Smog nad Bielskiem-Białą.

Czytelniku,

Wpisem tym chciałbym zwrócić uwagę na problem, który może odbiega od charakteru tego bloga, czyli dywagacji literacko-recenzyjnych. Chciałbym mianowicie podzielić się z tymi, którzy wchodzą na stronę mojego bloga, kilkoma zdjęciami, jakie wykonałem w rejonie szczytu Groniczki w rejonie Beskidu Małego. Zaczynam Nowy 2017 rok na tym blogu od wcale nie wesołej informacji i apelu.

Smog.

Na zdjęciach widać wyraźnie gęstą, przypominającą mgłę toksyczną chmurę pyłu, jaką udało mi się sfotografować. Odczuwam bardzo dotkliwie skutki tego smogu, mam problemy z oddychaniem w dni, kiedy to nienaturalne zjawisko powstaje. Zdaję sobie sprawę, że problem dotyka bardzo wielu ludzi w naszym kraju.
Zimą, w wyżowe dni, kiedy słońce stoi wysoko, przy braku wiatru, tworzy się coś obrzydliwego. My tym oddychamy. Ilu ludzi z tego powodu zapadnie na nowotwory płuc. Przecież trujące cząsteczki powstające w wyniku spalania niskiej jakości węgla opałowego, śmieci, gumy i innych nienadających się do spalania przedmiotów, trafiają z powietrzem do płuc, a potem do krwiobiegu. Ja nie chcę za kilkanaście lat umrzeć na raka płuc, mimo że nigdy nie paliłem papierosów, nie palę i nie będę palił.

Co my sobie robimy? Ja uważam, że to jest nie tylko głupota, ale i grzech wobec przyrody i wobec siebie nawzajem. Uważam, że polskie państwo powinno coś z tym zrobić. Z drugiej strony wiem, że to jest nierealne – ponieważ nikt nie zakaże palenie węglem w piecach. Państwo polskie powinno zakazać jednak spalania węgla w niskiej jakości piecach, ale wymusić ekologiczne.

Zdjęcie0631 Zdjęcie0661 Zdjęcie0662

Uważam, że smog jest poważnym problemem społecznym. Proszę zwrócić uwagę, że nie ma w zasadzie problemu wyziewów ciężkiego przemysłu charakterystycznego dla epoki późnego PRL. Nawet dziś kominy elektrociepłowni są ekologiczne, bo to jest w energetyce węglowej norma. To my sami sobie robimy horror spalając w piecach centralnego ogrzewania wszystko, co nadaje się teoretycznie do spalenia. Ludzie będą z tego powodu umierali i chorowali.

To jest wstyd. Nie ma usprawiedliwienia. To jest polski wstyd. Nasz mały wstrętny wstyd. Polacy żałują na dobre, wysokiej jakości, ekologiczne piece węglowe – jeśli już muszą palić w piecach węglem. Zdaje sobie sprawę, że jest w praktyce niemożliwe zmusić ludzi do przestawienia się na inne tory zapewniania sobie ciepła w domu. Zostajemy z tym, co nas zabija. Naprawdę nikt nie zabija, nas Polaków tak dobrze, z taką wytrwałością, jak my siebie sami.

I to nie jest dobry prognostyk na początek Nowego Roku.

Opublikowano autobiografia, Smog, wspomnienie, życie codzienne | Otagowano , , | Skomentuj

Zawsze będziemy razem – opowiadanie

ZAWSZE BĘDZIEMY RAZEM  

Słowacja, 1951

Kiedy patrzę na tę fotografię nieuchronnie wracają dawne wspomnienia. Jej brzegi są dziś postrzępione, a klisza zupełnie zżółkła. To ważna fotografia, będąca jedynym śladem po kobiecie, którą kochałem.

Mam na imię Mikulaš Novotny i jestem kolejarzem. Pracuję na bratysławskim dworcu. Mam nudną, a przez to zupełnie wytrzymałą nerwowo pracę. Nie musicie wiedzieć o mnie nic więcej, ponieważ nie ma niczego ważnego w moim życiu.

Od kilku tygodni obserwuję człowieka, który nieustannie, z tygodniowym rytmem wysiada z podmiejskiego pociągu. Dzisiaj znów go ujrzałem. Towarzyszyli mu młoda, atrakcyjna kobieta oraz dziesięcioletnie dziecko. Chłopczyk i kobieta wyglądają na bardzo zadowolonych. Kilka razy moje spojrzenie skrzyżowało się ze wzrokiem tego mężczyzny. Udaje, że mnie nie widzi. Na razie ja również udaję, że nic nigdy się nie stało i że nasze drogi nigdy wcześniej się nie przecięły. To jednak nieprawda. Dowodem tego jest ta stara fotografia.

Ukazuje ona tego samego mężczyznę z dworca w towarzystwie innej kobiety. Zdjęcie zrobiono jeszcze przed wojną, być może nawet przed Monachium, bo w tle bratysławskiego zamku powiewa flaga Czechosłowacji. Na zdjęciu, które obecnie mam w posiadaniu, ta para obejmuje się pod kasztanowcem. Drzewo kwitło, stąd mogę wywnioskować, że musiał to być maj 1938, ostatniego szczęśliwego roku. Zawsze, kiedy spoglądam na tę fotografię, wiem, że szczęście tego pasażera zostało zbudowane na kłamstwie.

*

W 1939 roku, na wiosnę, kiedy wojska pewnego malarza  zajęły Pragę, umarła Czechosłowacja. Ja miałem okazję widzieć, jak na bratysławskim zamku zmieniają się flagi. Ja, nic nieznaczący trybik w czasoprzestrzeni, odprawiałem wówczas codziennie pociągi jeżdżące już po słowackiej ojczyźnie. Robiłem to z poświęceniem dla nowej, narodowej, prawdziwie słowackiej sprawy. Miałem także kilka patriotycznych uniesień. Znajdowałem się raz w tłumie ludzi pod bratysławskim zamkiem, kiedy w samochodzie wjeżdżał na niego premier Słowacji, dobroduszny ksiądz Josef Tiso. Krzyczałem wówczas:

- Niech żyje prezydent!  Niech żyje wolna Republika Słowacka!

Byłem też bardzo dumny, że odtąd sprawdzałem bilety i życzyłem przyjemnej podróży pasażerom w imieniu słowackich kolei.

Jako konduktor uwielbiałem się wpatrywać z ukrycia w ludzkie twarze. Bo, prawdę mówiąc, w pociągu można przecież spotkać wszystkie ludzkie typy; zmęczonych ojców wracających z pracy do domu, przekupki wiozące na targ jajka i domowe sery, drobnych cinkciarzy, starsze małżeństwa jeżdżące do Bratysławy w odwiedziny do dzieci, zakochane pary przed maturą. Mnie oczywiście interesowały młode ładne kobiety. Młody, elegancki konduktor w starannie dopasowanym mundurze to nader powabny widok dla wielu dziewcząt szukających chłopaka.

Lubię ludzkie twarze, szczególnie te, które mają w sobie zadatek tajemnicy. Nie wiem i nie umiem powiedzieć, na czym dokładnie polega tajemnica twarzy. Czasami to po prostu wzrok, ta władza oczu dająca wgląd do ludzkiej duszy. Czasami to profil, chwilami tak doskonały, że nie mogę oderwać od takiej twarzy wzroku. Szukam piękna. Pociąga mnie. Lubię intensywność ludzkich twarzy, ich niepokój, albo wyraz mądrego szczęścia. Czasami dochodzę do wniosku, że pociąga mnie piękno idealne, odbicie doskonalszego świata, o którym zawsze marzyłem. W twarzy tej kobiety było to „coś”. Jej profil był piękny, ale cała jej twarz zdradzała jakiś wewnętrzny niepokój, który przykuł moją uwagę. Patrzyła na tego mężczyznę z prawdziwym uwielbieniem. Byli zakochani. Szczęśliwi.

Kiedy zobaczyłem ich po raz pierwszy myślałem, że to zarazem ostatni raz, kiedy mogę na nich patrzeć. Z tym większym zaskoczeniem tydzień później odkryłem, że podróżują ta samą trasą, co ja. Mogłem jedynie domyślać się prawdziwego celu ich cotygodniowych podróży. Może odwiedzają kogoś z rodziny? Albo jeżdżą w celach ogólnie rozrywkowych na prowincję? A może po prostu lubią jeździć pociągami?

*

Moja ulubiona para znacznie się od siebie różniła. On wyglądał na prowincjonalnego nauczyciela lub urzędnika. Nie wyróżniał się niczym specjalnym. Miał zaczesane do tyłu włosy, lśniące od brylantyny, nosił też znoszony, ale mimo to wyglądający schludnie płaszcz oraz skórzaną teczkę. Ona natomiast miała ładne, ciemne, kasztanowoczarne włosy, czasami upięte w kok, ale zwykle opadające luźno po obu stronach małej, ale kształtnej głowy. Karnacja również odróżniała ją od innych Słowaczek.

Kiedyś, gdy byłem jeszcze chłopcem i byłem zupełnie niewinny, zachwycała mnie książka, czytana na wieczornych spotkaniach u dziadka. Katedra Marii Panny przenosiła mnie w zupełnie inny świat, w którym szpetny Quasimodo kochał się w pięknej cygańskiej dziewczynie, Esmeraldzie.

Ja chyba podobnie zadurzyłem się w tej pięknej i nieznanej mi pasażerce. Podobała mi się. Za każdym razem, kiedy ich widziałem, budziła się we mnie zazdrość. Widziałem siebie na miejscu tego mężczyzny. Zazdrościłem mu, że to on, a nie ja, co noc ją kocha, razem z nią się budzi i razem z nią chodzi na spacery. W końcu, popadając – naturalnie bezwiednie – w obsesję na punkcie tej pary, pragnąłem poznać jej życie z precyzją lekarza dokonującego wiwisekcji.

Podczas podróży lubiłem się im przyglądać zza gazety, która zabierałem ze sobą do torby konduktorskiej. Nie pamiętałem nawet, że czytałem zawsze ten sam numer gazety, wymięty i wytarmoszony. Dostrzegli, że się nimi zainteresowałem. W końcu zaczęliśmy się sobie nawzajem kłaniać. Na początku było zawsze uprzejme, ale i trzymające na dystans, „dzień dobry”, ale potem miłe spojrzenie, lub nieco rzadziej – miły uśmiech na przywitanie. Zawsze też uśmiechała się do mnie ona, ale tylko wówczas, kiedy mężczyzna obok ucinał sobie drzemkę. Czekałem tylko na ten uśmiech, który przeszywał mnie na wylot, aż do samego dna duszy. Ten uśmiech kasztanowłosej pasażerki był dla mnie obietnicą czegoś, co z przyczyn obiektywnych, nigdy nie mogło nastąpić. Ale ta obietnica mi nie wystarczała. Chciałem, żeby stała się rzeczywistością.

Nocami w domu gubiłem się w domysłach. Czy ona jest Węgierką? Na Słowacji mieszka przecież dużo Węgrów. Gdyby to była prawda, nasz hipotetyczny związek, randez-vous w imaginacji, byłby bardzo odważny…obyczajowo. Wersja cygańska była jeszcze bardziej pociągająca. Stanowiła spełnienie marzeń o Esmeraldzie z książki Wiktora Hugo. Miłość do Cyganki, choć romantyczna, niosła także niebezpieczeństwo. Kobiety cygańskie, jak mawiano u mnie na wsi, gubią przecież dusze mężczyzn. Mimo tej udręki, ponieważ obiekt mojej miłości nic o mnie nie wiedział, owe wiosenne miesiące 1942 roku były najszczęśliwszymi miesiącami mojego życia. Odnalazłem kogoś, dla kogo warto było czekać przez cały nudny tydzień monotonnej pracy na ten jeden dzień, w którym przez kilka godzin podróży moje marzenie miało stać się, choć na chwilę, obietnicą rzeczywistości.

*

Jednak w lipcu 1942 roku czekałem na nich na próżno. Nie pojawiali się w pociągu. Bardzo się tym denerwowałem. Nie byłem w stanie ani jeść, ani spać, ani modlić się. Jakież było moje zdziwienie, gdy pewnego sierpniowego ranka, w poczekalni na dworcu wpadłem na nich. Gdy rzuciłem okiem na jego i na nią, czułem, że coś nie jest tak, jak być powinno. Kobieta siedziała na walizce ze spuszczoną głową. On cos jej tłumaczył. Nie słyszałem, ponieważ znajdowałem się za szybą. Wywnioskowałem z tej sceny, że to ona wybierała się w podróż.

Nagle zostałem wezwany do dyspozytorni. Musiałem wykonywać obowiązki, więc zostawiłem ich w poczekalni, a sam poszedłem do miejsca, gdzie byłem potrzebny. Okazało się, że tego dnia odwołano wszystkie rejsowe, pociągi pasażerskie i w zamianę z Bratysławy miał odjechać jeden pociąg specjalny. Starszy zawiadowca stacji był bardzo zdenerwowany, ale zapewnił mnie, że musimy zrobić wszystko, żeby ten pociąg został załadowany sprawnie i szybko.

- Załadowany? To będzie pociąg towarowy?

- Nie – odpowiedział po chwili – tylko specjalny transport Żydów. Niemcy tego od nas żądają.

Spędziłem ponad godzinę w dyspozytorni. Kiedy wróciłem, w poczekalni oraz w całej dworcowej hali znajdowało się znacznie więcej ludzi. Chciałem natychmiast odnaleźć znajomą z widzenia parę i zapytać, co robią w tym miejscu. Przeciskałem się z trudem przez tłum. Niektórzy siedzieli na posadzce. Zarówno starsze osoby, jak i małe dzieci nie maiły sił, aby stać przez pół dnia w dusznym dworcu. Nie pozwalano im wyjść na zewnątrz, mówiąc, że mogą przegapić pociąg, który miał ich zawieść do lepszego życia. Nie mogłem ich odnaleźć. Gdy byłem już bliski rezygnacji, ktoś niespodziewanie dotknął mnie po plecach. Odwróciłem się zaskoczony.

