Przeniesienie bloga

Szanowni Czytelnicy!

Platforma blog.pl zostanie zamknięta z dniem 28 II 2018 roku. Zapraszam Państwa na kontynuację tego bloga na stronie

https://wojciechdutka-piszecomysle.blogspot.com

Najciekawsze recenzje przeniosę w najbliższym czasie na nowy adres. Nowe recenzje i wpisy literackie i historyczne pojawią się w przyszłości

Opublikowano Bez kategorii, refleksja autorska | Otagowano , , , | Skomentuj

„TO”, na podstawie Stephena Kinga, reż. Andres Muschietti (oraz obrazoburcza refleksja o powieści)

10626_1.7

Czytelniku,

Proza Stephena Kinga z pozoru wydaje się doskonałym tworzywem na fabuły filmowe. Jednak po dogłębnym przyjrzeniu się jednemu z najsłynniejszych utworów pisarza, dochodzę do wniosku, że niemożliwe jest stworzenie filmowego arcydzieła z gatunku grozy, jeśli film ma być wierną adaptacją książki „To” Kinga. Przyczyna tkwi nie w filmie , ale w samym Kingu. Ale wyjaśnię to poniżej. Zdaję sobie sprawę, że istnieje liczne grono czytelników i wielbicieli pisarza i z pewnością mój krytyczny wpis może spotkać się ze sprzeciwem. Przyznaję się – nie cenię dosłowności horrorów Kinga, ponieważ jestem sceptycznym konserwatywnym liberałem i nie wierzę w duchy, strachy, strzygi i tym podobne idiotyzmy.

Jednak Andres Muschetti zdecydował się nakręcić wtórny film (przed 27 laty powstałą już ekranizacja powieści), który jednak serwuje danie dość strawne do pewnego momentu. Z uwagi na fakt, że wypowiadam się jednocześnie o filmie i książce, muszę przyznać, że pod względem aktorskim, „To” AD 2017 jest pierwszorzędnie zrobione. Gra dzieciaków płynna i autentyczna. Duży podziw budzi dojrzałość nastoletnich aktorów – jąkały Billa (Jeaden Lieberher), hipochondryka Eddiego ( świetny Jack Grazer), czy Beverly (Sophia Lillis) w scenach, które wymagały pewnej odwagi, ukazaniu słabości, czy niezgulstwa.

Słabość „To” Kinga - przyznaję, że nie byłem w stanie przebrnąć przez obsesyjnie rozwlekłe 1000 stron powieści – wynika z koncepcji Zła, jako istoty zewnętrznej w stosunku do świata, dla którego ma być jakąś metaforą. Immanencja tego Zła jest nieudana, ponieważ King ma tendencję do irytującego dydaktyzmu. Oczywiście u Kinga kontekst społeczny końca lat osiemdziesiątych jest dość dobrze zarysowany – są to napięcia rasowe, nietolerancja wobec mniejszości seksualnych, kult macho, przemoc wobec kobiet i zwierząt. Po prostu słabością intelektualną tej książki jest dosłowny kicz…. zła pajęczyca z kosmosu, która okazuje się być „TYM”. Tysiąc stron, by na końcu dać coś tak niepoważnego, jako wyjaśnienie mrożącej krew w żyłach historii. Ja tego nie kupuję. To jest kpina z czytelnika. 

„TO” w reżyserii Muschiettiego jest jednak opowieścią o dojrzewaniu. Świetne są sceny z dzieciakami oraz chłopięcego napięcia jakiego nawzajem udzielają sobie rówieśnicy podkochujący się w American dream girl, jaką jest Beverly. Wszyscy przecież chodziliśmy kiedyś do szkoły i podkochiwaliśmy się w jakiejś Beverly jako dzieciaki. To jest autentyczne w tym filmie. Tylko to. Ta sama Beverly nosi w sobie rysę, naznaczenie – jest wszak ofiarą molestowania. Ale w filmie jej dramat nie wybrzmiał tak dobrze jak nienawiść do kobiet w pierwszej części „Millenium” Larssonna. Widać, że scenarzyści (Gary Douberman, Chase Palmer) próbowali ratować społeczny wymiar filmu, jednak rasizm, czy molestowanie nie zostało mocno wyartykułowane. Jest jedynie zasygnalizowane. I tak ma się z innymi wątkami filmu. Na przykład świetna jest scena otwierająca, kiedy George w padającym deszczu próbuje gonić stateczek i natrafia na Pennywise`a w kanale ściekowym. To jest chyba najlepsza scena filmu, rzeczywiście pełna grozy i tajemnicy. Cierpienie dziecka z odgryzioną rączką. Potem jest już gorzej.

To zarzucam Kingowi – w miejsce tajemnicy otaczającej klauna jest kicz. Bo groza jest pochodną tajemnicy, jak pisze o istocie Zła święta Teresa z Awila. Zło w swej istocie jest mimetyczne, małpuje bowiem Boga. Jednak nawet oddzielając Zło powieściowe od strony religijnej, co wydaje się koniecznością, nie można stworzyć takiego Zła, które zarazem nie byłoby metafizyczne. Proszę mnie zrozumieć. Horrory Wesa Cravena dziś są już tylko śmieszne, choć Freddy Krueger naprawdę straszył na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, w epoce odtwarzaczy video. Śmieszne są filmy grozy z okresu międzywojennego. Ale na przykład „Twin Peaks” Lyncha jest pełne grozy po dziś dzień, a Bob, straszliwy demon żywiący się strachem i krwią, opętujący Lylanda Palmera mordującego własną córkę, jest dlatego tak straszny, bo otacza go „groza i tajemnica”. Nie wiadomo skąd jest Bob. My wiemy, że z „Czarnej Chaty” czyli piekła, gdzie tańczy mały karzeł. Ale to jest meastria Lyncha, a nie King.

Kluczem do powodzenia horroru jest groza i tajemnica. Z początku „To” trzyma się owej zasady, lecz w miarę jak w książce wątek z lat osiemdziesiątych, kiedy bohaterowie byli dziećmi, ustępuje współczesności, z grozą jest już słabo. King stwarza jedną z najbardziej niezwykłych postaci gatunku grozy, dorównującą Nosferatu i Drakuli Stokera, czyli klauna Pennywise`a, który snuje się po Derry mimo upływu czasu, by potem utopić ją w ….idiotycznej kosmitce-pająku.

