłość jest ciemnością, jak straszna to ciemność.

Mówię wam patrzcie na morderców drzew.

Nie na drwali, tylko na tych, którzy im każą to robić.

Bo prawdziwi mordercy drzew rzadko wstają zza biurka

i biorą siekierę do ręki.

Opublikowano śmierć | Otagowano , , , , | 9 komentarzy

Jonathan Fenby, Chiny. Upadek i narodziny wielkiej potęgi 1850-2008, tł. Jan Wąsiński, J. Wołk-Łaniewski, Kraków 2009, ss.968

Fenby_Chiny2

Czytelniku,

Jeśli kiedykolwiek interesowałeś się historią Chin, szczególnie tą dwudziestowieczną, nie możesz nie znać książki Jonathana Fenby „Chiny. Upadek i narodziny wielkiej potęgi”, jaką Wydawnictwo ZNAK wydało w roku 2009 po raz pierwszy. Jedna uwaga jeśli lubisz czytać książki historyczne do dwustu, góra trzystu kartek. W polskiej wersji książka Fenby`ego ma prawie tysiąc, co stanowi samo w sobie o jej monumentalizmie.  Zaliczyłbym ją do tych syntez historycznych, które są klasą w sobie, i nie zdezaktualizują się nawet po kilkudziesięciu latach. Ciekawe, że tak wielką książkę historyczną napisał …dziennikarz, znany z wielu publikacji dotyczących Chin, znający ten kraj i przez wiele lat pracujący w Hongkongu zanim Wielka Brytania nie przekazała go ChRL.

Fenby zdaje się rozumieć fenomen Chin, które pozostały jedyną cywilizacją starożytną, jaka przetrwała do naszych czasów zachowując swoją mentalność, autorytarny rząd (z perspektywy historii Chin czerwona partia zastąpiła autorytarny rząd cesarski) będący swoistym wynalazkiem Chińczyków na dwa tysiące lat przed Leninem, oraz całą spuściznę intelektualna i kulturalną, jaka przez dziesiątki lat zachwycała i zachwyca Europejczyków i Amerykanów, jacy przyjeżdżają zobaczyć i zamieszkać w kraju środka. Chińczycy mają świadomość własnej wyższości wobec Europejczyków.

Będąc studentem historii kiedyś trafiłem na rycinę przedstawiającą chińskiego mandaryna z XIX wieku, któremu jakiś angielski podróżnik zrobił zdjęcia, gdy ten siedział na krzesełku. Ów mandaryn nieznany mi z imienia i nazwiska pokazywał do zdjęcia swoje monstrualnie długie paznokcie u palców dłoni, które świadczyły dobitnie o pełnionej przez niego funkcji. Jego pracą było przekładanie papierów z jednego biurka na drugie, a władzę dał mu sam boski władca, zamknięty szczelnie przed zewnętrznym światem w zakazanym mieście w Pekinie. Ścisła hierarchiczność chińskiego społeczeństwa była dla Europejczyków novum.

Fenby malowniczo opowiada, a jego narracja jest gęsta i tak dokładna, że trzeba wracać co kilka kartek, by zapamiętać mnóstwo nazwisk Chińczyków, które w czasie lektury szybko zapadają w pamięć. Chiński dramat w wieku XIX oznaczał likwidację potężnego ongiś cesarstwa i interwencję mocarstw, a skrajnym tego przykładem jest Powstanie Bokserów, które pochłonęło ponad milion istnień u progu wieku XX. Wszystkie mocarstwa Zachodu włącznie z Niemcami, Brytyjczykami, Francuzami, Włochami, Austro-Węgrami i USA interweniowały w Chinach dopuszczając się wielkich zbrodni.

Po śmierci cesarzowej Cixi i odsuniętego przez nią cesarza Guangxu w 1908 roku Chiny weszły w sytuację agonii, której świadkiem był ostatni cesarz Chin, Pu Yi, którego los został fantastycznie pokazany w filmie Bernardo Bertolucciego „Ostatni cesarz”. Jednak Chiny po raz kolejny stały się polem wielkiego eksperymentu, którego głównym bohaterem stał się wykształcony na zachodzie i świetnie władający angielskim dr Sun Yat Sen. W 1911 roku Chiny stały się republiką, ale kraj był dramatycznie podzielony. Władzę w poszczególnych prowincjach przejęli dowódcy wojskowi. Określa ich angielski termin „warlords”. Nacjonalizm Sun Jat Sena, założyciela Kuomintangu, chińskiej partii nacjonalistycznej był jednak bardzo szeroki i mieściły się w nim zarówno kręgi wojskowe, jak i komuniści.  Jednak Sun Jat Sen przegrał walkę z rakiem i zmarł w 1925 roku. Polityczną schedę po nim przejął młody generał, a potem generallissimus Chiang Kai Shek (Yang Yaeshi), który w 1926 roku rozpoczął ekspedycję północną wymierzoną w zbuntowanych warlordów i przyłączając do Chin jedną zbuntowaną prowincję po drugiej. Był to wielki tryumf polityki centralizmu.

Jednak w kwietniu 1927 roku Chiang Kai Shek podjął brzemienną w skutki decyzję, która miała na zawsze zmienić Chiny. W Szanghaju doszło do straszliwej masakry komunistów, której echa przetoczyły się po Chinach doprowadzając do wybuchu wojny domowej. Wojna ta miała dwie odmienne odsłony. W latach 1927-1937 nacjonaliści o mały włos zniszczyliby komunistów, ale na przeszkodzie temu stanęła inwazja japońska na Chiny w roku 1937, która stanowi preludium do II wojny światowej w Azji. Wartym odnotowania momentem tej wojny jest tak zwany Wielki Marsz, który stanowi najbardziej zmitologizowaną część historii partii komunistycznej i samego Mao. Równo 100 tysięcy ludzi zaczynało ten marsz na południu Chin a na północ dotarło ledwie koło 9 tysięcy.

Opis brutalnej okupacji części Chin przez Japończyków stanowi kolejną frapującą część książki. Warto uprzytomnić sobie, że w Chinach w czasie II wojny światowej zginęło ponad 20 milionów ludzi, a ogromny teatr działań wojennych był większy od frontu wschodniego w Europie. Wraz z kapitulacją Japonii wojna w Chinach się nie skończyła. W latach 1946-1949 nacjonaliści Chiang kai Sheka oraz komuniści Mao starli się w wielkiej wojnie domowej, którą Kuomintang przegrał. Złożyły się na to przede wszystkim wewnętrzna słabość nacjonalistów oraz ogromny kryzys finansowy – hiperinflacja – która uderzyła w Chińczyków. Chiang kai Shek musiał uciekać na Tajwan, gdzie założył Republikę Chińską na tej wyspie. Pastwo to- choć niezależne – nie jest dziś uznawane za Chiny, choć Chinami de facto jest. Ja osobiście skłaniam się ku twierdzeniu, że istnieją dwa państwa chińskie, ChRL oraz Republika Chińska na Tajwanie.