To był on, znajomy mężczyzna z pociągu.

- Pamięta mnie Pan?

- Oczywiście – odpowiedziałem uspokajająco – znamy się z pociągu.

Wyczułem, że był bardzo zdenerwowany. Szkliste krople zimnego potu spływały mu po czole, przedzierały się przez las przemoczonych do suchej nitki brwi i spływały po twarzy. Mężczyzna, co chwilę wycierał również spocone ręce o mankiet marynarki. Czegoś ode mnie chciał.

- W czym mógłbym Panu pomóc? – zapytałem przyjaźnie.

Po chwili mężczyzna zaczął chaotycznie mówić.

- Chodzi o to…rozumie Pan…że moja żona nie chce wsiąść do pociągu. Ja jestem urzędnikiem w bratysławskim ratuszu i…sam Pan rozumie…chciałbym powiedzieć, że znaleźliśmy się z żoną w niecodziennej sytuacji…to znaczy, chciałem powiedzieć, że ja nie jestem Żydem…

Chodziło o transport. Muszę przyznać, że wtedy w 1942 roku nikt nie miał pojęcia o miejscach przeznaczenia tych transportów. Z tego powodu zachowanie tego mężczyzny wydawało mi się wtedy zupełnie absurdalne. Kryzys małżeński na dworcu. Próbowałem uspokoić tego mężczyznę.

- Czy problemem dla Państwa są miejsca w pociągu? Cóż, ja niestety nie mogę Państwu pomóc. Ja nie odpowiadam za wygodę podróżowania.

- Nie, nie – gorączkowo przerwał mi mój rozmówca chwytając mnie za dłoń – nie chodzi o to. Rzecz w tym, że to moja żona powinna pojechać tym pociągiem. Jak już mówiłem…jestem urzędnikiem. Obowiązuje mnie prawo. Decyzja rządu jest taka, że osoby żydowskiego pochodzenia mają pojechać do pracy do Generalnego Gubernatorstwa na terenie Polski. Ja mam pracę…to żona jest bezrobotna…

Zaczął mi się spowiadać. Praca. Obowiązki. On jest Słowakiem, katolikiem, może to udowodnić. On musi zostać.

- Nie rozumiem, dlaczego zwraca się Pan z tym do mnie?

Wydawał się szczerze zaskoczony.

- Bo wydawało się nam, a w szczególności mojej żonie, że pan nas …lubi.

Teraz ja czułem się zaskoczony. Nie przypuszczałem, że moje ukradkiem rzucane spojrzenia, nie uszły uwadze mężczyzny, ani jego żony. Zdałem sobie też sprawę, że zaciągnąłem u nich coś w rodzaju honorowego długu. Niewinne podglądactwo miało swoją cenę.

 

*

Kobieta zdawała się być nieobecna. Siedziała na walizce. Wpatrywała się w podłogę, w jakiś niedostrzegalny dla mnie punkt. Zupełnie nie zwracała uwagi na ogromny tłok, jaki panował na dworcu. Nie zwróciła też uwagi, kiedy jej mąż i ja stanęliśmy obok niej. Co za zbieg okoliczności! Po raz pierwszy miałem okazję znaleźć się tak blisko kobiety, która wypełniała moje życie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę w przeciągu kilku ostatnich miesięcy. Mój Boże, co ja jej miałem powiedzieć? Jak zachęcić do wyjazdu, o którym wówczas nic nie wiedziałem. Wówczas byłem niemal pewny, że wyjazd do Polski do Generalnego Gubernatorstwa, będzie o wiele lepszym rozwiązaniem niż siedzenie na Słowacji. Wszyscy przecież wiedzieli, że ostracyzm wobec Żydów, z każdym miesiącem stawał się coraz bardziej dokuczliwy.

Już miałem się nad nią nachylić i poprosić, żeby ze mną porozmawiała, gdy nagle, z dworca dobiegł nas przeraźliwy pisk wypuszczanej z lokomotywy pary. W przeraźliwie monotonnej i nudnej atmosferze oczekiwania na cokolwiek, ów pisk z parowozu ożywił ludzi. Wszyscy mieli chyba serdecznie dość siedzenia i czekania w tłoku i duchocie. Ludzie zaczęli się podnosić. Ja też odwróciłem się w stronę pustych do tej chwili peronów.

Powoli, ospale, sycząc i sapiąc w sierpniowym upale lokomotywa ciągnąca bydlęce wagony, przypominająca wielkiego nażartego boa, wtaczała się na dworzec. Wówczas ożywili się także policjanci oraz chłopcy z gwardii hlinkowskiej. Dawali do zrozumienia wszystkim, i to bardzo głośno i wyraźnie, że nadjeżdżający właśnie skład jest tym pociągiem, do którego mieli wsiąść wszyscy słowaccy Żydzi z dworca.

Wszyscy chwili wstać na raz. Jakieś dziecko, przedtem przytępione upałem, znów zaczęło płakać. Rozejrzałem się. Ci, którzy za chwilę mieli wsiąść do pociągu sprawiali wrażenie ospałych, bardzo zmęczonych i zupełnie nie rozumiejących tego, co się dzieje. Policjanci uspakajali, a ludzie kolei, tacy jak ja, znajdując się po środku tego tłumu, mieli uwiarygodniać całą sytuację.

Znów popatrzyłem na kobietę. Wstała. Spojrzała na mnie niewidzącym spojrzeniem. Chyba mnie nie poznawała. Spojrzała raz jeszcze na mężczyznę z ostatnim, niemal błagalnym pytaniem. On rozwiał jej wątpliwości.

- Proszę cię, nie róbmy teraz scen. Wszystko się jakoś ułoży.

Chwycił jej walizkę. Po chwili dodał:

- Zawsze będziemy razem.

*

Postanowiłem im towarzyszyć. Kiedy weszliśmy na peron przeciskając się przez ciżbę ludzi, zauważyłem, że wagony tego pociągu nie należały do naszych kolei. Na każdym z nich widniał napis

DEUTSCHE REISCHSBAHN 

To niemieckie koleje. Koło lokomotywy stało kilku Niemców. Poznałem ich po mundurach. Jeden z nich ustawiał właśnie aparat fotograficzny na statywie i miał zapewne ochotę sfotografować zajście. Pozostali przyglądali się wypełnianiu pociągu.

W tym niesamowitym ścisku wsiadanie do wagonów wcale odbywało się szybko i sprawnie. Ci, którzy znajdowali się już wewnątrz wagonów, pomagali tym, którzy dopiero wsiadali. Słowacka policja zachowywała się poprawnie, ale wyraźnie ponaglała, żeby szybko wsiąść do pociągu. Ja pomogłem wsiąść kobiecie. Wówczas zauważyłem również, że jej mąż gdzieś zniknął.

Lokomotywa znów wydała z siebie przeciągły, głośny gwizd. Ludzie przyspieszyli wsiadanie. Po dwu kwadransach pociąg był pełny. Słyszałem płacz dzieci, jęki i przekleństwa. W pociągu było tak ciasno, a upał i bezlitosne tego dnia słońce wzmagało tylko udrękę ludzi zamkniętych w pociągach. Policja słowacka nie zamykała drzwi wagonów. Ludzie znajdujący się przy wejściu mogli, więc usiąść. Kilku Niemców obserwowało transport i nie zgłaszało żadnych uwag. To miał być przecież przyjazny wyjazd do pracy.

Lokomotywa drgnęła wydając spod siebie cały zestaw kakofonicznych dźwięków. Ogromne stalowe cielsko drgnęło po raz drugi i ruszyło do przodu. Znów spojrzałem na kobietę. Zapragnąłem towarzyszyć jej do końca, ponieważ jej maż gdzieś zniknął. Ona stała przy otwartych drzwiach wagonu. Po chwili spojrzała na mnie. Mimo wszystko czułem się szczęśliwy, bo ona spojrzała po raz pierwszy tylko na mnie. Pociąg poruszał się wolno, ale ja chcąc dotrzymać mu kroku, musiałem przejść do wolniutkiego truchciku. Pęd powietrza rozwiewał jej włosy. Kobieta wyciągnęła z kieszeni żorżetowej marynarki jakąś kartkę papieru i podała mi ją.

- To dla Pana – powiedziała głośno.

Chwyciłem ów kawałek papieru. Natychmiast spostrzegłem, że to zdjęcie. Tę fotografię przechowuję do dzisiaj. To jedyny ślad, że ta kobieta w ogóle istniała. To jedyny dowód, który przywraca tę kobietę z morza niepamięci. Przechowywałem to zdjęcie przez lata, od dnia, kiedy mi go dała. Ów dzień był zarazem ostatnim dniem, w którym widziałem tę kobietę żywą. Teraz, po latach to zdjęcie wyblakło, ale rysy kobiety stały się jeszcze bardziej ostrzejsze, bardziej wyraziste, jak gdyby dopominały się o pamięć.

*

Przez kilka następnych miesięcy rozsypywałem się na setki części i składałem na powrót w przedstawiciela gatunku homo sapiens. Praca na kolei sprawiała mi olbrzymi ból. Odprawiliśmy wiele pociągów, takich jak ten z sierpnia 1942 roku. Nie wytrzymałem tego. Na moją prośbę przeniesiono mnie do kasy. Miałem odtąd sprzedawać bilety.

Nie dałem za wygraną. Pragnąłem dowiedzieć się czegoś więcej o miejscu przeznaczenia tych pociągów. W końcu po długich staraniach, dziesiątkach wypitych butelek wódki dowiedziałem się tego od dyżurnych ruchu. Wszystkie pociągi z Żydami jechały do dwu miejsc: stacja Treblinka oraz Auschwitz. Z początku nie miałem pewności, co to za miejsca, ale ludzka zdolność do plotkowania nie ma granic. W 1944 kiedy dwaj słowaccy Żydzi Rudolf Vrba i Alfred Wetzler, uciekli z obozu Auschwitz i powiadomili nuncjusza apostolskiego w Bratysławie o zbrodniach tam popełnianych. Dopiero wówczas opinia publiczna w naszym kraju mogła naprawdę dowiedzieć się o tych potwornościach. W tym samym, 1944 roku, wybuchło słowackie powstanie przeciwko Niemcom. Ja nie walczyłem. Bo w gruncie rzeczy jestem tchórzem. Przesiedziałem resztę okupacji na stacji sprzedając bilety. Robiłem to profesjonalnie i nikogo nie pytałem o poglądy, ani o polityczne sympatie.

Po wojnie, kiedy odrodziła się Czechosłowacja, a nas znów nikt nie pytał o zdanie, zrodziła się we mnie ogromna chęć opowiedzenia moich przeżyć przy transportach. Chciałem się wygadać komukolwiek. Nikt jednak nie chciał mnie słuchać. W końcu narodziła się we mnie nadzieja, że spotkam tego mężczyznę i zadam mu kilka pytań. Mimo to, gdzieś na dnie mojej duszy tkwiła obawa, że już nigdy nie będzie mi dane spotkać tego mężczyznę raz jeszcze. Od 1948 roku znów wróciłem na pociągi. Znów byłem konduktorem i znów posprawdzałem bilety. Brałem udział w życiu naszej nowej ojczyzny. Pod zamkiem bratysławskim powiewała znów flaga czechosłowacka, ( choć równie często można było spotkać czerwoną – radziecką), a ja znów w zapamiętaniu krzyczałem:

- Niech żyje przyjaźń międzynarodowa! Niech żyje towarzysz Stalin!

Zapisałem się nawet do partii, bo przecież warto być w samym centrum wydarzeń, a nie tkwić z boku, czekając na rozwój wypadków, które i tak wciągnęłyby mnie do środka kotła historii. Zostałem komunistą. Nie dziwcie się. Jestem życiowym oportunistą, a być w partii oznacza istnieć. To moja nowa filozofia. Skoro umarł ksiądz Tiso, skoro umarła katolicka Słowacja i mamy teraz komunizm, to spróbuję odnaleźć w nim odrobinę szczęścia. Nie możecie mnie za to potępiać. Sami sprawdźcie, czy na strychu babci nie ma portretu Stalina.

*

W maju 1951 roku jechałem jak codziennie tą samą trasą sprawdzając bilety. I znów zobaczyłem tego mężczyznę. To był wstrząs. Siedział w towarzystwie innej kobiety, niewysokiej i piegatej blondyneczki oraz kilkuletniego chłopca. Wyglądali na rodzinę. Stałem jak skamieniały nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Z zamyślenie i szoku wyrwał mnie dopiero opryskliwy głos mężczyzny:

- Co się Pan tak gapi? Proszę nam oddać bilety!

- Tak, tak, bardzo przepraszam – wyjąkałem coś w tym stylu.

Następnego dnia poszedłem po zwolnienie lekarskie. Jako przyczynę choroby podałem: ogólne wyczerpanie nerwowe. Jako partyjny, natychmiast otrzymałem to zwolnienie. Przez kilka następnych dnie naprawdę nie wiedziałem, co mam robić. Stare zdjęcie, na którym ten sam mężczyzna był w towarzystwie kobiety, zdradzonej i najprawdopodobniej zamordowanej, wgryzało się coraz głębiej w moje serce, sącząc powoli jad nienawiści. Zdjęcie, na którym widziałem kobietę, która pokochałem największą miłością w moim nędznym życiu, było jak niezagojona rana, do której ktoś, co rusz dosypywał soli.