Dam Państwu dowód następny. Najlepszym filmem na podstawie prozy Kinga jest „Lśnienie” Stanleya Kubricka z Jackiem Nicolsonem. Kubrick zdystansował się od książki Kinga i zrezygnował z dosłowności. Widzimy szaleństwo pisarza, wklepującego w maszynę do pisania jedno zdanie. Atmosferę grozy robią zdjęcia kręcone z perspektywy dzieciaka, jadącego po korytarzach hotelu Overlook, i…. jest też tajemnica. Gdy pisarz po kłótni z żoną idzie do pustej sali balowej i mówi „Oddałbym duszę za drinka”, demony materializują się i są na zawołanie. Potem jest już tylko siekiera i groza. King nie lubi jednak tego filmu. Nakręcił własny mini serial, który jest dosłowny i dlatego nie do oglądania.

Uważam, że aktorsko nowe „To” jest świetnie zagrane, choć młody Bill Skarksgaard nie dotrzymuje kroku Timowi Curry`emu. Jest straszny, ale nie ekspresyjny. Poza tym klaun z XIX wieku nie jest amerykański, a „To” ma przecież w myśl samego Kinga uosabiać amerykańskie lęki, fobie i traumy. Curry był śmieszny i straszny zarazem. Gdy potraktować ten film jako powieść o dorastaniu, o paczce dzieciaków z których każdy ma jakąś traumę, możemy spróbować odnaleźć w tych dzieciakach siebie. Jednak metafizyka (zdaje sobie sprawę z amorficzności tego pojęcia) Zła w tej książce ustępuje przerysowanemu kiczowi. Całe szczęście, że nie pokazano do końca dosłowności tego zła w tym filmie. Bo śmieszne są sceny, gdy Eddiego goni trędowaty trup. Bez tej dosłowności….byłoby lepiej.

Ale już wiadomo, że będzie druga część. Jednak już nie dla mnie.

Opublikowano horror, Literatura, Millenium, opowieść grozy, rasizm, recenzja, śmierć | Otagowano , , , , , , , , | Skomentuj

Kolacja kanibali. Teatr Polonia. reż. Borys Lankosz, recenzja

teaser

Drogi Czytelniku,

Piekielny wybór. Dramat postaw. W repertuarze teatrów można trafić na różne inscenizacje, jednak prawdziwym rarytasem jest pokazanie dramatu tak sugestywnego i przerażającego, że przez długi czas po zakończeniu spektaklu, widz znajduje się w stanie szoku. Dla mnie spektakl w reżyserii świetnego reżysera filmowego Borysa Lankosza według dramatu znakomitego francuskiego pisarza ormiańskiego pochodzenia Vehe Katchy jest taką propozycją. Nie dziwi mnie także, że to właśnie Teatr Polonia Krystyny Jandy wystawia tę sztukę. Janda ma niezwykły talent nie tylko jako aktorka, którą wszyscy znamy, ale jako menedżer teatru. Ma także talent do niebanalnych tekstów, szczęście do znakomitych aktorów i przekonującej oszczędnej, ale sugestywnej scenografii.

Trochę o samym spektaklu (nie robiąc spoilera). Jest rok 1942, okupowany przez Niemców Paryż. Przenosimy się do paryskiego mieszkania, gdzie odbywa się domówka kilku przyjaciół. Jest luźna atmosfera, dziewczyny, przystojni faceci, zapowiada się całkiem udany wieczór. Trwa zabawa. Wkrótce padają dwa strzały. Do mieszkania (jako widzowie mamy wrażenie współuczestniczenia w wieczorku) wkracza esesman, oficer paryskiego Gestapo Kaubach. W tej roli zobaczymy Rafała Mohra, który gra postać diaboliczną, inteligentną i perfekcyjnie zasugerowaną. W jego grze, geście, niemieckim akcencie zachowaniu nie ma przypadku. To niezwykła rola Mohra- jedna z najbardziej sugestywnych kreacji pokazujących gestapowca jaką widziałem . Oficer SS przekazuje zebranym w mieszkaniu gościom propozycję nie do odrzucenia: spośród siebie wybiorą dwie osoby, które Kaubach zabierze ze sobą na egzekucję.

Dramat trwa prawie dwie godziny, ponieważ spektakl jest bez przerwy, ale tego czasu właściwie się nie odczuwa. Warto wspomnieć o innych postaciach, które tworzą sztukę. Rafał Maćkowiak gra przekonująco, podobnie jak inni mało znani aktorzy, dobrani przez Lankosza tak, aby zasugerować, że ta historia może przydarzyć się w każdym czasie i miejscu. Uczestnicy kolacji muszą wybrać dwie ofiary. Zaczyna się brutalna, choć pozbawiona fizycznej przemocy walka o życie, w której nie ma miejsca na wahania, skrupuły. Bohaterowie muszą dokonać takiego diabelnego wyboru.

Ten spektakl jest piekłem wolności, a raczej wyboru konieczności. Uczestnicy kolacji dokonując tego wyboru muszą postawić wszystko na szli: swoje człowieczeństwo, empatię lub jej brak. Punkt zwrotny dramatu, jakim jest wkroczenie esesmana, pokazuje prawdziwą naturę ludzi, ponieważ opadają codziennie maski z kłamstw, jakimi bohaterowie i jakimi my lubimy się codziennie otaczać. Z ludzi kulturalnych i cywilizowanych, jak się pozornie wydaje, zostają zdarte wszystkie uczucia, skrupuły etyka i religia. Zostaje instynkt samozachowawczy.

Uważam, że sztuka Vehe Katchy jest jednym z najwybitniejszych współczesnych dramatów francuskich. Jeśli jest jakakolwiek parabola w polskim dramacie, to jest to sztuka Grochowiaka „Szachy”. Jeśli jest jakiś teatr, który mógłby zrobić „Szachy” Grochowiaka to jest to teatr Jandy. Adaptacja sceniczna tekstu Katchy jest imponująca, zarówno pod względem scenografii, jak i detali takich jak mundur Gestapo (to historyczny mały błąd – w roku 1942 Gestapo nie nosiło już czarnych mundurów, ale to drobiazg), sukienki, garnitury w stylu vintage.