Historia ChRL jest ukazana w książce Fenby`ego z perspektywy sprawowania władzy, choć niezwykła epickość tej książki wydobywa mnóstwo szczegółów, detali, niuansów, utrzymujących czytelnika w stanie ciągłego zainteresowania. Mao został sportretowany z perspektywy swojej prywatności. Nigdy się nie mył, a narzekania lekarzy na higienę osobistą wodza kwitował twierdzeniem, „kąpię się w ciałach młodych kobiet”. Nigdy nie mył też zębów, co musiało czynić osobisty kontakt z wodzem dość przykrym. W każdym bądź razie Henry Kissinger pisał, że w trudem wytrzymywał w obecności Mao pół godziny.

Fascynujący jest świat Chin Mao- państwa poddanego niebywale brutalnemu eksperymentowi ideologicznemu, które kosztowało życie siedemdziesięciu milionów ludzi. MAO zabił więc sam tylu ludzi, ilu zginęło podczas II wojny światowej. Oczywiście nie czynił tego własnymi rękoma, ale rękoma gwardii rewolucyjnej podczas rewolucji kulturalnej lub sterowaniem polityką gospodarczą, w czasie Wielkiego Skoku Naprzód.

Żeby zrozumieć Chiny współczesne, trzeba zrozumieć ChRL pod rządami Deng Xiaopinga, które zdecydowanie otworzyły Chiny na świat. Jednak Deng odpowiada osobiście za straszliwą masakrę na Placu Tien` an Men w roku 1989. Fenby z przejmującą dokładnością relacjonuje to, co widział i słyszał od świadków tych wydarzeń.

Polecam te książkę wszystkim, którzy pragną postudiować historię Chin dwudziestego wieku. Jest to pozycja monumentalna, i unikatowa na polskim rynku, choć od jej wydania minęło parę lat, nic nie straciła na aktualności.

Opublikowano Bez kategorii, Chiny, ChRL, II Wojna Światowa, Wielki Głód, Wielki Skok Naprzód | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

Milczenie Martina Scorsese. Niereligijny film religijny.

Milczenie_plakat_B1

Czytelniku,

Widziałem dziś wieczorem w kinie Amok w Gliwicach „Milczenie” Martina Scorsese. Idąc miałem pewne obawy, wiedziony jego wcześniejszym obrazem religii dotyczącym czyli „Ostatnim kuszeniem Chrystusa”, i to jest film zmuszający do zadawania pytań o religię.

Film jest znakomicie zrobiony i znakomicie zagrany. Przez pierwsze prawie dwie godziny dostajemy od Scorsese niezwykłą lekcję historii – brutalnych i wyrafinowanych prześladowań chrześcijan w XVII wiecznej Japonii, czyli w czasach, które Polakom kojarzą się z Potopem szwedzkim. Prześladowania są wiarygodne i bezlitosne, jednak nie o tym jest film. Kluczem są dwaj księża jezuiccy, z których jeden zaginął i krążą słuchy o jego apostazji. Tego księdza gra Liam Neeson. Młody Andrew Garfield, który brawurowo zagrał u Gibsona w „Przełęczy ocalonych” udźwignął rolę księdza zupełnie opuszczonego, który musi stanąć przed próbą życia i śmierci.

Jednak uderzyło mnie w tym filmie zupełnie co innego. Scorsese ma rację, że prawdziwą religię człowieka zna tylko Bóg, który milczy. Ten milczący Bóg stanowi łącznik z „Ostatnim kuszeniem”, jest jak gdyby rozwinięciem tego, co nakręcił Scorsese ponad trzydzieści lat temu. Ale nie zgadzam się zupełnie z wymową kluczowych scen filmu – nie chcąc robić spoilera, mogę powiedzieć jedynie to, że Scorsese dokonał apologii apostazji, jak gdyby apostaci mieli ocalać sens religii przeciw niej samej. Za bardzo to karkołomne. Dla mnie sens cierpienia tych chrześcijan jest w prostocie wieśniaków znoszących bez słowa ukrzyżowanie. Sens chrześcijaństwa nie tkwi w intelektualnych rozważaniach księdza z buddyjskimi urzędnikami boskiego cesarza (sic!), ale w tych słowach Pana:

Niech wasza mowa będzie tak-tak, nie-nie, a reszta pochodzi od Złego.

Zupełnie natomiast odstręcza mnie kontekst urzędników cesarskich, wyrafinowanych i uprzejmych. Nie znam się na buddyzmie, ale jego podstawą nie jest zadawanie cierpienia innym istotom i ludziom, ale współczucie ich nędzy. Dla mnie prześladowcy, choć odnoszą zwycięstwo, są odrażający. Torturują ludzi na zimno z wyrafinowaniem. Ale może nie rozumiem Japończyków, choć zabawy w ścinanie głów mieczami samurajskimi w czasie II wojny musieli im wybić z głowy Amerykanie dwiema bombami atomowymi.

Ale nie winię Scorsese, że nie rozumie chrześcijaństwa. Ja też. Credo quia absurdum, powtarzam za Tertulianem, nota bene heretykiem. I tak w zajadle antyreligijnym Hollywood jest chrześcijaninem nieobrzędowym, jak Camus, Kirkegaard i wielu innych w coraz mniej chrześcijańskiej Europie. Lubię takich chrześcijan bardziej niż fanatyków przywiązanych do tego, by w religii szukać wywyższenia samych siebie.