Doszedłem do wniosku, że ta kobieta po prostu mnie wybrała. Oddając mi to zdjęcie na dworcu w sierpniu 1942 roku obciążyła mnie obowiązkiem pamięci. W jej geście, na pozór prostym i nic nieznaczącym tkwiła zapowiedź kary, którą musiał ponieść ten, który zdradził. Po kilku dniach uznałem, że Bóg wybrał mnie na swojego dobosza. Miałem wygrywać na bębnie sumienia tego mężczyzny takt do nawrócenia. Zrobiłem to, co każdy przyzwoity człowiek zrobiłby na moim miejscu.

*21 czerwca 1951, Bratysława

Z akt milicji – wyciąg:

Postępowanie przeciw Mikulašowi Novotnemu, kolejarzowi. Oskarża się pana Novotnego, że 16 czerwca 1951 roku, zaatakował w pociągu nożem towarzysza redaktora Vojtecha Hovanca, zadając mu rzeczonym narzędziem 10 ciosów. Powstrzymali go pasażerowie. Towarzysz Hovanec na oczach żony oraz małoletniego syna poniósł śmierć.

Przesłuchano oskarżonego na komendzie milicji w Bratysławie. Oskarżony utrzymuje, że musiał ukarać towarzysza Novotnego za zdradę, której jakoby zmarły miał się dopuścić. Nie chciał jednocześnie wyjaśnić, na czym miałaby polegać ta zdrada.

Wnioskujemy o osadzenie oskarżonego w areszcie śledczym oraz o objęcie go obserwacją psychiatryczną, mający za zadanie wykazać, czy oskarżony był poczytalny w chwili popełniania czynu.

Starszy protokolant

D. Schuster   

Opublikowano antysemityzm, faszyzm, Holokaust, II Wojna Światowa, Literatura, Opowiadanie | Otagowano , , , , | Skomentuj

Leni Riefenstahl. Epizody niepamięci, reż. E. Marciniak, Teatr Śląski, 9.11.2016

Leni_PLAKAT_podglad

Czytelniku,

 Leni Riefenstahl była niemiecką reżyserką filmów propagandowych, które tworzyła w okresie III Rzeszy. Najsłynniejszym z nich był „Tryumf woli” uznawany z jedno z najwybitniejszych propagandowych dzieł gloryfikujących nazizm i samego Adolfa Hitlera. Riefensthal żyła 101 lat (sic!) i zmarła w roku 2003. Jej postaci, a konkretnie uwikłaniu sztuki filmowej (w ogóle sztuki) w zbrodniczą ideologię miał dotyczyć spektakl, jaki miał premierę 5 listopada 2016 roku w Teatrze Śląskim (ze współpracą Galeria Szyb Wilsona). Miał, bo niestety jest to przedsięwzięciu zupełnie nieudane. Zaraz jednak wyjaśnię na czym polega porażka twórców spektaklu. 

Tekst napisali Iga Gańczarczyk, Łukasz Wojtysko, a wyreżyserowała go Ewelina Marciniak, reżyserka, która ma na swoim koncie „Morfinę” na podstawie prozy Szczepana Twardocha. Zamierzenie było szczytne – ukazania w przeddzień śmierci w wieku 100 lat Riefensthal jako starej kobiety, do której przychodzą (w jej umyśle) różne postaci, w tym sam Hitler, Goebbels, a narratorką ma być Elfride Jelinek, nagrodzona Noblem, obsesyjna pisarka austriacka mająca uchodzić za głos rzeczywistości, nakłaniający Leni do wyznania swoich win. W najgłębszej wersji narracyjnej spektakl miał potępić faszyzm, wykorzystanie sztuki przez władze państwowe, totalitaryzm myśli, nie przypadkowy jest czas pokazania tego spektaklu – twórcy chcieli wykazać, że sztuka w Polsce poddawana jest podobnej presji pod rządami PiS. Wydarzenie pod koniec spektaklu w dniu 9 listopada utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to przedsięwzięcie ideologiczne, lewackie i zupełnie nieudane artystycznie i literacko.

Podstawową słabością spektaklu jest sam tekst Gańczarczyk i Wojtysko. Nie wydobył on z postaci Riefensthal dramatyzmu – zakłamania, hipokryzji, jakiegoś wewnętrznego wahania. Postać Leni grana przez Małgorzatę Gorol zupełnie ginie w spektaklu ukryta pod groteskową maską, która uniemożliwiała widzom ujrzenie warsztatu aktorki, jak gra, jak pokazuje emocje. Widząc spektakl z piątego rzędu miałem wrażenie, że tekst uniemożliwiał aktorom po prostu granie. Dialogi nie były spójne – mówiąc delikatnie -  sztywne jak bielizna schnąca na mrozie. Jednak mam teraz pewność, że typ teatru, jaki oglądałem w Galerii Szyb Wilsona, traktował tekst zupełnie drugorzędnie. Ważne było to, co widzowie mają zobaczyć. A mieli być zaszokowani, jak do niedawna w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Zresztą związek między tym teatrem nie polegał tylko na tym, że zagrała w nim pani Gorol.

Nazistowska przeszłość Riefenstahl, jej filmowo-erotyczne przygody w Afryce w latach siedemdziesiątych XX wieku, jej starość – wyimaginowany dialog z Marleną Dietrich – to wszystko stanowiło decorum w obrębie którego rozgrywa się spektakl. Fundamentalnym założeniem Marciniak jest chęć upokorzenia widza/odkłamania go/ zaszokowania poprzez niezwykle agresywną  i wulgarną seksualność. Pragnę podkreślić, że nie jestem bigotem i nie szokuje mnie nagość w filmie czy teatrze, jeśli ma swoje uzasadnienie artystyczne. Rzecz w tym, że tego uzasadnienia nie daje sam tekst Gańczarczyka i Wojtysko. Mam uzasadnione wrażenie, że Ewelina Marciniak upajała się ukazując zbliżenia analno-genitalne tancerzy. Jakże znaczące było to, że tancerze kucając wypinali swoje tylne części ciała w stronę widowni. Miał być to „taniec dzikich” nawiązujący do słynnej książki Bronisława Malinowskiego traktującej o seksie dzikich, niczym nie skrępowanej sile życia, a zarazem nawiązanie do afrykańskich wojaży samej Riefenstahl. Niestety, wulgarność Marciniak sprawiła, że ten pierwotny sens uległ rozmyciu i widz otrzymał quasi-pornograficzną wizję reżyserki, która przyznaje seksualności znaczenie większe i nie mające nic wspólnego z bohaterką sztuki. Riefenstahl dzięki masce jest odczłowieczona, jest postacią androgeniczną, wypraną ze swojej płci. Nie mam także wątpliwości, że taki jest zamierzony cel Marciniak. Seks jest kluczem do interpretacji postaci niemieckiej reżyserki rozpiętej między irytującą postacią Jelinek i imitacją jej kochanka Horsta. Postać to tym ciekawsza, że grała ją naga kobieta (Agata Woźnicka) ubrana jedynie w gadżet z hard porno – nienaturalny czarny dildo. Między nimi nie istnieje żadna relacja. Obie aktorki Woźnicka i Gorol zupełnie nie miały pomysłu, jak oddać łącząca ich więź jako kobiety i mężczyzny.

Zaszokowanie analno-genitalną ekspozycją seksu było jednak kontrfaktyczne. Ani śmieszne, ani straszne. Po prostu żałosne. Jednak ta płaszczyzna „spektaklu” w reżyserii Marciniak znana jest w Polskim Teatrze ostatnich kilku lat z seksualnych ekscesów Jana Klaty w Teatrze Starym w Krakowie, który stał się jedyną swego rodzaju anty-sceną w Polsce, unurzaną w obrzydliwości rozumianej jako konieczność ciągłej i artykułowanej wulgaryzmami i seksem prowokacji. To jeszcze można zrozumieć. Ja natomiast jako profesjonalny historyk zarzucam twórcom spektaklu coś innego, co właśnie dotyczy historii używanej w tym spektaklu w sposób utylitarny. Chciałbym zadać pytanie Państwu: czy czyniąc Hitlera śmiesznym Marciniak oraz twórcy spektaklu uczynili śmiesznym jego zbrodnie? Czy śmieszny Hitler dokonywał równie śmiesznych zbrodni? Jak tak można użyć historii?  Dam Państwu prosty przykład. Steven Spielberg kręcąc przed laty mało śmieszny film „1941″ z Melem Brooksem nie rozumiał tego, co zrozumiał kręcąc Listę Schindlera: naziści i ich zbrodnie na ludzkości nigdy nie byli śmieszni, ponieważ w ten sposób artysta poniża pamięć tych wszystkich, których Hitler mordował w imieniu i dla narodu niemieckiego. Dlaczego spektakl musiał być tak wulgarny, epatujący ordynarnymi seksualnymi gadżetami? Co Marciniak osiągnęła w ten sposób?

Spektakl „Leni Riefenstahl: epizody niepamięci” dopuszcza się tego samego grzechu. Czyniąc nazistów śmiesznymi urąga pamięci ich ofiar.

Intrygujące jest przewijające się trio postaci – Hitler, Heinrich Hoffman (zupełna pomyłka artystyczna – fotografem i filmowcem Hitlera był Franz Bauer, mający jako jedyny pozwolenie filmowania Hitlera w czasie jego prywatności) oraz grany przez młodocianego aktora Joseph Goebbels (skandalem jest wykorzystanie do takiego spektaklu młodocianego aktora – za kulisami nie widział aktorki ze sztucznym fallusem? ). Dlaczego Goebbelsa miał grać nieletni aktor? Otóż owi Hoffman, Hitler, Goebbels (jedyna postać bez maski), w asyście Magdy Goebbels oraz Ewy Braun takoż ukrytych pod maskami, zostali wystylizowani na śmieszne straszno-śmieszne, wyginające ciała, nienaturalnie gestykulujące i deklamujące dialogi ze sztucznie akcentowanymi niemieckimi słowami. Postaci te tracą całkowicie dramatyczny wymiar stając się surogatami osobowości, które mają przedstawiać. Nawet jeżeli taka, a nie inna stylizacja Hitlera jest zamierzona, osiąga ona skutek odwrotny od zamierzonego. Uważam, że wprowadzając takie mnóstwo postaci twórcy spektaklu zupełnie się pogubili. Mnóstwo postaci, mnóstwo niedokończonych i niedomkniętych wątków. Porażka na całej linii – słowa, obrazu, gestu i muzyki, zupełnie niekoherentnej z przedstawieniem.

Nie mam nic przeciw odważnym spektaklom. Jako przykład artystycznej ekspresji można pokazać spektakl Teatru Dramatycznego „Bent” opowiadający prześladowanie homoseksualnych mężczyzn w III Rzeszy. Porażka Teatru Śląskiego w spektaklu w reżyserii Eweliny Marciniak polega na świadomym rozmyciu historycznej wymowy nazistowskich i niemieckich zbrodni poprzez zastosowanie zupełnie nieudanego artystycznie pastiszu.  Leni Riefenstahl mogłaby stać się wielopłaszczyznową i bogatą w interpretację postacią genialnej reżyserki uwikłanej w potworny reżym. Mogłaby, ale tak się nie stało. Porażka polega na próbie ukazania przez Marciniak i zespół aktorski tej zależności, a zarazem na niemożliwości i nieumiejętności pokazania tego faktu. Rozmach inscenizacyjny, światło, muzyka mogły pomóc aktorom, a nie zrobiły tego. Maski na twarzach aktorów nie pomogły im grać, mimo szczerych chęci aktorów do wydobycia „życia” z granych postaci.

Nagrodą były bardzo letnie brawa publiczności. Reszta jest milczeniem.Ja nie klaskałem, tak jak przyjaciele, z którymi widziałem spektakl.

PS

- I na koniec prowokacja – po spektaklu w dniu 9 listopada 2016 roku z prawej strony widowni ukazały się trzy postacie, dwie kobiety i mężczyzna, którzy próbowali wykrzyczeć coś pod adresem Cezarego Morawskiego, dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu. Nie usłyszałem, co krzyczeli. Na moją prośbę jedna z aktorek powiedziała, że Morawski morduje Teatr Polski we Wrocławiu. Jeśli tak miał wyglądać ów teatr – analno-genitalny teatr dla „odważnych” – to proszę pana Morawskiego, żeby czym prędzej dokończył dzieła. Tego teatru nie da się oglądać. Nie ma on nic wspólnego z Jerzym Grzegorzewskim, Kazimierzem Dejmkiem – bliższa mi jest Janda ze swoim znakomitym, ciętym, czasami pieprznym, ale zachowującym KLASĘ, teatrem „Polonia” oraz „Och-teatrem”.