Polecam tę sztukę każdemu szukającemu w teatrze niebanalizowanych przeżyć. Tym samym Teatr Polonia Krystyny Jandy udowadnia bezsprzecznie, że jest jedną z najlepszych scen dramatycznych w Polsce. Ukłony dla zespołu teatralnego.

Esencją dramatu jest katharsis. Po obejrzeniu „Kolacji kanibali” gwarantuję to doświadczenie, które zmusza do zadania sobie samemu pytania: gdybym to  ja musiał dokonać takiego wyboru…

 

Opublikowano Czarna Ziemia, faszyzm, Francja, II Wojna Światowa, Niemcy, recenzja, teatr | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Anthropoid, czyli film o zamachu na Reinharda Heidricha

Anthropoid_(film)

Czytelniku,

Końcem maja 1942 roku czescy cichociemni dokonali zamachu na kata Pragi, rzeźnika Czech i Moraw oraz odpowiedzialnego za Holokaust, dowódcy hitlerowskiej Służby Bezpieczeństwa SD oraz szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy RSHA, Reinharda Heidricha. Czesi  nie są tak uwrażliwieni na historię, jak Polacy, ale bardzo umiejętnie wykorzystują atuty w ręku, jakim jest studio filmowe Barrandov oraz kontakty z Hollywood do promocji własnej historii i produkcji filmów.

Dramat historyczny ANTHROPOID jest dosłowną nazwą operacji czeskiego wywiadu, czyli zamachu na Heidricha. Reżyserem filmu jest Sean Ellis, a w filmie zagrały brytyjskie gwiazdy kina jak Cilian Murphy (znany z filmu Kena Loacha „Wiatr buszujący w jęczmieniu”), oraz Toby Jones. Ci ciekawe, w filmie zagrał także nasz doskonały aktor Marcin Dorociński. Jednak nie gwiazdy są tutaj najistotniejsze, a sposób opowiadania. Pierwsza godzina filmu opowiadana jest niespiesznie, poznajemy bohaterów, a mianowicie dwu żołnierzy czechosłowackiej armii: Jozefa Gabcika i Jana Kubisa. Pierwszy był Czechem i drugi Słowakiem. To ważne, ponieważ Słowacja w 1942 była niezależnym państwem, satelitą III Rzeszy, rządzona przez zbrodniarza wojennego, katolickiego księdza Jozefa Tiso. 

Film przyspiesza, kiedy bohaterowie dokonują zamachu, na praskiej ulicy, w środku dnia. Widz zostaje porażony wiwisekcją z jaką ukazany został zamach. Heidrich go przeżył, ale odłamek bomby ranił go w plecy. Zamachowcy uciekli przekonani, że zamach się nie udał. Ważne, że w filmie w zasadzie nie ma żadnego portretu Niemców. Oni są w Pradze, ale widzimy ich dopiero oczyma Czechów, kiedy zaczyna się w mieście nad Wełtawą polowanie na żołnierzy podziemia. Film pokazuje czeskie społeczeństwo i zróżnicowanie zachowań. Od heroicznej postawy rodziny Moravców, która ukrywała Kubisa i Gabcika po wyrachowaną zdradę ich kolegi, też cichociemnego, Karela Curdę. Zdrajca sprzedaje kolegów za milion marek. A skuteczne i pokazane z niebywałą brutalnością Gestapo (straszna scena miażdżenia dłoni młotkiem młodego skrzypka, syna Moravców) daje posmak grozy. Ta zaczyna się w chwili, kiedy Heidrich umiera w szpitalu w wyniku zakażenia. Młodzi bohaterowie filmu dowiadują się o tym z offu. Cena ich sukcesu będzie jednak straszna.

Ostanie pół godziny filmu to fantastycznie sfilmowana strzelanina w prawosławnej cerkwi św. Cyryla i Metodego w Pradze, gdzie zamachowcy oraz kilku innych czeskich cichociemnych ukryło się przed Niemcami. Młodzi Czesi fantastycznie ostrzeliwali się z 800 żołnierzami SS broniąc klasztoru zażarcie przez dwie godziny (w filmie z oczywistych względów jest to skrócone). Co najważniejsze, w ich beznadziejnej walce nie ma żadnego patosu, którego Sean Ellis sprawnie uniknął. Jest ukazany autentycznie i przejmująco zagrany strach przed śmiercią. Scena śmierci bohaterów, kiedy Niemcy zalewają piwnice cerkwi wodą, żeby utopić broniących się Czechów, jest surowa, straszliwa i przejmująca do szpiku kości.

Film nie traktuje o niemieckiej zemście na wsi Lidice i dobrze, bo zaburzyłoby to linearność narracyjną filmu. Film Anthropoid nie wszedł w Polsce do kin, a szkoda, bo oglądanie tego filmu na dużym ekranie jest w pewnością warte wiele. Ja oglądałem film z DVD kupionego w księgarni internetowej Amazon. Zachęcam do oglądania filmów z legalnych źródeł.

Polecam dramat Anthropoid wszystkim znawcom II wojny światowej, ale też osobom niespecjalnie zgłębiającym historię tej wojny. To znakomicie zrobiony, trzymający w napięciu thriller z przejmującym zakończeniem, dobrą i nie dominująca muzyką, ze stonowaną i naturalistyczną grą aktorską.

Opublikowano czas honoru, faszyzm, film, groza, Holokaust, II Wojna Światowa, Niemcy, recenzja, wojna, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

Milczenie Martina Scorsese. Niereligijny film religijny.

Milczenie_plakat_B1

Czytelniku,

Widziałem dziś wieczorem w kinie Amok w Gliwicach „Milczenie” Martina Scorsese. Idąc miałem pewne obawy, wiedziony jego wcześniejszym obrazem religii dotyczącym czyli „Ostatnim kuszeniem Chrystusa”, i to jest film zmuszający do zadawania pytań o religię.

Film jest znakomicie zrobiony i znakomicie zagrany. Przez pierwsze prawie dwie godziny dostajemy od Scorsese niezwykłą lekcję historii – brutalnych i wyrafinowanych prześladowań chrześcijan w XVII wiecznej Japonii, czyli w czasach, które Polakom kojarzą się z Potopem szwedzkim. Prześladowania są wiarygodne i bezlitosne, jednak nie o tym jest film. Kluczem są dwaj księża jezuiccy, z których jeden zaginął i krążą słuchy o jego apostazji. Tego księdza gra Liam Neeson. Młody Andrew Garfield, który brawurowo zagrał u Gibsona w „Przełęczy ocalonych” udźwignął rolę księdza zupełnie opuszczonego, który musi stanąć przed próbą życia i śmierci.