Opublikowano film, Japonia, Martin Scorsese, prześladowania chrześcijan | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Mary Beard, S.P.Q.R Historia starożytnego Rzymu, wyd. Rebis, Poznań 2016

mary-beard-spqr

Czytelniku,

Dziś wiedza o Antyku, grecko-rzymskim stała się elitarna w pełnym tego słowa znaczeniu. Słowa tytułu tej książki można odnaleźć dziś na T-shirtach, choć noszący je często nie wiedzą, co to znaczy. Senat i Lud Rzymski, fundamentalna formuła, według której podbito dwa tysiące lat tamu cały obszar Śródziemnomorza. Nie jest też łatwo znaleźć w olbrzymim zalewie literatury historycznej coś naprawdę cennego i napisanego nie tylko z wielką wiedzą, ale i należycie użytym piórem. Profesor Mary Beard, profesor filologii klasycznej Uniwersytetu w Cambridge, jest jedną z najbardziej znanych i niestrudzonych badaczy Antyku, którzy poświęcili się propagowaniu wiedzy i mody na języki starożytne, zwłaszcza język łaciński. Jej trzyodcinkowy film dokumentalny BBC poświęcony starożytnemu Rzymowi jest jednym z lepszych, jakie nakręcono w ostatnich latach. Jest też znana z książki poświęconej Pompejom, rzymskiemu miastu zasypanemu przez wulkaniczne popioły podczas straszliwego wybuchu Wezuwiusza w roku 79 A.D

Polski czytelnik otrzymuje książkę Beard w niezmienionej okładce. Książka jest elegancko wydana i w dwunastu rozdziałach omawia w błyskotliwej pełnej anegdot narracji historię miasta od mitycznego 753 roku przed Chrystusem po rok 212 AD, kiedy to syn cesarza z Afryki, Septymiusza Sewera, Karakalla, nadał z niewyjaśnionych do tej pory powodów obywatelstwo rzymskie wszystkim wolnym mieszkańcom Imperium.  Dla Mary Beard to jest wyraźna cezura. Przyznam, że dla mnie, cokolwiek to znaczy – wielbiciela kultury starożytnego Rzymu – jest to dość zaskakująca cezura. Ten umowny rok dla angielskiej profesor stanowi początek czegoś innego – zmieniającego się cesarstwa, które w ewolucji swojego ustroju odejdzie od augustowego primus inter pares na rzecz dynamicznego i autokratycznego późnego cesarstwa w którym panujący stał się Panem – dominus. Dla mnie ta data jest dość zgryźliwą niezgodnością, ponieważ Imperium Rzymskie trwało przecież dalej. Wiek trzeci po Chrystusie to jest rzeczywiście okres głębokiego kryzysu, który ja datowałbym skromnie na lata 218-270 AD (od upadku Heliogabala po przypadkową śmierć Aureliana). Rzym chrześcijański wieku IV i V to też przecież jest Rzym, inny niż w bliskich Beard czasach Cycerona, ale to jest prawna, niczym nie zmącona kontynuacja państwa Cezara. Rozumiem jednak, że prof. Beard musiała w którymś momencie skończyć. 

Jednak jej narracja w dwunastu rozdziałach jest znakomita i obalająca mity. Podstawowym mitem jakim posługuje się większość autorów na przykład podręczników szkolnych (np. Janusz Ustrzycki w strasznej książce dla Gimnazjów, na szczęście już niedługo!) jest przekonanie o upadku cesarstwa rzymskiego, który to mit  wtłaczany jest do głów Europejczyków od czasów wiekopomnej książki sir Edwarda Gibbona od XVIII wieku. W wieku V nastąpił gwałtowny kryzys spowodowany dwoma wielkimi migracjami. Pierwszą z lat osiemdziesiątych wieku IV Rzym przetrwał, druga wywołana pojawieniem się Hunów w wieku V i wielka falą ludów germańskich doprowadziła do zaniku głównego ośrodka w Rzymie i powstania królestw, w których jednak wciąż mieszkali Rzymianie. Kultura rzymska nie znikła przecież w wieku V, a trwała dalej co najmniej do początków VII wieku.

Mary Beard wspaniale opisuje początki Rzymu, które nie była jakąś wielką historią. Była to mieścina przestępców, zbiegłych złodziei i rozbójników, która na dodatek cierpiała na brak kobiet (stąd porwanie Sabinek!). Zresztą Beard bez ogródek nazywa w Rzymie najlepszym to, co etruskie. Nie wiemy czy rzeczywiście było w Rzymie 7 królów od 753 do 509, kiedy to powstała Republika, bo musieliby panować po kilkadziesiąt lat. Wydaje się, że Etruskowie podbili Rzym i władali nim przez 200 lat, a ostatnim królem etruskim, który pokonał Romę, był Lars Porsenna z Clusium. Ukazuje kształtowanie się etosu republikańskiego i pokazuje jak wielki Rzymianie mieli problem z mało chwalebnym początkiem ich Imperium. Rzymska historiografia pełna jest zresztą takich mitów.

Ciekawe są passusy dotyczące wojen z Kartaginą, republiką założoną przez Fenicjan. Faktycznie jest to starożytne pandemonium – miasto zostało całkowicie zniszczone w 146 roku jak Korynt, największe miasto kupieckie w Grecji, tym samym Rzymianie wyeliminowali dwu największych rywali wymazując ich z historii – dosłownie. Kartagina musiała mieć przecież bogatą literaturę, mitologię i piśmiennictwo, z którego nie przetrwało nic. Beard konkluduje, że wielkość republiki stała się dla niej problemem, ponieważ była zbyt inertna i podatna na większe kryzysy ustrojowe (reformy Grakchów, wojna ze sprzymierzeńcami 98 roku, powstanie Spartakusa będące w istocie wojną domową – rzeczywiście chyba nie miało nic wspólnego z wizją Stanleya Kubricka ze słynnego filmu pod takim tytułem), co zadecydowało o sukcesie Cezara, który zdołał narzucić Rzymowi swoją oświeconą dyktaturę. W istocie Cezar zmienił bieg dziejów Europy mordując prawie milion Celtów w Galii i ujarzmiając kraj, który później stanie się jednym z fundamentów Europy jaką znamy. To Rzymianie założyli Londyn, bo stamtąd zarządzali najbardziej wysuniętą na północ prowincją i tylko dlatego jest to dziś jedno z najwspanialszych miast świata. 

Nie mniej fascynująca jest historia ukryta przez lata, którą Beard wydobyła dzięki dyskursowi o historii płci (spojrzenie gender odkryło rzeczy, których nie dostrzegaliśmy w klasycznie pojmowanej historii Rzymu). Beard odkryła życie codzienne o intensywności, którego nie zdawaliśmy sobie sprawy. Rzym na przykład w powszechnym ujęciu kojarzy się z willami i pałacami, a tymczasem ulice wiecznego miasta w czasach Cezarów, kiedy dwie trzecie ludności świata żyło i umierało pod ich panowaniem, były ciemne, zabudowane do granic wysokimi, kilku piętrowymi kamienicami, który stanowiły odwróconą drabinę społeczną. Im wyżej się mieszkało, tym gorzej. Nie było bieżącej wody, a wszystkie intymne czynności wykonywało się publicznie w łaźni, rzymskich termach, oraz w publicznych szaletach. W Rzymie było ich koło trzydziestu, ale nie wiemy czy były koedukacyjne, czy rozdzielne dla obu płci. Dzięki Mary Beard uświadomiłem sobie, że w termiach nie było wstydu – proszę sobie wyobrazić trzydzieści tysięcy nagich Rzymian dziennie odwiedzało termy Karakalli czy termy Dioklecjana w kolejce do basenów z wodą, ze swoimi niewolnikami. Miejsca te – jak pokazują termy z Pompejów – służyły także do uprawiania seksu. Nic więc dziwnego, że poeta Juwenalis skwitował, że termy to najlepsze miejsce do tego by stracić mieszek złota oraz złapać….trypra.