Opublikowano antysemityzm, faszyzm, film, Holokaust, II Wojna Światowa, Niemcy, niemieckie kino, rasizm, recenzja, śmierć, Szoah, teatr, totalitaryzm, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Wołyń Wojciecha Smarzowskiego, czyli dekonstrukcja mitu szczęśliwych polskich Kresów

8958079-wolyn

 

Czytelniku,

W 2009 roku, na kilka lat przed wybuchem wojny ukraińsko-rosyjskiej, miałem okazję zwiedzić Wołyń i Podole w podróży życia. Wstrząsnęła mną pustka Wołynia oraz jego cisza. W Łucku na mszy 14 lipca 2009 roku katolicki biskup łucki mówił o „tragedii”. Ktoś, kto nie zna kontekstu mógłby się dopatrzyć jakiegoś apokaliptycznego nieszczęścia, kosmicznej katastrofy, która zamieniwszy się w „tragedię” przeorała tę ziemię pozostawiając po obu stronach granicy polsko-ukraińskiej ciszę, która na Ukrainie jest miarą niepamięci i wyparcia OBCYCH, czyli Polaków, Żydów i Czechów, którzy zginęli pod ciosami siekier latem 1943 roku, a w Polsce była przez lata miarą NIEPAMIĘCI wymuszonej, niechcianej, wypartej, bo niewygodniej politycznie. Zastanawiało mnie to, czy Jerzy Giedroyć i środowiska paryskiej „Kultury” i ich wpływ na kształtowanie polskiej linii politycznej wobec naszych wschodnich sąsiadów po upadku ZSRR, nie wyrządzili pamięci Wołynia szczególnie wielkiej krzywdy. Linię Giedroycia podjęła Gazeta Wyborcza, która wkładała Polakom przez dwadzieścia lat do głowy, że Polacy uciskali mniejszości w II RP, że w sumie zginęło tylko 40 do 60 tysięcy ludzi, że był polski odwet, w którym AK zabijała biednych Ukraińców i że między tym, a tym, jest znak równości. Zaskakujące jest to, że polscy politycy, z lewa, jak z prawa, byli zaskakująco zgodni co do tego. Popieramy wszelkie dążenia Ukrainy, rezygnując z praw polskiej mniejszości, cichutko nie wspominamy o polskości Lwowa, bo w roku 2012 mamy wielkie polsko-ukraińskie święto piłkarzy. Pragnę zapewnić, że nie jestem żądnym zemsty polskim nacjonalistą, nie marzy mi się powrót na Kresy, nie chcę rozbierać Ukrainy razem z Putinem. Uważam, że Polacy i Ukraińcy powinni się pojednać, ale pojednać można się tylko na prawdzie. Strona ukraińska wykonała w tym roku kilka niesłychanych i nigdy wcześniej nie podjętych gestów, jak złożenie przez prezydenta Poroszenkę kwiatów w Warszawie, przeprosiny pani Nadii Szewczenko, deklarację Kościoła Greko-katolickiego na Ukrainie.  To jednak jest początek tego procesu, a ja chciałbym napisać o filmie.

Film Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń”, jaki właśnie niedawno wszedł do kin w Polsce jest pierwszą wypowiedzią filmową polskiego kina na temat niesłychanie bolesny temat rzezi wołyńskiej 1943, czyli ludobójstwa dokonanego na polskich mieszkańcach Wołynia i Podola i okolic Lwowa przez ukraińskich nacjonalistów spod znaku OUN (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów) i Stepana Bandery (sam Bandera siedział wtedy w niemieckim obozie koncentracyjnym). Myślę, że widzowie znający filmowy warsztat Smarzowskiego odnajdą w tym filmie kilka charakterystycznych dla niego „chwytów” – niezwykle dobre są masowe sceny na ślubie (pierwszy film „Wesele”), poetyka brutalnej, werystycznej siły, z jaką pokazywana jest przemoc. O ile w przypadku „Drogówki” (to najsłabszy film tego reżysera) ta ekspozycja makabry, pachnącej rzygowinami i litrami wódki, ocierała się o pastisz własnego języka filmowego, w przypadku „Wołynia” przemoc jest środkiem do pokazania prawdy historycznej, opartej o rzetelne i niezwykle drobiazgowe studium historyczne. Jednym słowem Smarzowski niezwykle skrupulatnie odrobił lekcję historii. Za chwilę udowodnię to na szerszym historiograficznym gruncie.

Według mnie kluczem poetyckim do tego filmu jest jego zamknięcie. Do tej pory bohaterowie Smarzowskiego, czy to w makabrycznym „Domu Złym”, czy w regionalnej i historycznej „Róży” ze świetnymi rolami Marcina Dorocińskiego i Agaty Kuleszy, uchodzili z życiem. Nawet zachlewający się wódą pisarz w wykonaniu Więckiewicza w „Pod mocnym Aniołem” ma szansę na wydostanie się ze swojego piekła. Zawsze w tych filmach (proszę niech Państwo zwrócą na to uwagę) kamera w ostatniej scenie unosi się ponad świat, pokazuje z góry (metafora milczącego Nieba) ziemski padół z jego brudem, cierpieniem i krwią, jak gdyby reżyser pragnął pozostawić ten świat, takim jakim jest, jednak z jakąś, może minimalną formą nadziei. W „Wołyniu” nie ma nadziei. Kamera zostawia świat w chwili (oczywiście unosząc się do góry), kiedy główna bohaterka i jej dziecko przekraczają nurty rzeki po moście. Jadą na wozie, razem z zabitym wcześniej przez NKWD ojcem chłopca, dobrym Ukraińcem Petro. Nikt chyba nie zwrócił uwagi, że to jest marsz przez nurty Styksu. To rzeka zapomnienia. Za rzeką, rozciąga się piękny świat, w którym nie ma już siekier, wideł, cepów i nienawiści. Nigdy nie widziałem tak przejmującej sceny śmierci, która w filmie o śmierci, byłaby tak wysoce zmetaforyzowana.  

Skoro jest Styks, to musi być też Cerber, strażnik piekła. W moim przekonaniu są to Niemcy. Proszę zwrócić uwagę, że obecność Niemców w tym filmie zaczyna się w chwili, gdy latem 1941 roku, na dwa lata przed rzezią, napadają oni na Związek Radziecki. Niemcy, dokładnie tak jak w znakomitej książce Timothy`ego Snydera „Czarna ziemia”, byli katalizatorem piekielnych scen, jakie rozgrywały się na zapleczu frontu wschodniego. Niemcy w tym filmie z lekkością berlińskiego filharmonika rozpętują nacjonalistyczne piekło mordując Żydów. Straszne są masowe sceny rozstrzeliwania Żydów w lesie, nad dołami, ale warsztatowo są bardzo filmowe i znakomicie zaprojektowane przez reżysera, który nie miał przecież wielkiego budżetu, zaledwie 11 milionów złotych. Porażają one plastycznością, a nagość została pokazana w sposób straszliwie obnażający ofiary. Myślę, że krytycy, a zwłaszcza filmoznawcy i badacze Holokaustu powinni docenić fakt pokazania tych scen, które mają historycznie fundamentalne znaczenie dla tego, co się stało latem 1943 roku. Snyder zwrócił uwagę, że Holokaust na ziemiach wschodnich, na terenie Związku Radzieckiego dokonywał się przy masowym udziale obywateli ZSRR mordujących Żydów.

Jednak tu mamy Wołyń, a więc tereny należące do Polski przed 1939 rokiem. Jednak mam wrażenie, że polska historiografia podejmująca badawczy trud opisania rzezi wołyńskiej zupełnie pomija to, no co zwrócił uwagę Snyder. A mianowicie, że tereny te zostały podwójnie zniszczone – przez Związek Radziecki w latach 1939-1941 oraz przez Niemców w latach 1941-1943. W tej przestrzeni podwójnej pustki prawnej, mentalnej i moralnej rozegra się Holokaust i jego odprysk, czyli ludobójstwo ukraińskich nacjonalistów na ludności polskiej i czeskiej Wołynia. Pewnie Wojciech Smarzowski nie czytał książki Snydera, ale ta interpretacja wydaje mi się najodpowiedniejsza, która w sposób semantycznie spójny tłumaczy rzeź.

Oczywiście, że film jest opowiedziany historycznie w sposób nie oszczędzający nikogo. Polacy są panami sytuacji w 1939 roku. Mają lepsze morgi ziemi, lepsze widoki na przyszłość. Ukraińcy żyją ze swoją wyimaginowaną krzywdą, ponieważ w tym samym czasie na sowieckiej Ukrainie za przynależność do ruchu banderowskiego była natychmiastowa wywózka do sowieckiego obozu. Na Ukrainie sowieckiej umarło z głodu od 5 do 9 milionów ludzi w latach 1930-1933. Żydzi stają się natychmiast bardzo serwilistycznie lojalni wobec władz sowieckich, jakie na polskiej części Ukrainy rozpoczynają się jesienią 1939 roku. To też jest w filmie mocno pokazane. Tak jak wywózka Polaków w lutym 1940 roku. Kto ratuje wówczas polskich bohaterów? Ukrainiec zakochany w dziewczynie i jego matka. Chłopiec zginie zabity przez NKWD. Zatem upada argument podniesiony ostatnio przez dziennikarzy Wyborczej, że film Smarzowskiego nie pokazuje ani jednego dobrego Ukraińca.

Potem atmosfera się zagęszcza. Mrok jest coraz gęstszy. Rzeź jest stopniowana przez reżysera. Nie pokazał wbijania dzieciom gwoździ do głów, ani wbijania głów na żerdzie, rżnięcia piłami kobiet w ciąży, gwałcenia zwłok. A i tak straszliwa furia ukraińskiego motłochu (przepraszam, ale trudno inaczej nazwać tych ludzi) jest trudna do wytrzymania nawet dla ludzi głęboko zaznajomionych z filmową poetyką Smarzowskiego (jak ja). Przedsmak tego, co stanie się na Wołyniu, mamy już wtedy gdy głodni polscy żołnierze konsumują psa i wtedy zostają napadnięci przez Ukraińców. Zdzierają oni skórę z polskiego żołnierza. Smarzowski pokazał to w werystyczną, ocierającą się o horror precyzją. Ta scena grzęźnie w gardle. Wtedy widz wie, że ogląda nie cud polskich Kresów, tylko piekło. 

Piekło jest w tym filmie namacalne i jest jak amok, choroba, która ogarnia wszystkich i wszystko. To jest Zło absolutne, którego najbardziej sataniczną częścią jest obrzęd święcenia siekier przez ukraińskiego, greko-katolickiego księdza, który przemawia do ludu ukraińskiego w przypowieści o kąkolu i pszenicy. To jest straszliwa scena, nie wiem, czy prawdziwa. Polacy, jakich spotkałem we Lwowie, mówią że tak. Święcić kosy miał niższy kler ukraiński, przy milczącej aprobacie metropolity Szeptyckiego. Polowanie na Polaków jest ukazane jako furia. I powtórzę za redaktorem Piotrem Goćkiem z Polskiego Radia i „Do Rzeczy”, że film Smarzowskiego uderza w najgłębsze miejsce mitu Polaków sprawców, ugruntowany przez książki Grossa i środowisko Wyborczej przez ostanie 15 lat, odkąd ukazali się „Sąsiedzi”.  Tego Salon Smarzowskiemu wybaczyć nie mógł.

Film został całkowicie pominięty podczas tegorocznego festiwalu polskich filmów w Gdyni. Wygrał kolejny masturbacyjny film, tym razem o Beksińskich. Dowodzi to jednego: polskie tak zwane elity intelektualne, dyktujące Polakom co powinni czytać, na jakie filmy powinni chodzić, są w istocie głęboko i zajadle zainfekowane wirusem anty – polskim. Rozumiem to jako obawę środowiska Wyborczej, lewicy i nieboszczki Unii Wolności o tym, że władzę przejmą łyse pały z ONR-u. Brzydzę się jednymi i drugimi. Jury w Gdyni pokazały, że nie mają pomysłu, gubią się widząc film tak straszliwie obnażający Polaków i walący po głowie, bezkompromisowy, i bardzo dobry historycznie. Całe szczęście, że Smarzowski nie przyjął nagrody od prezesa TVP Kurskiego. Wykazał się klasą do końca. Rozumiem go. Smarzowski chce być niezależny od wszystkich środowisk politycznych.

Jako nauczyciel historii poszedłbym na ten film tylko z młodzieżą klasy maturalnych LO, ponieważ jest ciekawym asumptem do głębokiej dyskusji  na temat Wołynia na zasadzie projektu. Młodzież powinna się oczytać. Szkoda, że ukraińska historiografia jest mało znana w Polsce, by można było ją wykorzystać na lekcjach. Ja nie znam ukraińskiego języka, a powinienem.

Film pokazuje też polską zemstę. Jest ona równie potworna jak zbrodnie ukraińskie. W tej scenie, gdy Polacy zabijają Polkę, co za Ukraińca wyszła, mogą polscy widzowie zrozumieć na drodze paraleli ludobójstwo w Bośni oraz casus Rwandy, która chyba Wołyniowi pod względem bestialstwa najbliższa. Film Polaków nie oszczędza – są głupi, kłótliwi, nie potrafiący się zorganizować. A już bezlitosny jest wobec AK. Żyjemy mitem AK i Żołnierzy Wyklętych. A tymczasem AK nie potrafiła obronić – i nie chciała, bo tak chciał Rząd Londyński – swoich współobywateli i rodaków przed siekierami OUN. Scena rozrywania końmi polskiego oficera, rycerza i pięknoducha jest tak straszna, że nawet ja wytrzymałem to z trudem.

Uważam, że „Wołyń” Smarzowskiego jako jego osobiste dokonanie jest przykładem niesłychanej odwagi cywilnej i artystycznej, jaką wykazał się ten facet. Może pod względem artystycznym „Dom Zły” jest jeszcze straszniejszy, ale tamten film był poetyką horroru. A „Wołyń” Smarzowskiego uważam za najwybitniejszy polski film historyczny powstały po roku 1989 roku i jako taki przejdzie do historii.

Opublikowano antysemityzm, Czarna Ziemia, czas honoru, dyskurs historyczny, film, front wschodni, Holokaust, II Wojna Światowa, Kamienie na szaniec, Niemcy, Obława, recenzja, Ukraina, wojna na Ukrainie, Wołyń, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, czyli szwedzki mit fundamentalny

MilleniumCzytelniku tego bloga!