Jednak uderzyło mnie w tym filmie zupełnie co innego. Scorsese ma rację, że prawdziwą religię człowieka zna tylko Bóg, który milczy. Ten milczący Bóg stanowi łącznik z „Ostatnim kuszeniem”, jest jak gdyby rozwinięciem tego, co nakręcił Scorsese ponad trzydzieści lat temu. Ale nie zgadzam się zupełnie z wymową kluczowych scen filmu – nie chcąc robić spoilera, mogę powiedzieć jedynie to, że Scorsese dokonał apologii apostazji, jak gdyby apostaci mieli ocalać sens religii przeciw niej samej. Za bardzo to karkołomne. Dla mnie sens cierpienia tych chrześcijan jest w prostocie wieśniaków znoszących bez słowa ukrzyżowanie. Sens chrześcijaństwa nie tkwi w intelektualnych rozważaniach księdza z buddyjskimi urzędnikami boskiego cesarza (sic!), ale w tych słowach Pana:

Niech wasza mowa będzie tak-tak, nie-nie, a reszta pochodzi od Złego.

Zupełnie natomiast odstręcza mnie kontekst urzędników cesarskich, wyrafinowanych i uprzejmych. Nie znam się na buddyzmie, ale jego podstawą nie jest zadawanie cierpienia innym istotom i ludziom, ale współczucie ich nędzy. Dla mnie prześladowcy, choć odnoszą zwycięstwo, są odrażający. Torturują ludzi na zimno z wyrafinowaniem. Ale może nie rozumiem Japończyków, choć zabawy w ścinanie głów mieczami samurajskimi w czasie II wojny musieli im wybić z głowy Amerykanie dwiema bombami atomowymi.

Ale nie winię Scorsese, że nie rozumie chrześcijaństwa. Ja też. Credo quia absurdum, powtarzam za Tertulianem, nota bene heretykiem. I tak w zajadle antyreligijnym Hollywood jest chrześcijaninem nieobrzędowym, jak Camus, Kirkegaard i wielu innych w coraz mniej chrześcijańskiej Europie. Lubię takich chrześcijan bardziej niż fanatyków przywiązanych do tego, by w religii szukać wywyższenia samych siebie.

Opublikowano film, Japonia, Martin Scorsese, prześladowania chrześcijan | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Leni Riefenstahl. Epizody niepamięci, reż. E. Marciniak, Teatr Śląski, 9.11.2016

Leni_PLAKAT_podglad

Czytelniku,

 Leni Riefenstahl była niemiecką reżyserką filmów propagandowych, które tworzyła w okresie III Rzeszy. Najsłynniejszym z nich był „Tryumf woli” uznawany z jedno z najwybitniejszych propagandowych dzieł gloryfikujących nazizm i samego Adolfa Hitlera. Riefensthal żyła 101 lat (sic!) i zmarła w roku 2003. Jej postaci, a konkretnie uwikłaniu sztuki filmowej (w ogóle sztuki) w zbrodniczą ideologię miał dotyczyć spektakl, jaki miał premierę 5 listopada 2016 roku w Teatrze Śląskim (ze współpracą Galeria Szyb Wilsona). Miał, bo niestety jest to przedsięwzięciu zupełnie nieudane. Zaraz jednak wyjaśnię na czym polega porażka twórców spektaklu. 

Tekst napisali Iga Gańczarczyk, Łukasz Wojtysko, a wyreżyserowała go Ewelina Marciniak, reżyserka, która ma na swoim koncie „Morfinę” na podstawie prozy Szczepana Twardocha. Zamierzenie było szczytne – ukazania w przeddzień śmierci w wieku 100 lat Riefensthal jako starej kobiety, do której przychodzą (w jej umyśle) różne postaci, w tym sam Hitler, Goebbels, a narratorką ma być Elfride Jelinek, nagrodzona Noblem, obsesyjna pisarka austriacka mająca uchodzić za głos rzeczywistości, nakłaniający Leni do wyznania swoich win. W najgłębszej wersji narracyjnej spektakl miał potępić faszyzm, wykorzystanie sztuki przez władze państwowe, totalitaryzm myśli, nie przypadkowy jest czas pokazania tego spektaklu – twórcy chcieli wykazać, że sztuka w Polsce poddawana jest podobnej presji pod rządami PiS. Wydarzenie pod koniec spektaklu w dniu 9 listopada utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to przedsięwzięcie ideologiczne, lewackie i zupełnie nieudane artystycznie i literacko.

Podstawową słabością spektaklu jest sam tekst Gańczarczyk i Wojtysko. Nie wydobył on z postaci Riefensthal dramatyzmu – zakłamania, hipokryzji, jakiegoś wewnętrznego wahania. Postać Leni grana przez Małgorzatę Gorol zupełnie ginie w spektaklu ukryta pod groteskową maską, która uniemożliwiała widzom ujrzenie warsztatu aktorki, jak gra, jak pokazuje emocje. Widząc spektakl z piątego rzędu miałem wrażenie, że tekst uniemożliwiał aktorom po prostu granie. Dialogi nie były spójne – mówiąc delikatnie -  sztywne jak bielizna schnąca na mrozie. Jednak mam teraz pewność, że typ teatru, jaki oglądałem w Galerii Szyb Wilsona, traktował tekst zupełnie drugorzędnie. Ważne było to, co widzowie mają zobaczyć. A mieli być zaszokowani, jak do niedawna w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Zresztą związek między tym teatrem nie polegał tylko na tym, że zagrała w nim pani Gorol.