Jednak Rzym w książce Mary Beard jest bestią, jak sobie go wyobrażałem. Pożerał wszystkich asymilując ich do roli Rzymian, przyjęcia panującego Cezara, języka łacińskiego i podporządkowania się. Jeśli nie, czekał na człowieka los gorszy od śmierci. Przykład Kolosseum, czyli Amfitheatrum Flawianum, zbudowanego na zabagnionym terenie przez piętnaście tysięcy żydowskich niewolników sprowadzonych przez Tytusa po zdobyciu Jerozolimy w roku 70 AD.  Żydów czekał w Imperium los straszliwy.  W latach 132-136 wybuchło powstanie Bar Kochby, i Żydzi pokonawszy legion XXII  zdołali się wyzwolić na trzy lata. W 135 roku spadła na nich stu pięćdziesięciotysięczna armia Hadriana, która wymordowała – jeśli wierzyć Kasjuszowi Dionowi  – ponad sześćset tysięcy Żydów. Hadrian wybudował w miejscu dawnej Jerozolimy miasto Aalia Capitolina, poświęcone Jowiszowi, do którego Żydzi z diaspory mieli zakaz wchodzenia.

Jednym z paradoksów Rzymu jest to, że niewolnictwo, jakkolwiek potępialibyśmy je z dzisiejszego punktu widzenia odgrywało znamienną rolę w społeczeństwie Rzymu w okresie republikańskim i potem w okresie cesarstwa. Znamy mnóstwo przypadków, dzieki analizom inskrypcji nagrobnych, że wielu obywateli rzymskich było …niewolnikami, których Panowie wyzwalali, po czym sami, lub ich dzieci wiązały się z nimi uczuciowo. Beard analizując dość odważne obyczajowo sceny malowideł w Pompejach wysuwa wniosek, że najbardziej przykrą stroną niewolnictwa było to, że niewolnik nie dysponował własnym ciałem. Przez łoże Pana/Pani do wolności. Jednak niewolnictwo miało także bardziej straszne cechy. Znane są przypadki, że jeńcy germańscy lub Brytowie pojawiali się w Rzymie na targowiskach w takiej liczbie, że kosztowali mniej od …wołu. Z uwagi na skąpą ilość źródeł nie wiemy jeszcze wielu rzeczy, które oświetliłyby kwestię niewolnictwa. Obroża niewolnika nie różniła się od obroży psa lub krowy i był na niej napis „zwróć mnie mojemu Panu, bo uciekłem bezczelnie, aby mnie mógł ukarać”. Beard kapitalnie konkluduje, że nie wiemy, co o takim napisie myślał sam niewolnik. Wyzwoleńcy zasilali świeżą krwią wielkie miasto, wrastali w nie, stawali się Rzymianami. To jest też fakt, z jakiego musimy zdać sobie sprawę.

Jest w tej książce wiele smaku, uroku, dzięki świetnemu pióru Angielki. Polecam tę książkę wszystkim fascynatom Rzymu, bo jest kapitalnie napisana, z werwą, zwadą, kapitalnie odczytującą źródła. Jeśli wierzyć Beard, badania historii Rzymu, jest jak balansowanie na linie. Jednak ta sztuka udała się jej niezwykle.

 

 

 

Opublikowano Antyk, Kartagińskie ostrze, Rzym, Starożytny Rzym, Ziemia Święta | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Smog nad Bielskiem-Białą.

Czytelniku,

Wpisem tym chciałbym zwrócić uwagę na problem, który może odbiega od charakteru tego bloga, czyli dywagacji literacko-recenzyjnych. Chciałbym mianowicie podzielić się z tymi, którzy wchodzą na stronę mojego bloga, kilkoma zdjęciami, jakie wykonałem w rejonie szczytu Groniczki w rejonie Beskidu Małego. Zaczynam Nowy 2017 rok na tym blogu od wcale nie wesołej informacji i apelu.

Smog.

Na zdjęciach widać wyraźnie gęstą, przypominającą mgłę toksyczną chmurę pyłu, jaką udało mi się sfotografować. Odczuwam bardzo dotkliwie skutki tego smogu, mam problemy z oddychaniem w dni, kiedy to nienaturalne zjawisko powstaje. Zdaję sobie sprawę, że problem dotyka bardzo wielu ludzi w naszym kraju.
Zimą, w wyżowe dni, kiedy słońce stoi wysoko, przy braku wiatru, tworzy się coś obrzydliwego. My tym oddychamy. Ilu ludzi z tego powodu zapadnie na nowotwory płuc. Przecież trujące cząsteczki powstające w wyniku spalania niskiej jakości węgla opałowego, śmieci, gumy i innych nienadających się do spalania przedmiotów, trafiają z powietrzem do płuc, a potem do krwiobiegu. Ja nie chcę za kilkanaście lat umrzeć na raka płuc, mimo że nigdy nie paliłem papierosów, nie palę i nie będę palił.

Co my sobie robimy? Ja uważam, że to jest nie tylko głupota, ale i grzech wobec przyrody i wobec siebie nawzajem. Uważam, że polskie państwo powinno coś z tym zrobić. Z drugiej strony wiem, że to jest nierealne – ponieważ nikt nie zakaże palenie węglem w piecach. Państwo polskie powinno zakazać jednak spalania węgla w niskiej jakości piecach, ale wymusić ekologiczne.

Zdjęcie0631 Zdjęcie0661 Zdjęcie0662

Uważam, że smog jest poważnym problemem społecznym. Proszę zwrócić uwagę, że nie ma w zasadzie problemu wyziewów ciężkiego przemysłu charakterystycznego dla epoki późnego PRL. Nawet dziś kominy elektrociepłowni są ekologiczne, bo to jest w energetyce węglowej norma. To my sami sobie robimy horror spalając w piecach centralnego ogrzewania wszystko, co nadaje się teoretycznie do spalenia. Ludzie będą z tego powodu umierali i chorowali.

To jest wstyd. Nie ma usprawiedliwienia. To jest polski wstyd. Nasz mały wstrętny wstyd. Polacy żałują na dobre, wysokiej jakości, ekologiczne piece węglowe – jeśli już muszą palić w piecach węglem. Zdaje sobie sprawę, że jest w praktyce niemożliwe zmusić ludzi do przestawienia się na inne tory zapewniania sobie ciepła w domu. Zostajemy z tym, co nas zabija. Naprawdę nikt nie zabija, nas Polaków tak dobrze, z taką wytrwałością, jak my siebie sami.