Kimkolwiek jesteś, a jeśli lubisz książki, z pewnością słyszałeś o trylogii kryminalnej Steiga Larssona. Szwedzki pisarz, a zarazem lewicowy dziennikarz zmarł na atak serca w Sztokholmie w roku 2005, pozostawiając za sobą trzy tomy swoich powieści, oraz dwieście stron następnego rękopisu, który w roku 2015 został dokończony i wydany przez Davida Lagercrantza, pod tytułem „Co nas nie zabije”. Powieść Lagercrantza nie jest zła, ale o klasę gorsza od kryminałów Larssona.  Muszę powiedzieć, że w czytaniu całej trylogii popełniłem błąd, ponieważ na samym początku obejrzałem film David Finchera z Danielem Craigiem i Rooney Mara jako dziennikarzem Mikaelem Blomquistem i Lisbeth Salander. Już przez całą lekturę Blomquist miał w moim umyśle twarz Bonda. Jednak to mały szczegół.

Całość trzech książek, z których każda liczy 700-800 stron, już pod koniec była dla mnie dość nużąca. Jednak zastanawiając się długi, długi czas nad tym wpisem na blogu, zdecydowałem się spojrzeć w najgłębszą, sterującą warstwę narracji. Nie dziwi mnie, że jedna z najciekawszych dyskusji na temat trylogii kryminalnej Szweda odbyła się na łamach fascynującej na swój sposób intelektualnie, ale śmiertelnie trującej „Krytyki Politycznej” (peryfrazuję Chiang Kai Sheka, który powiedział, że komunizm to choroba duszy). Feministki bardzo lubią Millenium. Larssonowi udałą się niezwykle jedna z najbardziej pokręconych wewnętrznie, ale spójnych i wielowymiarowych postaci kobiecych współczesnego kryminału, czyli Lisbeth Salander. Tylko pozornie jest lesbijką, romanse z kobietami są według mnie dla Salander jedynie formą ucieczki, przygodą w sumie niewiele znaczącą. Prawdziwe uczucie …to facet, czyli Blomquist. Salander jest oczywiście wyalienowana, skrzywdzona przez społeczeństwo, służby specjalne. Najbardziej przerażająca we wszystkich trzech powieściach jest oczywiście scena gwałtu w pierwszym tomie, sucha i okrutna. Jednak jej zemsta jest równie okrutna i czytelnik pragnie, by się zemściła. Salander jest niezwykle wyrazistą postacią i sądzę, że zarówno ona jak i Blomquist są emanacjami światopoglądowymi Larssona.

Mężczyźni są w powieściach Larssona przeważnie źli. Tymczasem kobieta może być równie okrutnym, jeśli nie gorszym katem od mężczyzny. Przede wszystkim dlatego, że kobiety są płcią silniejszą psychicznie. To, co teraz powiem, jest mało feministyczne, ale siła kobiet polega na tym, że to Natura przeznaczyła je na te, które rodzą, dają życie. Tak została skonstruowana Przyroda i nie ma się o co kłócić. W najgłębszej warstwie narracyjnej lewicowość książek Larssona polega przede wszystkim na diagnozie społecznej:

- mniejszości są bezcenne, trzeba dać im wszelkie prawa, bo tylko wtedy nasze społeczeństwo jest w stanie się rozwijać. Mniejszości są miarą cywilizacji. Wszelkie. Im więcej, tym lepiej.

- religia jest niepotrzebna i jest ułudą. Wszystkie postaci, które są religijne, są złe. Patrz tom „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”. Klucz do popełniania morderstw jest kluczem biblijnym. Nawet córka Blomquista (słabo zarysowana) jest fanatyczna, bo nosi krzyżyk na szyi. Jedynym normalnym religijnym człowiekiem jest policjant Bublański, bo jest Żydem. Jak wiadomo w poprawności politycznej lewicowych elit o Żydach nie można pisać źle. Ciekawe jest to, że lewicy nie przeszkadza to ukryć swój antysemityzm pod płaszczykiem niechęci do Izraela i sympatii do Palestyńczyków

- mężczyźni są opętani seksem i żądzami. Są z natury źli, chciwi, pełni pychy. Kobiety są szlachetne, zdolne, i uczciwe. Są motorem napędowym świata. To dość proste, żeby nie powiedzieć prostackie kalki – stereotypowe. Lewica ma własne stereotypy, nawet mówi gdy ich nie ma.

- państwo kontroluje wszystkich i wszystko. Nie należy ufać władzom, nawet jak robią coś dobrze, to wszystko ma ukryte dno, spiskują, żeby odebrać wolność ludziom, stąd trzeba się łączyć w Internecie.

- Feministki są zwieńczeniem rozwoju kobiecości. Nie mają dzieci i nie chcą ich mieć. Ideałem jest kobieta wchodząca w tradycyjnie męskie role społeczne. Może, ale nie musi być lesbijką, na pewno biseksualistką, jest bogata, pewna siebie (kochanka i szefowa Blomquista żyjąca między mężem i kochankiem, za zgodą i akceptacja tego pierwszego)

- Seks bez uczuć, jest jak jedzenie, lub picie wody. Każdy z każdym może.  Bez odpowiedzialności. Może dlatego bohaterowie Larssona są tak strasznie samotni. Seks nie jest surogatem uczucia. 

Pod względem suspensu jest dużo gorzej. Najlepiej opowiedzianą kryminalnie historią jest oczywiście tom pierwszy. Intryga i zbrodnia, która nie jest zbrodnią (bo jest nią coś innego, dużo bardziej przerażającego) ma w tej książce formę wielopiętrowej budowli. Sam jako autor powieści sensacyjnych jestem – przyznaję – wielkim fanem takich zagadek.  Jest to bowiem niezwykle pociągające narracyjnie. od tym względem mistrzostwo świata. Drugi i trzeci tom, kiedy przeciwnikiem Salander jest ona sama, a konkretniej jej ojciec, sowiecki szpieg, akcja jest coraz bardziej nieprawdopodobna i ideologicznie idącą w jednym, słusznym kierunku. Grubymi nićmi szyta jest scena, kiedy Salander została postrzelona w głowę z broni małokalibrowej. Przeżyła i nie odbiło się to, na pracy jej mózgu. Nie znam się na ranach postrzałowych, ale wydaje mi się to nieprawdopodobne. 

Jednak na czym polega fenomen Larssona? Jak można uczyć się na jego genialnej, choć nie do końca udanej pod względem suspensu trylogii? Ta książka, jak żadna inna, uzmysłowiła wszystkim, że KRYMINAŁ jest równouprawnionym gatunkiem literackim, jest sposobem artykulacji współczesności, jest opowieścią o świecie TU I TERAZ. Jeśli jest wybitnie napisany, to może być naprawdę mocny w swoim oddziaływaniu na wyobraźnie czytelnika. W Polsce ślady Millenium można odnaleźć w „Gniewie” ostatniej powieści Miłoszewskiego z prokuratorem Szackim. Choć oczywiście Polak nie jest tak zideologizowany jak Szwed. Nie wierzę w moc sprawczą literatury pop, choć sam ją uprawiam. Powieść pop, peryfrazuję teraz Grochowiaka, może być „bliższa krwio-obiegu słów”, niż tak zwana literatura z górnej półki, czego smutnym przykładem jest Nagroda Literacka Nike w Polsce. Nikt nie zna osoby, która w tym roku została nagrodzona, nikt nie potrafi wymienić tytułu jej książki i za co została nagrodzona.

Po trylogii „Millenium” kryminał nie może być już taki jak wcześniej. Ja dorzucam do tego swoje trzy grosze. Właśnie wszedł do polskich księgarń mój „Lunatyk”, gdzie ukłonem w stronę Szweda jest to, że Max Kwietniewski jest pierwszym czarnoskórym bohaterem polskiej powieści sensacyjnej. I to też będzie trylogia.

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kryminał, kultura, Literatura, Millenium, sensacja, Steig Larsson, Szwecja | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj

Lunatyk – wywiad z autorem

Ukazał się wywiad ze mną w związku w opublikowaniem przeze mnie owej powieści LUNATYK.

Link: http://czytampolskie.pl/kryminalsensacja/po-omacku-po-wspolczesnej-polsce-wywiad-z-wojciechem-dutka/

Polski rynek literacki kryminałem i zbrodnią stoi – to fakt. Lunatyk pojawia się jako zupełna nowość obok takich mocnych nazwisk jak m.in. Katarzyna Bonda, Zygmunt Miłoszewski czy Remigiusz Mróz. Czym Pańska powieść różni się od tamtych? Co stanowi o jej oryginalności i może stanowić w przyszłości o rozpoznawalności Pańskiej autorskiej serii?

Wojciech Dutka, Lunatyk

Każdy z wymienionych przez Panią pisarzy stworzył własnych rozpoznawalnych bohaterów. Miłoszewski, Bonda, Mróz są znanymi i uznanymi twórcami gatunku powieści sensacyjnej. Jest jednak cecha wspólna stworzonych przez nich bohaterów. Wszyscy oni, niezależnie od tego, czy wykonują profesję prokuratora, technika kryminalnego, policjanta, są stąd. To znaczy, że są immanentnie polscy. Wcale nie uważam, że nowym wkładem do powieści sensacyjnej jest perspektywa innej profesji związanej z tropieniem zbrodni. Ja chcę zaproponować coś innego – kryminał polski, który nie jest tylko kryminałem, ale też thrillerem politycznym, z wątkiem historycznym. Marzę o stworzeniu czegoś tak uniwersalnego jak seria Millenium Steiga Larssona. Jest to przecież mit fundamentalny współczesnej Szwecji. Ja proponuję kogoś, kto przekracza ramy naszego polskiego świata. Przyzwyczailiśmy się za bardzo, że o polskich obsesjach, demonach i zaszłościach historycznych może mówić tylko Polak. Ja uważam, że nie tylko. Max Kwietniewski jest Nowojorczykiem, po matce Polakiem, ale jest też Afroamerykaninem, co w zetknięciu z polską rzeczywistością, wcale nie otwartą, nieść może różne konsekwencje narracyjne w kształtowaniu mojego bohatera. Taki, a nie inny bohater umożliwił mi próbę literackiej trawestacji polskiej rzeczywistości, zarówno współczesnej, jak i bliskiej historii, z perspektywy kogoś kto jest z zewnątrz. Zawsze uważałem, że można napisać jeszcze jedną książkę sensacyjną, ponieważ kryminał i powieść sensacyjna – tutaj zgadzam się z Zygmuntem Miłoszewskim – musi stanowić o rzeczywistości kraju, w którym się rozgrywa. Inaczej rzecz ujmując współczesny kryminał musi być zanurzony w próbie społecznej i historycznej diagnozy w najgłębszej sterującej warstwie narracyjnej. Ja jestem historykiem historiografii i wiem, że świat wykreowany jest narracją, a każda narracja składa się z kilku warstw, w tym tej najgłębszej, którą można odczytać nie wprost, a poprzez „czytanie między wierszami”. Ja mam do zaproponowania coś nowego, ponieważ łączę w udany sposób perspektywę profesjonalnego historyka i powieściopisarza. Lubię łączyć różne gatunki, sprawnie poruszam się w konwencji, którą znam, lubię i mogę swobodnie tworzyć. Max Kwietniewski jest pierwszym czarnoskórym bohaterem polskiej powieści pop i myślę, że jest to cel zamierzony. Właśnie ta perspektywa immamentna INNOŚĆ Maxa stanowi o jego oryginalności, ponieważ jako osoba z innego, fascynującego kręgu kulturowego ma zupełnie nowe podejście do polskich spraw, tym samym myślę, że znalazłem sposób, by mówić o sprawach polskich w sposób całkowicie zrozumiały dla kogoś, kto nie jest stąd.

Lunatyk to pierwsza powieść kryminalna rozgrywająca się głównie we współczesności i nie tak dalekiej przeszłości, wciąż dziś rozbrzmiewającej w przestrzeni publicznej głośnym echem. Jak bardzo, jeśli w ogóle, różni się proces pisania współczesnego kryminału od przygotowań powieści historycznych, od których jest Pan specjalistą? Czy było to trudne zadanie – zmienić orientację i punkt ciężkości z tła historycznego na suspens, zagadkę i intrygę?

Z całym szacunkiem Lunatyk nie jest pierwszą powieścią, którą określiłbym mianem sensacyjnej. W 2007 roku, w tym samym, w którym Miłoszewski dostał nagrodę Wielkiego Kalibru za Uwikłanie, wydałem nakładem wydawnictwa Albatros powieść Taniec Szarańczy, która opowiadała w dwu osiach czasowych o sprawie Czerwonej Orkiestry i Leopolda Treppera. Łukasz Orbitowski napisał wtedy bardzo ciekawą recenzję tej książki, wciąż dostępną w Internecie.

LUNATYK jest w tym sensie debiutem, bo jest to powieść sensacyjna bardzo współczesna, w której wątek historyczny odgrywa pewną określoną, ale wcale nie pierwszoplanowa rolę. Myślę, że proces pracy nad powieścią jest w moim przypadku bardzo podobny. Historia jest wielką pasją mojego życia, nigdy nie zaspokojoną i nie wypełnioną miłością, której zawsze i w sposób maksymalnie nienasycony będę pożądał. Historia jest mi dana, ponieważ studiując historię cały czas – wciąż się jej uczę, na nowo pochłaniając historiografię – dzięki temu bardzo swobodnie poruszam się po wszystkich epokach historycznych. Co jest elementem kształtującym mój model powieści historycznej jest suspens. Ja rozumiem ów termin za profesorem Jackiem Dąbałą z Lublina – autorem pierwszej bardzo ciekawej habilitacji polskiej dotyczącej problemów creative writing – jako stan nieznośnego dla czytelnika napięcia, oczekiwania na to, co się stanie. Stąd wszystkie moje powieści historyczne są sensacyjne, może za wyjątkiem CZERNI I PURPURY, gdzie odnoszę się do autentycznej historii, jaka zdarzyła się w obozie Auschwitz między Franzem Wunschem i Heleną Citronovą. Ta książka ma wciąż swoich czytelników, dostaję od różnych ludzi e-maile. Ta książka bardzo poruszyła polskich czytelników. Udała mi się w niej rzecz naprawdę oryginalna – opowiedziałem Holokaust w perspektywie współczesnej powieści opartej o wielkie oksymoroniczne przeciwieństwo, miłości kata do ofiary. Dziś wiem, że zadbałem o szczegóły i nie zbanalizowałem Holokaustu, co można zobaczyć w innych książkach, z wątkiem romansowym. Czy zmieniłem orientację? Nie, Jestem trwale i w sposób pełny oddany gatunkowi literackiego popu i myślę, że stał się on uprawnionym środkiem artykulacji współczesności.