Nazistowska przeszłość Riefenstahl, jej filmowo-erotyczne przygody w Afryce w latach siedemdziesiątych XX wieku, jej starość – wyimaginowany dialog z Marleną Dietrich – to wszystko stanowiło decorum w obrębie którego rozgrywa się spektakl. Fundamentalnym założeniem Marciniak jest chęć upokorzenia widza/odkłamania go/ zaszokowania poprzez niezwykle agresywną  i wulgarną seksualność. Pragnę podkreślić, że nie jestem bigotem i nie szokuje mnie nagość w filmie czy teatrze, jeśli ma swoje uzasadnienie artystyczne. Rzecz w tym, że tego uzasadnienia nie daje sam tekst Gańczarczyka i Wojtysko. Mam uzasadnione wrażenie, że Ewelina Marciniak upajała się ukazując zbliżenia analno-genitalne tancerzy. Jakże znaczące było to, że tancerze kucając wypinali swoje tylne części ciała w stronę widowni. Miał być to „taniec dzikich” nawiązujący do słynnej książki Bronisława Malinowskiego traktującej o seksie dzikich, niczym nie skrępowanej sile życia, a zarazem nawiązanie do afrykańskich wojaży samej Riefenstahl. Niestety, wulgarność Marciniak sprawiła, że ten pierwotny sens uległ rozmyciu i widz otrzymał quasi-pornograficzną wizję reżyserki, która przyznaje seksualności znaczenie większe i nie mające nic wspólnego z bohaterką sztuki. Riefenstahl dzięki masce jest odczłowieczona, jest postacią androgeniczną, wypraną ze swojej płci. Nie mam także wątpliwości, że taki jest zamierzony cel Marciniak. Seks jest kluczem do interpretacji postaci niemieckiej reżyserki rozpiętej między irytującą postacią Jelinek i imitacją jej kochanka Horsta. Postać to tym ciekawsza, że grała ją naga kobieta (Agata Woźnicka) ubrana jedynie w gadżet z hard porno – nienaturalny czarny dildo. Między nimi nie istnieje żadna relacja. Obie aktorki Woźnicka i Gorol zupełnie nie miały pomysłu, jak oddać łącząca ich więź jako kobiety i mężczyzny.

Zaszokowanie analno-genitalną ekspozycją seksu było jednak kontrfaktyczne. Ani śmieszne, ani straszne. Po prostu żałosne. Jednak ta płaszczyzna „spektaklu” w reżyserii Marciniak znana jest w Polskim Teatrze ostatnich kilku lat z seksualnych ekscesów Jana Klaty w Teatrze Starym w Krakowie, który stał się jedyną swego rodzaju anty-sceną w Polsce, unurzaną w obrzydliwości rozumianej jako konieczność ciągłej i artykułowanej wulgaryzmami i seksem prowokacji. To jeszcze można zrozumieć. Ja natomiast jako profesjonalny historyk zarzucam twórcom spektaklu coś innego, co właśnie dotyczy historii używanej w tym spektaklu w sposób utylitarny. Chciałbym zadać pytanie Państwu: czy czyniąc Hitlera śmiesznym Marciniak oraz twórcy spektaklu uczynili śmiesznym jego zbrodnie? Czy śmieszny Hitler dokonywał równie śmiesznych zbrodni? Jak tak można użyć historii?  Dam Państwu prosty przykład. Steven Spielberg kręcąc przed laty mało śmieszny film „1941″ z Melem Brooksem nie rozumiał tego, co zrozumiał kręcąc Listę Schindlera: naziści i ich zbrodnie na ludzkości nigdy nie byli śmieszni, ponieważ w ten sposób artysta poniża pamięć tych wszystkich, których Hitler mordował w imieniu i dla narodu niemieckiego. Dlaczego spektakl musiał być tak wulgarny, epatujący ordynarnymi seksualnymi gadżetami? Co Marciniak osiągnęła w ten sposób?

Spektakl „Leni Riefenstahl: epizody niepamięci” dopuszcza się tego samego grzechu. Czyniąc nazistów śmiesznymi urąga pamięci ich ofiar.

Intrygujące jest przewijające się trio postaci – Hitler, Heinrich Hoffman (zupełna pomyłka artystyczna – fotografem i filmowcem Hitlera był Franz Bauer, mający jako jedyny pozwolenie filmowania Hitlera w czasie jego prywatności) oraz grany przez młodocianego aktora Joseph Goebbels (skandalem jest wykorzystanie do takiego spektaklu młodocianego aktora – za kulisami nie widział aktorki ze sztucznym fallusem? ). Dlaczego Goebbelsa miał grać nieletni aktor? Otóż owi Hoffman, Hitler, Goebbels (jedyna postać bez maski), w asyście Magdy Goebbels oraz Ewy Braun takoż ukrytych pod maskami, zostali wystylizowani na śmieszne straszno-śmieszne, wyginające ciała, nienaturalnie gestykulujące i deklamujące dialogi ze sztucznie akcentowanymi niemieckimi słowami. Postaci te tracą całkowicie dramatyczny wymiar stając się surogatami osobowości, które mają przedstawiać. Nawet jeżeli taka, a nie inna stylizacja Hitlera jest zamierzona, osiąga ona skutek odwrotny od zamierzonego. Uważam, że wprowadzając takie mnóstwo postaci twórcy spektaklu zupełnie się pogubili. Mnóstwo postaci, mnóstwo niedokończonych i niedomkniętych wątków. Porażka na całej linii – słowa, obrazu, gestu i muzyki, zupełnie niekoherentnej z przedstawieniem.

Nie mam nic przeciw odważnym spektaklom. Jako przykład artystycznej ekspresji można pokazać spektakl Teatru Dramatycznego „Bent” opowiadający prześladowanie homoseksualnych mężczyzn w III Rzeszy. Porażka Teatru Śląskiego w spektaklu w reżyserii Eweliny Marciniak polega na świadomym rozmyciu historycznej wymowy nazistowskich i niemieckich zbrodni poprzez zastosowanie zupełnie nieudanego artystycznie pastiszu.  Leni Riefenstahl mogłaby stać się wielopłaszczyznową i bogatą w interpretację postacią genialnej reżyserki uwikłanej w potworny reżym. Mogłaby, ale tak się nie stało. Porażka polega na próbie ukazania przez Marciniak i zespół aktorski tej zależności, a zarazem na niemożliwości i nieumiejętności pokazania tego faktu. Rozmach inscenizacyjny, światło, muzyka mogły pomóc aktorom, a nie zrobiły tego. Maski na twarzach aktorów nie pomogły im grać, mimo szczerych chęci aktorów do wydobycia „życia” z granych postaci.

Nagrodą były bardzo letnie brawa publiczności. Reszta jest milczeniem.Ja nie klaskałem, tak jak przyjaciele, z którymi widziałem spektakl.