I to nie jest dobry prognostyk na początek Nowego Roku.

Opublikowano autobiografia, Smog, wspomnienie, życie codzienne | Otagowano , , | Skomentuj

Zawsze będziemy razem – opowiadanie

ZAWSZE BĘDZIEMY RAZEM  

Słowacja, 1951

Kiedy patrzę na tę fotografię nieuchronnie wracają dawne wspomnienia. Jej brzegi są dziś postrzępione, a klisza zupełnie zżółkła. To ważna fotografia, będąca jedynym śladem po kobiecie, którą kochałem.

Mam na imię Mikulaš Novotny i jestem kolejarzem. Pracuję na bratysławskim dworcu. Mam nudną, a przez to zupełnie wytrzymałą nerwowo pracę. Nie musicie wiedzieć o mnie nic więcej, ponieważ nie ma niczego ważnego w moim życiu.

Od kilku tygodni obserwuję człowieka, który nieustannie, z tygodniowym rytmem wysiada z podmiejskiego pociągu. Dzisiaj znów go ujrzałem. Towarzyszyli mu młoda, atrakcyjna kobieta oraz dziesięcioletnie dziecko. Chłopczyk i kobieta wyglądają na bardzo zadowolonych. Kilka razy moje spojrzenie skrzyżowało się ze wzrokiem tego mężczyzny. Udaje, że mnie nie widzi. Na razie ja również udaję, że nic nigdy się nie stało i że nasze drogi nigdy wcześniej się nie przecięły. To jednak nieprawda. Dowodem tego jest ta stara fotografia.

Ukazuje ona tego samego mężczyznę z dworca w towarzystwie innej kobiety. Zdjęcie zrobiono jeszcze przed wojną, być może nawet przed Monachium, bo w tle bratysławskiego zamku powiewa flaga Czechosłowacji. Na zdjęciu, które obecnie mam w posiadaniu, ta para obejmuje się pod kasztanowcem. Drzewo kwitło, stąd mogę wywnioskować, że musiał to być maj 1938, ostatniego szczęśliwego roku. Zawsze, kiedy spoglądam na tę fotografię, wiem, że szczęście tego pasażera zostało zbudowane na kłamstwie.

*

W 1939 roku, na wiosnę, kiedy wojska pewnego malarza  zajęły Pragę, umarła Czechosłowacja. Ja miałem okazję widzieć, jak na bratysławskim zamku zmieniają się flagi. Ja, nic nieznaczący trybik w czasoprzestrzeni, odprawiałem wówczas codziennie pociągi jeżdżące już po słowackiej ojczyźnie. Robiłem to z poświęceniem dla nowej, narodowej, prawdziwie słowackiej sprawy. Miałem także kilka patriotycznych uniesień. Znajdowałem się raz w tłumie ludzi pod bratysławskim zamkiem, kiedy w samochodzie wjeżdżał na niego premier Słowacji, dobroduszny ksiądz Josef Tiso. Krzyczałem wówczas:

- Niech żyje prezydent!  Niech żyje wolna Republika Słowacka!

Byłem też bardzo dumny, że odtąd sprawdzałem bilety i życzyłem przyjemnej podróży pasażerom w imieniu słowackich kolei.

Jako konduktor uwielbiałem się wpatrywać z ukrycia w ludzkie twarze. Bo, prawdę mówiąc, w pociągu można przecież spotkać wszystkie ludzkie typy; zmęczonych ojców wracających z pracy do domu, przekupki wiozące na targ jajka i domowe sery, drobnych cinkciarzy, starsze małżeństwa jeżdżące do Bratysławy w odwiedziny do dzieci, zakochane pary przed maturą. Mnie oczywiście interesowały młode ładne kobiety. Młody, elegancki konduktor w starannie dopasowanym mundurze to nader powabny widok dla wielu dziewcząt szukających chłopaka.

Lubię ludzkie twarze, szczególnie te, które mają w sobie zadatek tajemnicy. Nie wiem i nie umiem powiedzieć, na czym dokładnie polega tajemnica twarzy. Czasami to po prostu wzrok, ta władza oczu dająca wgląd do ludzkiej duszy. Czasami to profil, chwilami tak doskonały, że nie mogę oderwać od takiej twarzy wzroku. Szukam piękna. Pociąga mnie. Lubię intensywność ludzkich twarzy, ich niepokój, albo wyraz mądrego szczęścia. Czasami dochodzę do wniosku, że pociąga mnie piękno idealne, odbicie doskonalszego świata, o którym zawsze marzyłem. W twarzy tej kobiety było to „coś”. Jej profil był piękny, ale cała jej twarz zdradzała jakiś wewnętrzny niepokój, który przykuł moją uwagę. Patrzyła na tego mężczyznę z prawdziwym uwielbieniem. Byli zakochani. Szczęśliwi.

Kiedy zobaczyłem ich po raz pierwszy myślałem, że to zarazem ostatni raz, kiedy mogę na nich patrzeć. Z tym większym zaskoczeniem tydzień później odkryłem, że podróżują ta samą trasą, co ja. Mogłem jedynie domyślać się prawdziwego celu ich cotygodniowych podróży. Może odwiedzają kogoś z rodziny? Albo jeżdżą w celach ogólnie rozrywkowych na prowincję? A może po prostu lubią jeździć pociągami?

*

Moja ulubiona para znacznie się od siebie różniła. On wyglądał na prowincjonalnego nauczyciela lub urzędnika. Nie wyróżniał się niczym specjalnym. Miał zaczesane do tyłu włosy, lśniące od brylantyny, nosił też znoszony, ale mimo to wyglądający schludnie płaszcz oraz skórzaną teczkę. Ona natomiast miała ładne, ciemne, kasztanowoczarne włosy, czasami upięte w kok, ale zwykle opadające luźno po obu stronach małej, ale kształtnej głowy. Karnacja również odróżniała ją od innych Słowaczek.

Kiedyś, gdy byłem jeszcze chłopcem i byłem zupełnie niewinny, zachwycała mnie książka, czytana na wieczornych spotkaniach u dziadka. Katedra Marii Panny przenosiła mnie w zupełnie inny świat, w którym szpetny Quasimodo kochał się w pięknej cygańskiej dziewczynie, Esmeraldzie.