Na swoim blogu pisze Pan, że tym, co łączy zawód historyka i powieściopisarza jest człowiek. Jaki jest człowiek w Lunatyku? Prowadzi Pan wielu różnych bohaterów, z różnych środowisk, różnych profesji oraz przekonań, borykających się z różnymi problemami. Mamy agentów SB, dziennikarzy, agentów śledczych, księży, intelektualistów czy polityków. Czy dzisiaj – proszę odpowiedzieć i jako historyk, i powieściopisarz – można w ogóle pokusić się o jakąś diagnozę społeczeństwa? Czy jednak jest ono zbyt rozproszone? A może taka współczesna powieść możliwa jest wyłącznie z różnych wyizolowanych punktów widzenia? Jak to jest w Pańskiej książce?

Na pytania o kondycję polskiego społeczeństwa próbowali odpowiadać już wielcy naukowcy, socjolodzy, psycholodzy i różnej maści politycy. Ja nigdy nie rościłem sobie pretensji do bycia tym, kto ocenia. Lubię wprowadzony przez Hansa Georga Gadamera podział na historyków-tłumaczy i historyków-prawodawców. Ta metafora odnosi się do tego, jak historycy formułują swoje sądy. Historyk-tłumacz nie osądza, nie daje ostatecznych, narzucających wniosków, co robi historyk-prawodawca. Ja staram się, uczę się być historykiem-tłumaczem. Chce rozumieć mechanizmy władzy, zbrodni, lub decyzji politycznych. Myślę, że ów podział z powodzeniem można zastosować na gruncie literatury pop, która ma ambicje większe niż rozrywka. We wszystkich moich powieściach historycznych starałem się przemycić jakąś jedną ideę, którą można rozumieć na wyższym poziomie. Krew Faraonów jest metaforą władzy i tego jak negatywnie zmienia ona ludzi, którzy sięgają jej szczytów. Bractwo Mandylionu jest metaforą religii, która nie powinna służyć polityce ani być wykorzystywana do żadnych innych celów poza nią samą, wtedy bowiem religia przestaje być religią. Czerń i Purpura jest opowieścią o miłości niemożliwej, o granicy, za jaką każdy człowiek – w myśl teorii prof. Zimbardo – może stać się bestią i jaka jest cena odkupienia Zła. Dlatego nie pokuszę się o diagnozę społeczeństwa współczesnej Polski. Ja bardziej NIE WIEM, niż wiem na pewno.

Max Kwietniewski zderza się  – nie z polskim społeczeństwem – w powieści Lunatyk, ale ze swojskimi polskimi mechanizmami władzy i sitwy, jaka w latach 1990-tych stała za wieloma problemami społeczno-politycznymi w naszym kraju. Lunatyk jest przewrotną opowieścią o Polsce, pisaną z perspektywy osoby, która jest poza Polską i musi się jej nauczyć. W najgłębszej, sterującej warstwie narracyjnej moja diagnoza jest pesymistyczna. Max mierzy się z zakłamaniem polskich polityków, wielkich rekinów finansjery. Styk świata polityki i biznesu zawsze rodzi i będzie rodziła patologiczne powiązania. Pod tym względem Lunatyk jest kryminałem zanurzonym w bliskiej historii – końca PRL, początków III RP oraz czasów nam współczesnych.

Myślę też, że przeszedłem długą drogę – pierwszych pięć powieści wydanych przez znakomite wydawnictwo Albatros nie dotyczyło historii Polski, czy spraw typowo polskich. Dopiero w szóstej książce zdecydowałem się na to. To też świadczy o tym, że Polska jest trudna, czasami do bólu bezlitosna, straszna, ale to jest moje miejsce na ziemi, mój kraj i kocham go takim, jaki jest. Max Kwietniewski będzie z Polską się zmagał, ale w końcu to też jest część jego tożsamości.

Kontynuując wątek spotkania historii i fikcji literackiej – w jak dużym stopniu przeszłość wpływa na teraźniejszość. Czytając Pańską powieść, miałam gdzieś z tyłu głowy słowa nauczyciela historii, że historia jest jak drzewo: każda gałąź wyrasta z jakichś korzeni. Mam tu na myśli zarówno wymiar powieści bardziej polityczny – przykładowo jak działania SB wpłynęły na kształt dzisiejszej sytuacji – jak i prywatny: w końcu każdy z Pańskich bohaterów boryka się jakoś z przeszłością. Max ze śmiercią żony, Andrzej z grzechami ojca, a Morawski z własnymi. A co z Wiśniakiem? Czy przeszłość wpłynęła jakoś na niego?

Zacznijmy od tego, że o historię w naszym kraju wszyscy się kłócą, nie bardzo zdając sobie sprawę z tego, o co toczą dyskurs. W odczuciu powszechnym historia jest tym, co się zdarzyło, tym, co się dokonało, a tymczasem jest to refleksja pierwsza. Rzymianie nazwali by to Res gestae. A tymczasem jedyna historia, jaka naprawdę istnieje, to refleksja druga – historia rerum gestarum, to opis tego, co się zdarzyło. Można rozumieć to profesjonalnie jako historiografię, albo szerzej jako próbę pisania, spierania się o historię w publicystycznym ujęciu. W powieści sensacyjnej pociąga mnie bardzo narracja mozaikowa, układanka składająca się z pozoru nieprzystawalnych do siebie części. Bohater kryminału je składa, a zarazem zanurza się w rzeczywistości wykreowanej przeze mnie. I tu jest miejsce na powiązania historii, czyli refleksji o przeszłości z powieścią sensacyjną. Jestem zwolennikiem tezy, że świat w jakim przyszło nam żyć jest wynikiem tego, co się stało. Jest więc naznaczony przez historię, uwarunkowany przez setki lat procesów historycznych. Tak więc bohaterowie moich książek – podkreślam, proszę nie rozłączać powieści historycznych i sensacyjnych – są uwarunkowani historią, uwikłani w nią, wczepieni w trudne ludzkie wybory rozgrywające się na szerokim historycznym tle. To prawda, że każdy z bohaterów Lunatyka ma swoją mroczną przeszłość. Każdy skrywa prawdę, ucieka od niej. Ale używając słów Józefa Mackiewicza, że jedynie prawda jest ciekawa, Max Kwietniewski chce się zmierzyć z prawdą, obojętnie jak bardzo byłaby przerażająca. Ta prawda jest obciążeniem fikcyjnego arcybiskupa uwikłanego we współprace z SB, a także innych osób. Ojciec Moniki, żony Maksa tez był tajnym współpracownikiem tajnej komunistycznej policji. Pyta mnie Pani o Wiśniaka. Konstruując powieść zawsze staram się zachować klasyczny podział na protagonistę i antagonistę. Rozpisując powieść Wiśniaka, wyobraziłem go sobie jako typowego przedstawiciela partyjnej elity lat siedemdziesiątych, technokratę z czasów Gierka, który ustrój socjalistyczny traktował jako drogę do kariery. Nie ma w nim żadnej ideowości. Jest pragnienie władzy. Starałem się go niuansować: jest zdolny do każdego okrucieństwa, ale zarazem potrafi wyratować z opresji katowaną przez kagiebowca prostytutkę. To jest jedyny człowiek w powieści, który nie chce mieć żadnych powiązań z przeszłością, chce od niej uciec, zapomnieć, odciąć się. To jego przeszłość jest historią Lunatyka.

Pisał Pan również, że wybrał model powieści do opowiedzenia o historii. Jako historyk i jako licealny nauczyciel, czy sądzi Pan, że medium powieści popularnej jest dobrym narzędziem do edukowania, rozmawiania o sprawach współczesnej polityki i współczesnego społeczeństwa? Lunatyk opowiada też po trosze historię demaskowania grzechów Kościoła katolickiego za czasów PRL-u. Czy taka strategia mogłaby posłużyć pewnego rodzaju terapii naszego społeczeństwa? Czy da się przez takie medium nie tylko diagnozować, lecz także nauczać, uświadamiać?

Dramat historii polega na tym, że cycerońska maksyma Historae magistra vita Est, mówiąca o tym, że historia jako nauczycielka życia to postulat nie do spełnienia. Nie wierzę też w misyjną rolę literatury. Jednak współczesna powieść pop może mieć także walory edukacyjne, poznawcze. Myślę, że powieść sensacyjna może mówić w sensie metaforycznym o naszej rzeczywistości, tylko pisarz musi wiedzieć, jak się do niego zabrać. Jeśli czytelnicy ocenią Lunatyka jako powieść demaskatorską, to cała przyjemność po mojej stronie.  Nikogo w powieści nie oszczędziłem. Fikcyjny arcybiskup to jedna strona, proszę pamiętać, że bohaterem jest też ks. Andrzej – zamordowany przez byłych esbeków. O grzechach i zasługach Kościoła Katolickiego w Polsce wypowiadać się nie będę i nie czuję się w żaden sposób uprawniony do tego. Każdy ma rozum i wolną wolę, może oceniać sam. Ja nie roszczę sobie pretensji do opowiedzenia na nowo najnowszej historii Polski w mojej książce. Proszę mieć na uwadze, że to jest wielowątkowa powieść sensacyjna.

Na koniec chciałabym zapytać, jakie ma Pan plany co do postaci Maxa Kwietniewskiego? Czy Lunatyk zaplanowany jest na dłuższą serię, czy to koniec przygód tego bohatera? Czy, tak zupełnie prywatnie, odnalazł się Pan w gatunku kryminału i może planuje Pan zupełnie inną książkę?

Zdecydowanie tak. Mogę dziś powiedzieć, że Maks Kwietniewski wróci. Na okładce jest krótka informacja. Wrócą też inne postacie z „Lunatyka”, między innymi dziennikarka Agata Wróblewska. Mogę jedynie powiedzieć, że w drugiej części poznamy też jej historię, a Max znów będzie musiał zmierzyć się z dawnymi upiorami miasta nad Wisłą. Warszawa i jej historia jest naprawdę fascynującym polem dla pisarza. To prawda, że moją sztandarową i najważniejsza książką jest CZERŃ I PURPURA, a Max Kwietniewski jest zaplanowany na trylogię. Ale mam na uwadze też powieści historyczne, między innymi znów starożytność, ale trochę inaczej niż w Kartagińskim ostrzu. Nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Ja jestem wciąż głodny pisania.

Opublikowano autobiografia, Literatura, sensacja, wywiad | Otagowano , , , | Skomentuj

Pocztówka z Argentyny – opowiadanie

Wojciech Dutka

POCZTÓWKA Z ARGENTYNY

Marzec 1950

Ojciec Pietro della Franca zjadł właśnie obiad złożony z zapiekanej pasty z ostrym i aromatycznym sosem z dodatkiem anchois. Wypił też dwa kieliszki świetnego chianti, z piwnic konwentu św. Damiana w Neroli, jego macierzystego klasztoru znajdującego się w uroczym miasteczku położonym kilkadziesiąt kilometrów od Rzymu.

Franciszkanie nosili czarne habity. Pietro della Franca nosił go z dumą. Pochodził bowiem z biednej rodziny z południa Włoch i kościołowi zawdzięczał wszystko. Zyskał stypendium, trafił do małego seminarium działającego w Kalabrii. Stamtąd nie chciał już odchodzić i w poczuciu głębokiej wdzięczności wobec kościoła postanowił wstąpić do zakonu. Wiosną 1950 roku mijał właśnie czternasty rok jego kapłaństwa. Czuł się spełniony. Celibat nie sprawiał mu kłopotu, a wręcz przeciwnie, zakonnik przyznał, że to najlepszy dowód jego zaślubienia Pana Zastępów.

Dostrzeżono go. Pozwolono się doktoryzować na Angelicum. Był więc naprawdę kimś. Wykształcenie, a zawłaszcza kariera naukowa są bardzo cenione w świecie księży, mnichów, i bywają często przedmiotem zawiści. Ale Pietro della Franca nie zazdrościł innym. Sam zajmował się interpretacją prologu do ewangelii św. Jana i miał regularne wykłady na teologii dogmatycznej.

*

Po sytym obiedzie, mimo dwu kieliszków chianti, łączącego w swej bogatej strukturze zarówno pamięć jesieni sprzed lat dwunastu, oraz bogate, zróżnicowane taniny, a także niestarzejącą się, niezwykłą owocowość winnych gron szczepu Sangiovese, odczuwał dziwny i niezrozumiały niepokój.

Tego dnia rano otrzymał niespodziewany list z watykańskiego sekretariatu stanu. Autorem listu był biskup Alois Hudal, który przewodził nieformalnej sekcji pomagającej ludziom prześladowanym przez komunizm. Ojciec Pietro della Franca nie znosił komunizmu i szczerze ubolewał, że po zakończeniu tak strasznej wojny światowej, „ta czerwona zaraza” toczy się po Italii jak rak.