PS

- I na koniec prowokacja – po spektaklu w dniu 9 listopada 2016 roku z prawej strony widowni ukazały się trzy postacie, dwie kobiety i mężczyzna, którzy próbowali wykrzyczeć coś pod adresem Cezarego Morawskiego, dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu. Nie usłyszałem, co krzyczeli. Na moją prośbę jedna z aktorek powiedziała, że Morawski morduje Teatr Polski we Wrocławiu. Jeśli tak miał wyglądać ów teatr – analno-genitalny teatr dla „odważnych” – to proszę pana Morawskiego, żeby czym prędzej dokończył dzieła. Tego teatru nie da się oglądać. Nie ma on nic wspólnego z Jerzym Grzegorzewskim, Kazimierzem Dejmkiem – bliższa mi jest Janda ze swoim znakomitym, ciętym, czasami pieprznym, ale zachowującym KLASĘ, teatrem „Polonia” oraz „Och-teatrem”.

Opublikowano antysemityzm, faszyzm, film, Holokaust, II Wojna Światowa, Niemcy, niemieckie kino, rasizm, recenzja, śmierć, Szoah, teatr, totalitaryzm, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń, ARMENIA – Karawany śmierci, wyd.Czarne, Wołowiec, 2016

773883-armenia-karawany-smierci

Czytelniku,

Początkiem kwietnia 2016 roku, kiedy po raz kolejny wybuchła na cztery dni wojna armeńsko-azerska o Górny Karabach, kończyłem właśnie książkę dwojga autorów, Andrzeja Brzezickiego i Małgorzaty Nocuń „Armenia – karawany śmierci”. Książka ta stanowiła dla nie zaproszenie dla lepszego zrozumienia Armenii.

To kraj żyjący w napięciu między mitem i codziennością. Mit dawnej Armenii (którą ormiańscy historycy chętnie utożsamiają z państwem Urartu) obrazuje widoczna z Erywania, stolicy tego małego, dumnego kraju, góra Ararat. Dawny wulkan wznoszący się na ponad 5800 metrów jest dla Ormian faktycznym obrazem dawnej potęgi. Ironia polega także na tym, że Ararat jest położony dziś w Turcji, choć zaledwie o rzut beretem od granicy. Granica ta pozostawała przez większą część XX wieku zamknięta.

W książce obecny jest niesłychanie bolesny kontekst ludobójstwa. Zorganizowane przez ottomański rząd (odpowiedzialny Mehmet Thalatt) ludobójstwo na Ormianach w czasie I wojny światowej jest dziś wyznacznikiem polityki, kultury i rozumienia historii tego małego kraju. Opowiada o miejscach oraz o ludziach, świadkach masakry pierwszy rozdział książki, który jest niesłuchanie w wymowie brutalny, choć brutalizm dozuje z wiwisekcją lekarza. Ormianie, tak jak Izraelczycy noszą w sobie piętno zagłady. Gdyby nie ono, być może jako naród i jako państwo, Armenia dziś byłaby w innym miejscu.

Drugi rozdział opowiada o ludziach ormiańskiej polityki. Serż Sargsjan i Robert Koczarjan to ewidentne postacie, które wzniosły się na wyżyny armeńskiej polityki po upadku ZSRR. Oczywiście w czasach radzieckich wszystko było łatwiejsze. Ale polityka to także brud: wszechobecna korupcja stała się drugą twarzą, drugą stroną polityki w tym kraju. Czasami za uczciwość płaci się najwyższą cenę. Porażające są natomiast opowieści o matkach, które chcą opłakać swoich synów zamordowanych za odmowę korupcji w armii.

Górny Karabach, czyli Czarny Ogród stanowi niezwykle mocne odniesienie w tej książce. Rozdział o tej wojnie czytałem w kwietniu, kiedy znów wybuchły walki (to już tak zwana wojna czterodniowa 2016). Sukces Ormian w tej wojnie był świadectwem męstwa ich żołnierzy. Nota bene weterani, często ze złamanym życiem, są pozostawieni sami sobie. Książka pomaga zrozumieć mechanizmy napędzające tę wojnę, jedną z najdłuższych jakie zna współczesny nam świat. Jest to wojna nieprzejednana – w której nie ma prostych kategoryzacji i rozwiązań. Wszyscy są winni. Zapoczątkowana jeszcze w okresie schyłkowym ZSRR, w czasie pierestrojki i glasnostki Gorbaczowa, pożera ofiary po dziś dzień.

Erywań – to rozdział samoistny. Po raz pierwszy, nie będąc nigdy w Armenii, mogłem poczuć zapach ulicy. Wyobraźnia jest jednak nieokiełznana, kiedy książka jest tak plastyczna. Urok literacki tej części reportażu jest opowieścią nie tylko o mieście, ale i o ludziach. Najbardziej żal baranów, które pogodzone z losem, stłoczone, nieme, czekają na rzeź. Nie potrafiłbym zabić zwierzęcia. To jest mocny moment książki.

Książka Andrzeja Brzezickiego i Małgorzaty Nocuń jest znakomitą opowieścią o Armenii dla ludzi, którzy już odwiedzili ten kraj i tych, którzy jeszcze tam nie byli.

Opublikowano Armenia, recenzja, reportaż, Rosja, Związek Radziecki | Otagowano , , , | Skomentuj

Ian Kershaw, Fuhrer. Walka do ostatniej kropli krwi, wyd. ZNAK, Kraków 2012

Ian Kershaw, Fuhrer. Walka do ostatniej kropli krwi, wyd. ZNAK, Kraków 2012

Kershaw

Wracam do recenzowania dobrych książek historycznych. Profesora Iana Kershawa nie trzeba przedstawiać. To jeden z najwybitniejszych współczesnych znawców III Rzeszy, autor wielokrotnie nagradzanej biografii Hitlera (wyd. Rebis – t.1-3) oraz skróconej wersji tejże (New York 2012). Krakowski ZNAK wydał bez mała trzy lata temu książkę „The End. The difence and deconstruction of Hitler`s Germany 1944-1945″, którą wydano pod zmienionym polskim tytułem, trochę mylącym czytelnika. Nie jest to w żadnym razie opowieść o Hitlerze (choć jest on obecny jako twórca reżymu), ale o upadku III Rzeszy, a ściślej o społecznych implikacjach tegoż upadku.