Ja chyba podobnie zadurzyłem się w tej pięknej i nieznanej mi pasażerce. Podobała mi się. Za każdym razem, kiedy ich widziałem, budziła się we mnie zazdrość. Widziałem siebie na miejscu tego mężczyzny. Zazdrościłem mu, że to on, a nie ja, co noc ją kocha, razem z nią się budzi i razem z nią chodzi na spacery. W końcu, popadając – naturalnie bezwiednie – w obsesję na punkcie tej pary, pragnąłem poznać jej życie z precyzją lekarza dokonującego wiwisekcji.

Podczas podróży lubiłem się im przyglądać zza gazety, która zabierałem ze sobą do torby konduktorskiej. Nie pamiętałem nawet, że czytałem zawsze ten sam numer gazety, wymięty i wytarmoszony. Dostrzegli, że się nimi zainteresowałem. W końcu zaczęliśmy się sobie nawzajem kłaniać. Na początku było zawsze uprzejme, ale i trzymające na dystans, „dzień dobry”, ale potem miłe spojrzenie, lub nieco rzadziej – miły uśmiech na przywitanie. Zawsze też uśmiechała się do mnie ona, ale tylko wówczas, kiedy mężczyzna obok ucinał sobie drzemkę. Czekałem tylko na ten uśmiech, który przeszywał mnie na wylot, aż do samego dna duszy. Ten uśmiech kasztanowłosej pasażerki był dla mnie obietnicą czegoś, co z przyczyn obiektywnych, nigdy nie mogło nastąpić. Ale ta obietnica mi nie wystarczała. Chciałem, żeby stała się rzeczywistością.

Nocami w domu gubiłem się w domysłach. Czy ona jest Węgierką? Na Słowacji mieszka przecież dużo Węgrów. Gdyby to była prawda, nasz hipotetyczny związek, randez-vous w imaginacji, byłby bardzo odważny…obyczajowo. Wersja cygańska była jeszcze bardziej pociągająca. Stanowiła spełnienie marzeń o Esmeraldzie z książki Wiktora Hugo. Miłość do Cyganki, choć romantyczna, niosła także niebezpieczeństwo. Kobiety cygańskie, jak mawiano u mnie na wsi, gubią przecież dusze mężczyzn. Mimo tej udręki, ponieważ obiekt mojej miłości nic o mnie nie wiedział, owe wiosenne miesiące 1942 roku były najszczęśliwszymi miesiącami mojego życia. Odnalazłem kogoś, dla kogo warto było czekać przez cały nudny tydzień monotonnej pracy na ten jeden dzień, w którym przez kilka godzin podróży moje marzenie miało stać się, choć na chwilę, obietnicą rzeczywistości.

*

Jednak w lipcu 1942 roku czekałem na nich na próżno. Nie pojawiali się w pociągu. Bardzo się tym denerwowałem. Nie byłem w stanie ani jeść, ani spać, ani modlić się. Jakież było moje zdziwienie, gdy pewnego sierpniowego ranka, w poczekalni na dworcu wpadłem na nich. Gdy rzuciłem okiem na jego i na nią, czułem, że coś nie jest tak, jak być powinno. Kobieta siedziała na walizce ze spuszczoną głową. On cos jej tłumaczył. Nie słyszałem, ponieważ znajdowałem się za szybą. Wywnioskowałem z tej sceny, że to ona wybierała się w podróż.

Nagle zostałem wezwany do dyspozytorni. Musiałem wykonywać obowiązki, więc zostawiłem ich w poczekalni, a sam poszedłem do miejsca, gdzie byłem potrzebny. Okazało się, że tego dnia odwołano wszystkie rejsowe, pociągi pasażerskie i w zamianę z Bratysławy miał odjechać jeden pociąg specjalny. Starszy zawiadowca stacji był bardzo zdenerwowany, ale zapewnił mnie, że musimy zrobić wszystko, żeby ten pociąg został załadowany sprawnie i szybko.

- Załadowany? To będzie pociąg towarowy?

- Nie – odpowiedział po chwili – tylko specjalny transport Żydów. Niemcy tego od nas żądają.

Spędziłem ponad godzinę w dyspozytorni. Kiedy wróciłem, w poczekalni oraz w całej dworcowej hali znajdowało się znacznie więcej ludzi. Chciałem natychmiast odnaleźć znajomą z widzenia parę i zapytać, co robią w tym miejscu. Przeciskałem się z trudem przez tłum. Niektórzy siedzieli na posadzce. Zarówno starsze osoby, jak i małe dzieci nie maiły sił, aby stać przez pół dnia w dusznym dworcu. Nie pozwalano im wyjść na zewnątrz, mówiąc, że mogą przegapić pociąg, który miał ich zawieść do lepszego życia. Nie mogłem ich odnaleźć. Gdy byłem już bliski rezygnacji, ktoś niespodziewanie dotknął mnie po plecach. Odwróciłem się zaskoczony.

To był on, znajomy mężczyzna z pociągu.

- Pamięta mnie Pan?

- Oczywiście – odpowiedziałem uspokajająco – znamy się z pociągu.

Wyczułem, że był bardzo zdenerwowany. Szkliste krople zimnego potu spływały mu po czole, przedzierały się przez las przemoczonych do suchej nitki brwi i spływały po twarzy. Mężczyzna, co chwilę wycierał również spocone ręce o mankiet marynarki. Czegoś ode mnie chciał.

- W czym mógłbym Panu pomóc? – zapytałem przyjaźnie.

Po chwili mężczyzna zaczął chaotycznie mówić.

- Chodzi o to…rozumie Pan…że moja żona nie chce wsiąść do pociągu. Ja jestem urzędnikiem w bratysławskim ratuszu i…sam Pan rozumie…chciałbym powiedzieć, że znaleźliśmy się z żoną w niecodziennej sytuacji…to znaczy, chciałem powiedzieć, że ja nie jestem Żydem…

Chodziło o transport. Muszę przyznać, że wtedy w 1942 roku nikt nie miał pojęcia o miejscach przeznaczenia tych transportów. Z tego powodu zachowanie tego mężczyzny wydawało mi się wtedy zupełnie absurdalne. Kryzys małżeński na dworcu. Próbowałem uspokoić tego mężczyznę.

- Czy problemem dla Państwa są miejsca w pociągu? Cóż, ja niestety nie mogę Państwu pomóc. Ja nie odpowiadam za wygodę podróżowania.

- Nie, nie – gorączkowo przerwał mi mój rozmówca chwytając mnie za dłoń – nie chodzi o to. Rzecz w tym, że to moja żona powinna pojechać tym pociągiem. Jak już mówiłem…jestem urzędnikiem. Obowiązuje mnie prawo. Decyzja rządu jest taka, że osoby żydowskiego pochodzenia mają pojechać do pracy do Generalnego Gubernatorstwa na terenie Polski. Ja mam pracę…to żona jest bezrobotna…

Zaczął mi się spowiadać. Praca. Obowiązki. On jest Słowakiem, katolikiem, może to udowodnić. On musi zostać.