Był człowiekiem sumiennym i dla niego pieczęć z Watykanu była święta. Widząc pieczęć z sekretariatu stanu nabożnie ja ucałował, złamał, po czym wyjął z koperty elegancką, złożoną na dwoje kartkę z czerpanego papieru.

*

Czcigodny Ojcze

Znam pobożność, uczynność i gorliwość ojca. Wiem, że jest Ojciec osobą szczerze oddaną dziełu budowania Królestwa Bożego na ziemi i gotów jest pełnić obowiązki pasterza wspólnoty chrześcijańskiej na chwałę doczesną i wieczną Kościoła. Jestem pewien, że wspólnie podzielamy pogląd wobec rozszerzającego się po świecie komunizmu, będącego jednym z najstraszniejszych nieszczęść, jakie zna ludzkość. Z tego też powodu czujemy się w obowiązku nieść pomoc ludziom, którzy z narażeniem życia byli prześladowani przez sługi bestii czerwonej, a podstępnej. To nasz chrześcijański obowiązek.

Pragnę prosić Ojca o pomoc w tym szczytnym dziele. W ten sposób mamy też szansę zyskać pokarm duchowy dla duszy i ubogacić się w trudzie podejmowania pomocy bliźnim, którzy tej pomocy od nas potrzebują. Pragnę zatem prosić ojca o rozmowę z Jego Ekscelencją, Alessandrem de la Roja, ambasadorem Argentyny we Włoszech, z którym łączy Ojca serdeczna i głęboka przyjaźń. Pragnę zapytać ambasadora – z przyczyn oczywistych nie mogę tego zrobić oficjalnie – czy nie byłby łaskaw udzielić pomocy licznym uciekinierom prześladowanym przez komunizm. Ojcu Świętemu i mnie, Jego skromnemu słudze, zależy bardzo na pewności, aby rząd Argentyny otworzył szlak wolności do gościnnej i chrześcijańskiej argentyńskiej ziemi.

Proszę Ojca o udzielenie odpowiedzi w trybie pilnym. Sprawa nie cierpi bowiem zwłoki.

Podpisał

Alois Hudal, biskup.

*

Pietro della Franca i Argentyńczyk, Alessandro Ramon y Oliveira de la Roja znali się od czternastu lat. Argentyńczyk przypłynął do Włoch w roku 1936 i początkowo zajmował stanowisko charge d`affairs przy ambasadzie argentyńskiej we Włoszech.

Poznali się przypadkiem na wykładzie zorganizowanym przez Galeazzo Ciano, włoskiego ministra spraw zagranicznych, człowieka nad wyraz inteligentnego, zwolennika samodzielnej polityki Włoch w stosunku do Niemiec. Ciano zorganizował konferencję poświęconą upamiętnieniu podpisaniu przez rząd Duce układów laterańskich, dających państwu Watykańskiemu niezależność polityczną od Włoch.

Nawiązali rozmowę. Szybko odkryli wspólne zainteresowania, szczególnie muzykę madrygałową. Mieli także wspólne poglądy polityczne. Obydwaj nie darzyli sympatią lewicy, szczególnie tej komunistycznej. Trwała przecież wojna domowa w Hiszpanii, gdzie Związek Radziecki był bardzo poważnie zaangażowany w walce po stronie komunistycznej republiki (jak gdyby Włosi i Niemcy nie były zaangażowani po stronie Franco). Ubolewali nad ofiarami, jakie ponosił ówczesny kościół hiszpański. Mówiło się o zamordowanych biskupach, rozstrzelanych księżach i, co szczególnie napawało grozą, o zgwałconych zakonnicach.

Poza tym ojciec Pietro miał pewien interes. Jego kuzyn pragnął wyemigrować do Argentyny. Taki był los licznych Włochów z biednego południa Italii. Chciał pomóc kuzynowi i przyspieszyć formalności w załatwianiu argentyńskiej wizy. Dla Argentyńczyków przybysze z Europy byli pożądanymi gośćmi. Rozwijali przecież argentyńską gospodarkę.

Mijały lata, a ich przyjaźń trwała. Latem 1939 roku Alessandro de la Roja pojął za żonę Giuliettę Massini, córkę jednego z możnych rzymskich przedsiębiorców. Don Pietro błogosławił im na ślubie. Rok później chrzcił ich syna. To scementowało ich przyjaźń.

Z tego też powodu Pietro della Franca nie miał kłopotu z przekonaniem przyjaciela do racji biskupa. Uważali, że ostatnia wojna zakończyła się tryumfem komunizmu, tej szaleńczej i zbrodniczej ideologii, która jest śmiertelnym zagrożeniem dla chrześcijaństwa. Przy okazji don Pietro mógł przekonać się, że biskup nie mógł trafić lepiej. Ambasada Argentyny już praktycznie od 1945 roku oferowała pomoc w ucieczce różnym ludziom walczącym z komunizmem. Umówili się, że Alessandro de la Roja prześle do ojca krótki list, gdy już wszystko będzie przygotowane.

Don Pietro powiadomił biskupa o wynikach swoich rozmów.

*

Kilka dni później ojciec Pietro della Franca miał wykład na uniwersytecie Angelicum. Po zajęciach, miał ochotę pójść do taniej i miłej restauracyjki, jakich pełno w wiecznym mieście i zjeść coś. Gdy zamknął salę i odpowiedział na pytania kilku gorliwych doktorantów, podszedł do niego znajomy ksiądz z dziekanatu i wręczył list.

- Chyba pilne.

- Dziękuję księdzu – odrzekł

Spojrzał na kopertę. Inicjały biskupa. Alois Hudal używał takich kopert wyłącznie do poufnej korespondencji. Zakonnik uznał to za dodatkowe wyróżnienie. Złamał z nabożnym lękiem pieczęć. Wewnątrz kopert znajdowała się mała kremowa karteczka z czerpanego papieru z takimi samymi inicjałami. Wiadomość brzmiała lakonicznie i z tego powodu don Pietro uznał, że musi być to przekaz szczególnej wagi. Biskup prosił, aby don Pietro niezwłocznie spotkał się z nim w watykańskim sekretariacie stanu.

*

Kiedy don Pietro, zdenerwowany, ale i zadowolony, że może po raz pierwszy w życiu wejść do tej szczególnie prestiżowej watykańskiej dykasterii, okazało się, że biskup właśnie wychodził z gabinetu. Poznał jednak natychmiast znajomego zakonnika.

Podszedł do niego. Podał do ucałowania pierścień. Ojciec Pietro złożył na szmaragdzie delikatny, synowski pocałunek.

- Ojcze Pietro, wzywa mnie Ojciec Święty. Wezwałem ojca tylko po to, żeby powiedzieć, że możemy zaczynać naszą dzieło pomocy bliźnim. Jest człowiek, który potrzebuje pomocy.

- Czy ta osoba znajduje się już w Rzymie? – zapytał don Pietro, bo był dobrym naukowcem, spiskowcem bardzo przeciętnym.

Biskup popatrzył na niego z pobłażliwością.

- Oczywiście, że nie. Wczoraj wieczorem otrzymałem informację, że ten człowiek przekroczył zieloną granicę między Włochami i Austrią. Z tego powodu musi ojciec niezwłocznie przywieść go do Rzymu i przechować go w klasztorze. Mam nadzieję, że przeor nie będzie miał nic przeciwko.

- Zapewniam Ekscelencję, że nie. Ojciec Mateo uważa czerwoną zarazę komunistyczną za największe zagrożenie dla Kościoła Świętego.

- Doskonale – odrzekł biskup– pojedzie ojciec z moim szoferem. Ona zna drogę. Samochód na rejestracji watykańskiej jest nietykalny. Z pewnością nie napotkacie na żadne przeszkody.

- Niech stanie się wola Boża – odpowiedział rozpromieniony ojciec Pietro.

- Amen. Błogosławię Cię, mój synu.

Biskup Alois Hudal wykonał nad don Pietro znak krzyża. Błogosławieństwo miało charakter sakralny, ale i bardziej dosłowny. Utwierdzało mianowicie don Pietro w postanowieniu gorliwego wypełniania posługi duszpasterskiej wobec ludzi tak bardzo skrzywdzonych przez komunizm, że musieli szukać innej ojczyzny.

*

30 marca 1950

Cortina D`Ampezzo

Alpy pokrywała wciąż gruba warstwa śniegu. Kurort, w czasie ferii noworocznych pełen gwaru i tętniącego życia, teraz zamarł w oczekiwaniu na odwiedzających. Biskup wybrał ten czas nieprzypadkowo. Wiedział, że kurort będzie pusty.

Samochód biskupa przebył drogę z Rzymu do podnóża Alp w dziesięć i pól godziny. Nowa droga szybkiego ruchu z Florencji do Turynu znacznie ją ułatwiała. Punktem docelowym ich podróży był luksusowy pensjonat „Passione”, należący do kuzynki biskupa Idy Pellegrini i jej męża. Ona udzieliła ojcu Pietro dalszych informacji, ponieważ była wtajemniczona w akcję niesienia pomocy „ofiarom bezbożnego i szatańskiego komunizmu”.

- Ma ojciec dobre serce. Rzeczywiście, ten człowiek ma rodzinę – odpowiedziała pani Pellegrini – ale oni przyjadą do Italii później, kiedy sprawy się ułożą.

Don Pietro nie dopytywał co może kryć się pod terminem „jak sprawy się ułożą”. Podejrzewał jedynie, że Jego Eminencja na pewno zadba o los rodziny tego człowieka, załatwi potrzebne papiery, szczególnie te uprawniające do wjazdu do Argentyny. Był gotowy pomóc i w tej sprawie.

Dopiero teraz Don Pietro przyjrzał się gospodyni i jej mężowi. Ida Pellegrini była kobietą o rumianym licu, i kręconych, długich włosach. Miała władcze usposobienie i ślepe oddanie dla „spraw bożych”. Jej mąż stanowił przeciwieństwo. Był to spokojny, cichy, bardzo szczupły mężczyzna z rudym zarostem, o długich, pięknych palcach. Pan Pellegrini był nauczycielem fortepianu w szkole muzycznej. Don Pietro pomyślał, że to wspaniałe katolickie małżeństwo. Nie mieli jednak dzieci.

Tego dnia don Pietro poznał też uciekiniera. Człowiek ten pojawił się nagle, wychodząc zapewne z jakiegoś pokoju oddanego mu przez dobrotliwą właścicielkę pensjonatu. Człowiek ten, w wieku około pięćdziesięciu lat, nosił gruby, szarobrunatny sweter z szetlandzkiej wełny i szare filcowe spodnie. Lekko łysiał. Nosił kwadratowe grube okulary. Pierwsze wyobrażenie, o bohaterskim bojowniku ruchu oporu przed komunizmem ustąpiło miejsca innemu. Uciekinier wyglądał na sklepikarza, lub w najlepszym wypadku na prowincjonalnego urzędnika.

Don Pietro podszedł do niego i uścisnął mu rękę.

- Pietro della Franca. Jestem franciszkaninem.

-Nie znam włoskiego odpowiedział Niemiec.

 Dopiero teraz ojciec Pietro zdał sobie sprawę, że nieznajomy nie zna języka włoskiego. Przywitali się raz jeszcze po niemiecku. Zakonnik nie miał problemów z przejściem na ten język.  Dopiero wtedy nieznajomy powiedział:

- Miło mi poznać przedstawiciela Watykanu. Nazywam się Otton Heninger.

Don Pietro nie był przedstawicielem Watykanu. Zorientował się wiec, że pan Heninger nie ma pojęcia, kto jest obywatelem Watykanu, a kto nie jest. Zapadło kłopotliwe milczenie. Wtrąciła się pani Pellegrini.

- Reszta przy obiedzie.

*

Podczas posiłku don Pietro dowiedział się o kilku nowych dla niego okolicznościach. Pan Heninger wcale nie uciekał z bloku komunistycznego, ale z niedalekiej Austrii. Faktycznie błądził po górach i do Cortina D`ampezzo dotarł dzięki niewyobrażalnemu szczęściu. Granicę przebył w bagażniku ciężarówki, schowany w skrzyni, a już po przejściu włoskiej granicy szedł pieszo. I tak doszedł do kurortu.

W czasie obiadu pan Heninger nie mówił zbyt dużo. Uważał, że należy mieć szacunek do jedzenia. Pani Pellegrini wybuchła śmiechem, ale widząc zakłopotanie gościa, szybko się opanowała. Don Pietro zauważył natomiast, że Niemiec ma bardzo mieszczańskie maniery. Jedząc zupę, założył chustkę na kolanach. Zakonnik obserwował pana Heningera, a im bardziej go obserwował, dochodził do wniosku, że człowiek ten nie jest kimś wyjątkowym. Był szary w swojej przeciętności. Oprócz irytującej mieszczańskości, pan Heninger odznaczał się wrodzoną skromnością. Był raczej skryty i nie lubił, jak widać, epatować bliźnich swoją enuncjacjami związanymi z własną osobą. Zakonnik po obiedzie zaczął dostrzegać w tym skromnym Niemcu ofiarę czyjejś podłości, zbyt prostoduszna i zbyt naiwną jak na wielkiego bohatera. Mimo to don Pietro postanowił zapytać, co pan Heninger robił w czasie wojny.

- To co wszyscy – padła lakoniczna odpowiedź – byłem żołnierzem.

- Takim zwykłym żołnierzem?

- Najzwyklejszym. Wykonywałem rozkazy. Mam jednak w duszy zupełną pewność, że nigdy do nikogo nie strzeliłem.

- Trudno w to uwierzyć – powiedział spokojnie Don Pietro.