Narracja Kershawa jest fascynującym przykładem łączenia perspektywy mikro i makro-historycznej. Ukazuje upadek III Rzeszy nie tylko z perspektywy załamywania się frontu zachodniego i wschodniego, ale wydobywa cały szereg ludzkich zachowań, których analiza pozwala czytelnikowi zrozumieć odpowiedź na pytanie, dlaczego Niemcy walczyli do końca, bezwzględnie wierni swojemu wodzowi, przy bierności ogromnej części społeczeństwa? Odpowiedź na to pytanie zajmuje profesorowi Kershawowi 9 rozdziałów i ponad pięćset kart książki.

Kershaw umiejętnie łączy ogromną wiedzę z intuicją badawczą wysokiej próby. Kompetentnie opisuje zaplecze frontu; opowieść o końcu trzeciej Rzeszy jest także summą upadku jej gospodarki. Bezwzględność reżymu w jakiejś mierze była pochodną samospełniającej się przepowiedni; że słabsi muszą zginąć, by ustąpić miejsca silniejszym. W narracji Kershawa ważny jest kontekst dzikiego fanatyzmu nakazujący powiesić szesnastoletniego chłopca chcącego wywiesić białą flagę na dwie godziny przed przybyciem do Akwizgranu Amerykanów. Ten fanatyzm jest drugą stroną bierności Berlińczyków, którzy zrezygnowani chodzili do pracy w coraz bardziej zrujnowanym Berlinie na początku 1945 roku.

Adolf Hitler ponoć powiedział w 1933 roku – dajcie mi władzę na 10 lat i nie poznacie Niemiec. Faktycznie po dwunastu latach jego rządów Niemcy są nie do poznania. To ruiny. Jednak wpływ wodza, propagandy Goebbelsa, który stał się w ostatnich miesiącach faktycznym kierownikiem walki „do ostatniej kropli krwi” nie tłumaczy fenomenu lojalności wobec dyktatora. Kershaw tłumaczy to po części strachem przed tymi, którzy nadchodzą. Potworności, jakie żołnierze Armii Czerwonej  dopuszczają się po wejściu na tereny niemieckie wobec kobiet i dziewcząt, dodawały skuteczności tej propagandzie. Istotne, że Kershaw dostrzegł także i to, że upadający reżym zawsze ma skłonność do coraz większego radykalizmu. Wystarczy dziś popatrzeć na reżym Assada w Syrii, by pojąć, że Kershaw miał rację. Brytyjski historyk wydobył zatem uniwersalny mechanizm władzy autorytarnej, idący trochę naprzeciw nie mniej znakomitej, choć dotyczącej innej epoki powieści-eseju „Szachinszach” Kapuścińskiego.

Radykalizm ostatnich miesięcy III Rzeszy przełożył się także na dramatyczny wzrost liczby ofiar wojny. Śmierć żołnierzy, cywilów w bombardowanych niemieckich miastach oraz straszliwe żniwo marszów śmierci organizowanych dla więźniów obozów koncentracyjnych, stanowiło upiorne dopełnienie implozji reżymu oraz jego całkowitego unicestwienia w marcu i kwietniu 1945 roku. Partia nazistowska była w tym czasie powszechnie znienawidzona, ale to kolejny paradoks Niemiec 1945 roku: nikt nie śmiał wystąpić otwarcie przeciw tej władzy. Osobowość Hitlera jako wodza miała na to wielki wpływ.

Książka Iana Kershawa jest swoistym dopełnieniem wielkiego wkładu tego historyka w dzieło opisania III Rzeszy przez pryzmat postaci Hitlera. Jest jednak inna: ujmuje epickość tego upadku oraz jego jednostkowy, wydobyty skrzętnie ze źródeł wymiar. To powieść o Niemcach w przededniu roku zerowego. Polecam wszystkim lubiącym historię, ale zaznaczam, że książka Kershawa powinna być obowiązkową lekturą na studiach historycznych XX wieku. To dopełnienie tematu. Ostatnia kropka nad „i”. Mistrzowska lekcja historii w swym klasycznym kształcie narracyjnym i znakomitym wykorzystaniu źródeł.

Opublikowano II Wojna Światowa, Niemcy | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Pamięć

 

Umarłaś i może dlatego znów się spotkamy

tym razem poza kategorią czasu

gdzie słowa jutro, zaraz, potem i kiedyś

nie mają żadnego znaczenia.

wiem tylko

że kiedy cię grzebaliśmy

padał deszcz

monotonnie i lipcowo 

a drzewa syte wilgocią

gałęziami sięgały ziemi

 

chciałbym wiedzieć

gdzie teraz jesteś,

może to nazbyt nachalne pytanie,

na które i tak nie ma żadnej odpowiedzi,

 

jak wygląda Twoja wieczność

czy jest taka jak w czerwcu w Paryżu,

gdzie katedra odbija się w rzece,

czy twoje niebo jest łososiowe, tak jak na Marsie,

czy ma połysk czystego lazuru jak w Izraelu,

czy rozmazujesz palcami po swoim osobistym niebie

wszystkie kolory tęczy?

 

wiesz, co chciałem wtedy powiedzieć

może nie starczyło czasu

może odwagi brakło

nie wiem

 

tak samotnie

tak rozpaczliwie

tak beznadziejnie

od piętnastu lat

 

nie wiem

 

Opublikowano poezja, śmierć | Otagowano , , | 1 komentarz

Lidia Michalska Bracha, Między historiografią i pamięcią. Lwowske debaty o powstaniu styczniowym

bracha

Lidia Michalska-Bracha, Między historiografią i pamięcią. Lwowskie debaty o powstaniu styczniowym (1864-1939), wyd. Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, Kielce 2011.

Książka Lidii Michalskiej-Brachy z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach została opublikowana w roku 2011, ale obieg książek naukowych w naszym kraju jest dość wolny, zatem zamieszczam na blogu recenzję tej pracy. Dlaczego tak specjalistyczny tytuł zwrócił moją uwagę? Jest to już druga książka dotycząca relacji pamięci i historiografii w odniesieniu do powstania styczniowego. Pierwsza „Powstanie styczniowe w historiografii i pamięci” Lidia Michalska-Bracha opublikowała ponad dekadę temu, w roku 2003. Historiografia powstania styczniowego żywo mnie interesuje od wielu lat, i z racji moich zainteresowań badawczych (opublikowałem kilkanaście artykułów naukowych na ten temat), z tym większą uwagą podam Państwu ocenę tej pracy. Nadmienię, iż Lidia Michalska-Bracha jest historykiem zdecydowanie profesjonalnym; jest dr habilitowanym, profesorem UJK w Kielcach, a pracuje w tamtejszym Instytucie Historii.