- Nie rozumiem, dlaczego zwraca się Pan z tym do mnie?

Wydawał się szczerze zaskoczony.

- Bo wydawało się nam, a w szczególności mojej żonie, że pan nas …lubi.

Teraz ja czułem się zaskoczony. Nie przypuszczałem, że moje ukradkiem rzucane spojrzenia, nie uszły uwadze mężczyzny, ani jego żony. Zdałem sobie też sprawę, że zaciągnąłem u nich coś w rodzaju honorowego długu. Niewinne podglądactwo miało swoją cenę.

 

*

Kobieta zdawała się być nieobecna. Siedziała na walizce. Wpatrywała się w podłogę, w jakiś niedostrzegalny dla mnie punkt. Zupełnie nie zwracała uwagi na ogromny tłok, jaki panował na dworcu. Nie zwróciła też uwagi, kiedy jej mąż i ja stanęliśmy obok niej. Co za zbieg okoliczności! Po raz pierwszy miałem okazję znaleźć się tak blisko kobiety, która wypełniała moje życie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę w przeciągu kilku ostatnich miesięcy. Mój Boże, co ja jej miałem powiedzieć? Jak zachęcić do wyjazdu, o którym wówczas nic nie wiedziałem. Wówczas byłem niemal pewny, że wyjazd do Polski do Generalnego Gubernatorstwa, będzie o wiele lepszym rozwiązaniem niż siedzenie na Słowacji. Wszyscy przecież wiedzieli, że ostracyzm wobec Żydów, z każdym miesiącem stawał się coraz bardziej dokuczliwy.

Już miałem się nad nią nachylić i poprosić, żeby ze mną porozmawiała, gdy nagle, z dworca dobiegł nas przeraźliwy pisk wypuszczanej z lokomotywy pary. W przeraźliwie monotonnej i nudnej atmosferze oczekiwania na cokolwiek, ów pisk z parowozu ożywił ludzi. Wszyscy mieli chyba serdecznie dość siedzenia i czekania w tłoku i duchocie. Ludzie zaczęli się podnosić. Ja też odwróciłem się w stronę pustych do tej chwili peronów.

Powoli, ospale, sycząc i sapiąc w sierpniowym upale lokomotywa ciągnąca bydlęce wagony, przypominająca wielkiego nażartego boa, wtaczała się na dworzec. Wówczas ożywili się także policjanci oraz chłopcy z gwardii hlinkowskiej. Dawali do zrozumienia wszystkim, i to bardzo głośno i wyraźnie, że nadjeżdżający właśnie skład jest tym pociągiem, do którego mieli wsiąść wszyscy słowaccy Żydzi z dworca.

Wszyscy chwili wstać na raz. Jakieś dziecko, przedtem przytępione upałem, znów zaczęło płakać. Rozejrzałem się. Ci, którzy za chwilę mieli wsiąść do pociągu sprawiali wrażenie ospałych, bardzo zmęczonych i zupełnie nie rozumiejących tego, co się dzieje. Policjanci uspakajali, a ludzie kolei, tacy jak ja, znajdując się po środku tego tłumu, mieli uwiarygodniać całą sytuację.

Znów popatrzyłem na kobietę. Wstała. Spojrzała na mnie niewidzącym spojrzeniem. Chyba mnie nie poznawała. Spojrzała raz jeszcze na mężczyznę z ostatnim, niemal błagalnym pytaniem. On rozwiał jej wątpliwości.

- Proszę cię, nie róbmy teraz scen. Wszystko się jakoś ułoży.

Chwycił jej walizkę. Po chwili dodał:

- Zawsze będziemy razem.

*

Postanowiłem im towarzyszyć. Kiedy weszliśmy na peron przeciskając się przez ciżbę ludzi, zauważyłem, że wagony tego pociągu nie należały do naszych kolei. Na każdym z nich widniał napis

DEUTSCHE REISCHSBAHN 

To niemieckie koleje. Koło lokomotywy stało kilku Niemców. Poznałem ich po mundurach. Jeden z nich ustawiał właśnie aparat fotograficzny na statywie i miał zapewne ochotę sfotografować zajście. Pozostali przyglądali się wypełnianiu pociągu.

W tym niesamowitym ścisku wsiadanie do wagonów wcale odbywało się szybko i sprawnie. Ci, którzy znajdowali się już wewnątrz wagonów, pomagali tym, którzy dopiero wsiadali. Słowacka policja zachowywała się poprawnie, ale wyraźnie ponaglała, żeby szybko wsiąść do pociągu. Ja pomogłem wsiąść kobiecie. Wówczas zauważyłem również, że jej mąż gdzieś zniknął.

Lokomotywa znów wydała z siebie przeciągły, głośny gwizd. Ludzie przyspieszyli wsiadanie. Po dwu kwadransach pociąg był pełny. Słyszałem płacz dzieci, jęki i przekleństwa. W pociągu było tak ciasno, a upał i bezlitosne tego dnia słońce wzmagało tylko udrękę ludzi zamkniętych w pociągach. Policja słowacka nie zamykała drzwi wagonów. Ludzie znajdujący się przy wejściu mogli, więc usiąść. Kilku Niemców obserwowało transport i nie zgłaszało żadnych uwag. To miał być przecież przyjazny wyjazd do pracy.

Lokomotywa drgnęła wydając spod siebie cały zestaw kakofonicznych dźwięków. Ogromne stalowe cielsko drgnęło po raz drugi i ruszyło do przodu. Znów spojrzałem na kobietę. Zapragnąłem towarzyszyć jej do końca, ponieważ jej maż gdzieś zniknął. Ona stała przy otwartych drzwiach wagonu. Po chwili spojrzała na mnie. Mimo wszystko czułem się szczęśliwy, bo ona spojrzała po raz pierwszy tylko na mnie. Pociąg poruszał się wolno, ale ja chcąc dotrzymać mu kroku, musiałem przejść do wolniutkiego truchciku. Pęd powietrza rozwiewał jej włosy. Kobieta wyciągnęła z kieszeni żorżetowej marynarki jakąś kartkę papieru i podała mi ją.

- To dla Pana – powiedziała głośno.

Chwyciłem ów kawałek papieru. Natychmiast spostrzegłem, że to zdjęcie. Tę fotografię przechowuję do dzisiaj. To jedyny ślad, że ta kobieta w ogóle istniała. To jedyny dowód, który przywraca tę kobietę z morza niepamięci. Przechowywałem to zdjęcie przez lata, od dnia, kiedy mi go dała. Ów dzień był zarazem ostatnim dniem, w którym widziałem tę kobietę żywą. Teraz, po latach to zdjęcie wyblakło, ale rysy kobiety stały się jeszcze bardziej ostrzejsze, bardziej wyraziste, jak gdyby dopominały się o pamięć.