Książka pani prof. Michalskiej-Brachy ma podtytuł „Lwowskie debaty o powstaniu styczniowym 1864-1939″, co zamyka pewien okres w historii intelektualnej Lwowa. W roku 1939 skończył się bezpowrotnie Lwów polski, a zaczął radziecki. Przyznam się szczerze, że książka pomyślana jako narracja oscylująca w środek między klasycznie rozumianą historiografią a pamięcią powinna mieć rozdział „Personae dramatis”, ukazującą różne powikłania biograficzne ludzi, których tekstom Michalska-Bracha poświęca uwagę. Wprawdzie ilość tych informacji jest czasami dość przytłaczająca, ale wplecione w kontekst rozdziałów czasami są z lekka irytujące. Czytelnik śledząc wątek analizujący narrację, nagle dowiaduje się, że Giller spotkał się z Gralewskim, i że pisali do siebie listy. Takich wtrętów jest mnóstwo. Dowodzi to niezwykłej erudycji autorki w temacie, ale utrudnia przejrzyste odczytanie najważniejszych konstatacji rozdziałów.

Rozdział pierwszy tej książki skupia uwagę na dyskusji weteranów powstania styczniowego. Ukazuje powikłane losy i proces decyzyjny, by wydać obszerną partię tekstów i dokumentów z historii powstania styczniowego we Lwowie w latach osiemdziesiątych XIX wieku. Historyczka jest bardzo dokładna, niezwykle precyzyjna. Szczególnie zainteresowała mnie część tego rozdziału poświęcona reakcji środowiska lwowskiego na książkę Koźmiana o powstaniu styczniowym. Niedługo ukaże się moja własna książka podoktorska, w której zamierzam podjąć polemikę, niemniej skupię się na sposobie, w jaki Michalska-Bracha pokazała zawirowania w środowisku lwowskich weteranów o Koźmianie i jego dziele (dla niewtajemniczonych dodam, że chodzi o „Rzecz o roku 1863″ t.1-3, Kraków 1894). Tadeusz Romanowicz, Leon Syroczyński, czy Jan Stella-Sawicki zajadle zaatakowali Koźmiana i poświęcili jego książce własną polemiczną książkę, której argumenty – z fotograficzną precyzją – przytacza autorka. Tymczasem w prasie lwowskiej, szczególnie o nastawieniu liberalnym pojawiały się głosy pochlebne Koźmianowi, znanemu we Lwowie. W dalszej części analizuje dyskurs w lwowskim środowisku do roku 1918 i osobny podrozdział poświęca pamiętnikom Józefa Kajetana Janowskiego. Znowu, niezwykle bogaty w odniesienia źródłowe tekst, który przybliża do odpowiedzi na pytanie, czy pamiętnik jest formą artykulacji historiografii? Ja się z tego z tekstu tego rozdziału nie dowiedziałem.

Rozdział drugi poświęciła autorka historykom-amatorom i kolekcjonerom historycznych pamiątek, z których wybija się Józef Białynia-Chołodecki. Rozdział trzeci skupia uwagę na kobietach podejmujących trud badania przeszłości przegranego powstania. To nowe spojrzenie, a fachowość, z jaką Lidia Michalska-Bracha wydobyła środowisko zaangażowanych patriotycznie kobiet piszących o powstaniu broszury, budzi szacunek. Kobiety piszące o powstaniu należały do różnych środowisk, ale wiele z nich zaangażowanych było w środowisku ludowym. O Mari Bruchnalskiej pisze obszernie, tak jak o Helenie Skirmunttowej. Wyjaśniam, że badaczki „herstory” nie znajdą tu ciekawego materiału. Kobiety, badaczki powstania styczniowego, zachowały w swoim stylu opowiadania o powstaniu tradycyjny zestaw wartości: ojczyzna, patriotyzm, poświęcenie. Mało feministyczna perspektywa. Jak widać próba spojrzenia na środowiska kobiece na przełomie XIX i XX wieku jedynie z perspektywy związku Marii Konopnickiej i jej partnerki Dulębianki jest obarczona błędem „pars pro toto”. Lidia Michalska-Bracha analizuje ówczesny mainstream kobiet, elitarnych, pochodzących z patriotycznych i oddanych sprawie niepodległości domów. W ostatnim rozdziale historyczka skupiła uwagę na….przedmiotach. Pamiątkach właśnie oraz muzealnictwie, próbie zachowania „żywych” dowodów przeszłości. Polecam ów tekst muzealnikom, nawet dla profesjonalnych historyków jest zbyt…specjalistyczny. Wydaje się, że z trudem pasuje on do koncepcji książki analizującej przede wszystkim teksty, historiografię, nawet tę publicystycznie nakierowaną. Dla mnie tekst muzealniczy jest doczepiony na siłę.

Podsumowując kielecka historyczka napisała książkę wymagającą, z pewnością ważną pozycję dla badawczy kultury i historii Polski przełomu XIX i XX wieku. Pod względem narracyjnym książka może wydawać się nurząca, autorka utrzymuje równy stopień fachowości języka przez całą książkę, przez co jej odbiór w szerszym środowisku może być utrudniony. Nie ma się jednak czemu dziwić. To przecież rozprawa habilitacyjna.  Książka pod względem edytorskim jest eleganckim przedmiotem, ale charakter czcionki, małe litery, niezbyt odróżniające się od bogatych przypisów, sprawiają że nie jest to lektura dla miłośników historii do poduszki. Brakuje, eseistycznego zacięcia, lekkiej formy mówienia o ważnych rzeczach. Autorka ograniczyła silnie cytaty decydując się na peryfrazę. Z pewnością silne nacechowanie na regionalizm – wszak opisuje autorka wyłącznie lwowskie środowisko – nie przyczyni się do ujęcia syntetycznego całości historiografii powstania styczniowego, który to temat wciąż czeka na swojego historyka.

Opublikowano Bez kategorii, historiografia, Lwów, powstanie styczniowe, recenzja | Otagowano , , , | Skomentuj