*

Przez kilka następnych miesięcy rozsypywałem się na setki części i składałem na powrót w przedstawiciela gatunku homo sapiens. Praca na kolei sprawiała mi olbrzymi ból. Odprawiliśmy wiele pociągów, takich jak ten z sierpnia 1942 roku. Nie wytrzymałem tego. Na moją prośbę przeniesiono mnie do kasy. Miałem odtąd sprzedawać bilety.

Nie dałem za wygraną. Pragnąłem dowiedzieć się czegoś więcej o miejscu przeznaczenia tych pociągów. W końcu po długich staraniach, dziesiątkach wypitych butelek wódki dowiedziałem się tego od dyżurnych ruchu. Wszystkie pociągi z Żydami jechały do dwu miejsc: stacja Treblinka oraz Auschwitz. Z początku nie miałem pewności, co to za miejsca, ale ludzka zdolność do plotkowania nie ma granic. W 1944 kiedy dwaj słowaccy Żydzi Rudolf Vrba i Alfred Wetzler, uciekli z obozu Auschwitz i powiadomili nuncjusza apostolskiego w Bratysławie o zbrodniach tam popełnianych. Dopiero wówczas opinia publiczna w naszym kraju mogła naprawdę dowiedzieć się o tych potwornościach. W tym samym, 1944 roku, wybuchło słowackie powstanie przeciwko Niemcom. Ja nie walczyłem. Bo w gruncie rzeczy jestem tchórzem. Przesiedziałem resztę okupacji na stacji sprzedając bilety. Robiłem to profesjonalnie i nikogo nie pytałem o poglądy, ani o polityczne sympatie.

Po wojnie, kiedy odrodziła się Czechosłowacja, a nas znów nikt nie pytał o zdanie, zrodziła się we mnie ogromna chęć opowiedzenia moich przeżyć przy transportach. Chciałem się wygadać komukolwiek. Nikt jednak nie chciał mnie słuchać. W końcu narodziła się we mnie nadzieja, że spotkam tego mężczyznę i zadam mu kilka pytań. Mimo to, gdzieś na dnie mojej duszy tkwiła obawa, że już nigdy nie będzie mi dane spotkać tego mężczyznę raz jeszcze. Od 1948 roku znów wróciłem na pociągi. Znów byłem konduktorem i znów posprawdzałem bilety. Brałem udział w życiu naszej nowej ojczyzny. Pod zamkiem bratysławskim powiewała znów flaga czechosłowacka, ( choć równie często można było spotkać czerwoną – radziecką), a ja znów w zapamiętaniu krzyczałem:

- Niech żyje przyjaźń międzynarodowa! Niech żyje towarzysz Stalin!

Zapisałem się nawet do partii, bo przecież warto być w samym centrum wydarzeń, a nie tkwić z boku, czekając na rozwój wypadków, które i tak wciągnęłyby mnie do środka kotła historii. Zostałem komunistą. Nie dziwcie się. Jestem życiowym oportunistą, a być w partii oznacza istnieć. To moja nowa filozofia. Skoro umarł ksiądz Tiso, skoro umarła katolicka Słowacja i mamy teraz komunizm, to spróbuję odnaleźć w nim odrobinę szczęścia. Nie możecie mnie za to potępiać. Sami sprawdźcie, czy na strychu babci nie ma portretu Stalina.

*

W maju 1951 roku jechałem jak codziennie tą samą trasą sprawdzając bilety. I znów zobaczyłem tego mężczyznę. To był wstrząs. Siedział w towarzystwie innej kobiety, niewysokiej i piegatej blondyneczki oraz kilkuletniego chłopca. Wyglądali na rodzinę. Stałem jak skamieniały nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Z zamyślenie i szoku wyrwał mnie dopiero opryskliwy głos mężczyzny:

- Co się Pan tak gapi? Proszę nam oddać bilety!

- Tak, tak, bardzo przepraszam – wyjąkałem coś w tym stylu.

Następnego dnia poszedłem po zwolnienie lekarskie. Jako przyczynę choroby podałem: ogólne wyczerpanie nerwowe. Jako partyjny, natychmiast otrzymałem to zwolnienie. Przez kilka następnych dnie naprawdę nie wiedziałem, co mam robić. Stare zdjęcie, na którym ten sam mężczyzna był w towarzystwie kobiety, zdradzonej i najprawdopodobniej zamordowanej, wgryzało się coraz głębiej w moje serce, sącząc powoli jad nienawiści. Zdjęcie, na którym widziałem kobietę, która pokochałem największą miłością w moim nędznym życiu, było jak niezagojona rana, do której ktoś, co rusz dosypywał soli.

Doszedłem do wniosku, że ta kobieta po prostu mnie wybrała. Oddając mi to zdjęcie na dworcu w sierpniu 1942 roku obciążyła mnie obowiązkiem pamięci. W jej geście, na pozór prostym i nic nieznaczącym tkwiła zapowiedź kary, którą musiał ponieść ten, który zdradził. Po kilku dniach uznałem, że Bóg wybrał mnie na swojego dobosza. Miałem wygrywać na bębnie sumienia tego mężczyzny takt do nawrócenia. Zrobiłem to, co każdy przyzwoity człowiek zrobiłby na moim miejscu.

*21 czerwca 1951, Bratysława

Z akt milicji – wyciąg:

Postępowanie przeciw Mikulašowi Novotnemu, kolejarzowi. Oskarża się pana Novotnego, że 16 czerwca 1951 roku, zaatakował w pociągu nożem towarzysza redaktora Vojtecha Hovanca, zadając mu rzeczonym narzędziem 10 ciosów. Powstrzymali go pasażerowie. Towarzysz Hovanec na oczach żony oraz małoletniego syna poniósł śmierć.

Przesłuchano oskarżonego na komendzie milicji w Bratysławie. Oskarżony utrzymuje, że musiał ukarać towarzysza Novotnego za zdradę, której jakoby zmarły miał się dopuścić. Nie chciał jednocześnie wyjaśnić, na czym miałaby polegać ta zdrada.

Wnioskujemy o osadzenie oskarżonego w areszcie śledczym oraz o objęcie go obserwacją psychiatryczną, mający za zadanie wykazać, czy oskarżony był poczytalny w chwili popełniania czynu.

Starszy protokolant

D. Schuster   

Opublikowano antysemityzm, faszyzm, Holokaust, II Wojna Światowa, Literatura, Opowiadanie | Otagowano , , , , | Skomentuj