- Proszę księdza – odpowiedział z uśmiechem Heninger – nawet mnie jest w to trudno uwierzyć. W mojej służbie nie potrzebowałem pistoletu.

Wieloletnie doświadczenie don Pietro jako spowiednika, słyszącego tysiące spowiedzi, przekonanego o naiwnej banalności grzechu, podpowiadało mu, że Niemiec mówi prawdę. Franciszkanin był natomiast przekonany, że pan Heninger nie podał swojego prawdziwego nazwiska. Cóż, jest uciekinierem, pomyślał ksiądz, taki jego los. Nie moja to jednak sprawa, jak się nazywa.

*

Był maj. Zaczęły się wiosenne upały. Niebo nad Rzymem zamieniało się w białą, rozżarzoną kopułę. Gorące powietrze, drgające i nieznośnie suche, zalegało w uliczkach wielkiego miasta.

Ale w Neroli, położonej na wzgórzach, i w konsekwencji schowanej przez woal lasu cyprysowego, upały były odrobinę mniej uciążliwe. Niemiec nie sprawiał żadnych problemów. Wręcz przeciwnie zdecydowanie odmówił utrzymywania go przez klasztor za darmo. Zadecydował, że do czasu rozstrzygnięcia jego podania o wizę emigracyjną do Argentyny, będzie pracował na dach nad głową oraz na chleb powszedni.

Miał dobre pojęcie o stolarce, toteż bardzo szybko naprawił wszystkie skrzypiące w klasztorze krzesła, rozchwiane stoły oraz wszystkie okna przez które dął wiatr w zimie. Sprzątał codziennie refektarz. Był bardzo uczynny i dokładny, ale w ocenie ojca Pietro niezbyt inteligentny. Zakonnik rozmawiał często o zachowaniu niemieckiego gościa z przeorem klasztoru. Doszli do wniosku, że musiał być albo pomocnikiem na froncie, albo sprzątał szpitale w ramach niemieckiej służby pomocniczej. Miał obsesję czystości. Szorował schody, pucował naczynia i sztućce, a także okna, co wywołało szczery podziw przeora. Dozo pracował. Solidny do bólu niemiecki rzemieślnik. W wolnych chwilach Pan Heninger słuchał natomiast muzyki, głównie Mozarta, Haydna, generalnie niemieckich kompozytorów. Czytał mało.

Ojciec Pietro odkrył jednak obserwując Heninigera, że ten całe wieczory spędzał na czytaniu Biblii, a konkretnie Starego Testamentu. Któregoś majowego dnia rano don Pietro podszedł do stolika w klasztornej bibliotece, przy którym Henninger oddawał się wieczorami ulubionej lekturze. Zauważył, że Niemiec włożył kartki do egzemplarza Biblii, na których czynił skrupulatne notatki. Zakonnik natychmiast to zauważył. Jako kapłan obeznany z meandrami ludzkiej duszy, wiedział, że zainteresowania biblią, choćby Starym Testamentem, nie może być czysto teoretyczne. Było więc dla niego jasne, że Pan Heninger jest albo wierzącym człowiekiem zgłębiającym swoją formację duchową, albo osobą gwałtownie poszukująca Boga. Wprawdzie zainteresowanie Starym Testamentem wydało się księdzu zdrowym i moralnym upodobaniem, które warto zweryfikować w bezpośredniej rozmowie. Może jeszcze jedna dobra dusza zostanie przyprowadzona do Boga?

- Jest Pan wierzący? – Don Pietro zapytał Henningera przy śniadaniu.

Niemiec poważnie i głęboko popatrzył mu w oczy.

- Niech ksiądz się nie obrazi, ale nie będę kłamał. Nie jestem wierzący, to znaczy nie narzucam swojego światopoglądu innym, choć szanuję przekonania religijne księdza.

Szkoda, pomyślał Don Pietro. Z jakiego więc powodu on interesuje się Starym Testamentem? To pytanie nie dawało ojcu Pietro spokoju, nawet w te nienośnie upalnie dni, na przełomie maja i czerwca, kiedy niebo staje się białe, a kamienie w wiecznym mieście parzą przy dotknięciu.

*

Pod koniec czerwca Don Pietro otrzymał list z ambasady argentyńskiej w Rzymie, że formalności zostały załatwione i w ciągu miesiąca „uciekinier” ( jak powiedziano w liście) będzie mógł się cieszyć swoją nowa argentyńską ojczyzną. Ojciec przekazał tę wiadomość panu Hennigerowi, podczas przerwy w naprawie klasztornego dachu. Niemiec pracował wówczas z włoskimi robotnikami i naprawdę prawie wcale się od nich nie różnił.

- Nie cieszy się Pan? – zapytał Don Pietro widząc na twarzy Henningera wahanie.

- Ależ bardzo! – odparł Henninger -  mój refleksyjny stan nie jest spowodowany koniecznością wyjazdu, tylko moją troską o rodzinę.

Henninger wyjaśnił, że ma dwu dorastających synów. Nie widział ich od dłuższego czasu. Zapytał też, czy mógłby liczyć na pomoc w ściągnięciu rodziny do Argentyny. Don Pietro odparł, że Jego Ekscelencja, ksiądz biskup Alois Hudal na pewno ma na uwadze los rodziny pana Heningera i że nie powinien się zamartwiać na zapas.

Rozmawiali jeszcze dwadzieścia minut. Oddanie dla rodziny, a także miłość do żony oraz mądra troska o synów zrobiły na ojcu Pietro ogromne wrażenie. Poczuł do tego skromnego Niemca sympatię. Poza tym Heninger okazał się też dość przewidywalnym konserwatystą. Cenił lojalność, wzajemnie wyznaczone przez kulturę role, na przykład żony i męża, hierarchię na miejscu pracy i prostotę rozrywek. Nie lubił natomiast hazardu, alkoholizmu i nienawidził nieobyczajnych lektur, które mogły przynieść „szkodę umysłowi”. Gdy Heninger miał już wracać do pracy, don Pietro nie mógł okiełznać ciekawości:

- Panie Heninger, chciałbym zapytać… Proszę mi wybaczyć ciekawość…Dlaczego interesuje się Pan biblią hebrajską? Zauważyłem, że pilnie czyta Pan Księgi starego Testamentu, a przecież mówił Pan, że jest niewierzący.

Niemiec popatrzył na franciszkanina z pobłażliwym politowaniem.

- Jak mam to wyjaśnić? Po prostu interesuję się nią. W mojej pracy, Biblia Hebrajska i podstawy tego języka były mi bardzo pomocne.

- W pracy? – zapytał szczerze zdziwiony Don Pietro.

- Tak – odparł flegmatycznie Niemiec – jak mam to wytłumaczyć księdzu, poznanie Biblii i podstaw języka hebrajskiego były mi pomocne w teoretycznych założeniach mojej pracy…

*

W końcu nadszedł dzień wyjazdu. Na ten dzień ksiądz biskup Hudal wystosował do Niemca prosty, uprzejmy list zapewniający go o łaskawej pamięci świętego Kościoła oraz o pomocy, jaką biskup przyrzekł rodzinie uciekiniera. Natomiast list biskupa do ojca Pietro był podziękowaniem i podkreśleniem zasług skromnego kapłana i pięknego człowieka, jak napisał Jego Ekscelencja.

Heninger i Don Pietro wsiedli do pociągu jadącego do Neapolu. Zgodnie z instrukcjami księdza biskupa Don Pietro miał wręczyć Heningerowi bilet do Argentyny dopiero przed wejściem na statek. Wtedy też Niemiec miał otrzymać paszport na nazwisko Ricardo Klement. Dopiero na statku, w oderwaniu od starego kontynentu, Niemiec miał przeistoczyć się w nowego człowieka. Biskup i ambasada argentyńska dokonali mistrzowskiego dzieła.

W pociągu ojciec Pietro doświadczył nowego, nigdy nie spotykanego w konfesjonale niepokoju, jakiegoś wszechogarniającego przeczucia, które pozostawało nieokreślone, ale mimo to dostatecznie nieprzyjemne, by wytrącić spokojne sumienie zakonnika z równowagi.

- Będzie musiał się Pan w Argentynie przyzwyczaić do swojego nowego nazwiska – próbował zagadać ksiądz.

Niemiec odwrócił od szyby twarz i spojrzał spod okularów na Don Pietra.

- Wie ksiądz, że to może być ciekawe doświadczenie. Kiedyś, wiele lat temu, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem film we fotoplastykonie w Monachium marzyłem, żeby zostać aktorem. To musi być ciekawe zajęcie. Nie sądzi ksiądz?

- Nie bardzo rozumiem…

- No, grać różne postacie, wcielać się, być kimś innym niż się jest w rzeczywistości – sprecyzował Heninger – chyba to jest najciekawsze w zawodzie aktora. No i popularność.

- A brakuje jej Panu? – zapytał ironicznie Don Pietro, nie wiedząc, że trafia w sedno.

- Wie ksiądz, chyba tak. Taką miałem pracę, mało satysfakcjonującą.

Obydwaj wiedzieli, że to ostatni dzień, jaki ze sobą spędzają. Wiedzieli też, że pociąg pędząc na południe Italii, wiózł ich po prawdę. Zakonnik doskonale zdawał sobie sprawę, że Heninger to nie jest prawdziwe nazwisko uciekiniera, a Niemiec patrząc na księdza szarymi, beznamiętnymi oczyma musiał przecież wiedzieć, że ksiądz nie jest idiotą.

Heninger patrząc w okno, w którym migał krajobraz, zaczął się żalić. Jaką to miał odpowiedzialną pracę, ile załatwiania, dzwonienia, mrówcze zbieranie danych, przepisywania ich, niekończące się podróże służbowe, niedospane noce, wrzody, jakie zaczęły się w 1943 (to wynik wstrętnego jedzenia z konserw), brak kontaktu z rodziną. W to ojciec łatwo uwierzył. Niemiec wielokrotnie wspomniał, jaka rodzina jest dla niego ważna.

- Wojna nikomu nie dała wyboru – powiedział na zakończenie.

- Amen – dodał ksiądz – teraz ma Pan szansę zacząć nowe życie.

*

W Neapolu szybko skierowali się z dworca kolejowego do portu. Mieli jeszcze pięć godzin na załatwienie wszystkich formalności związanych z wyjazdem. Heninger musiał przejść kontrolę celną. W hali biletowej portu don Pietro wręczył mu bilet i paszport. Niemiec miał kontynuować podróż do Argentyny już jako Ricardo Clement. Oczywiście nie mówił po hiszpańsku, ale Argentyńczycy zakrywali nad takimi ludźmi jak on zasłonę milczenia.

Tuż przed wejściem na trap prowadzący na pokład wielkiego liniowca o trzech kominach, Heninger nieoczekiwanie odwrócił się w stronę zakonnika.

- Chciałem księdzu podziękować. Nigdy nie zapomnę tego, co ksiądz dla mnie zrobił.

- Ale to drobiazg, herr Heninger. Ludzie powinni sobie pomagać.

- Jest ksiądz skromnym człowiekiem. Ale ja wiem, że jestem księdza dozgonnym dłużnikiem. Uważam ponadto, że ksiądz zasłużył naprawdę. Proszę mi powiedzieć, czy podejrzewał ksiądz, że Heninger to nie jest moje prawdziwe nazwisko?

- Oczywiście podejrzewałem. Ale to nigdy nie stanowiło dla mnie problemu. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

Obydwaj się uśmiechnęli.

- Ale ja chcę, żeby ksiądz znal prawdę. Naprawdę nazywam się Adolf Eichmann. Czy ksiądz może o mnie słyszał?

Don Pietro zastanowił się przez chwilę. Wzruszył ramionami.

- Przykro mi, ale nie. Eichmann to takie samo niemieckie nazwisko jak Henninger.

Eichmann zasmucił się.

- Cóż, taka moja dola. Taką miałem pracę.

Ostatnie zdanie zabrzmiało jak wyrzut. Nawet ta ostatnia rozmowa uświadomiła ojcu Pietro, że ten człowiek cierpiał na kompleks niższości. Miał wielką potrzebę afirmacji przez otoczenie. Gdy Niemiec zniknął w czeluściach statku, franciszkanin pomyślał, że dawno nie spotkał tak przeciętnego człowieka.

*

Wielkanoc 1955.

 W Wielki Czwartek do ojca Pietro na jego adres w Neroli przyszła kartka z Argentyny. Wprawdzie franciszkanin nigdy nie zapomniał o swoim niemieckim podopiecznym, ale treść kartki sprawiła mu przyjemność.

Chciałbym raz jeszcze złożyć na ręce księdza moje serdeczne podziękowania. Moja zona i  dwaj synowie są ze mną w Buenos Aires od trzech lat. Żyjemy skromnie, ale życie nie jest tutaj wcale łatwe. Urodził się nam trzeci syn. Nazwałem go na część księdza Franciszkiem. Mam wielki szacunek do księdza zakonu właśnie z powodu dobroci księdza. Nich los wynagrodzi księdzu wszystko.

E.

 

*

Jesień 1964

Don Matteo, przeor klasztoru franciszkanów z ogromna obawą wkroczył do szpitala. Ośrodek w Massa di Viaggi, przeznaczony był dla osób załamanych nerwowo i chorych psychicznie. Nigdy nie przypuszczał, że będzie musiał odwiedzać w takim miejscu swojego współbrata.

Przeor spotkał się z lekarzami. Ich diagnoza była bardzo niekorzystna. Pacjent tracił stopniowo kontakt z rzeczywistością. Jego długie okresy milczenia i braku reakcji na bodźce oznaczały, że ojciec Pietro della Franca stopniowo pogrążał się w odmętach katatonii. Lekarze powiedzieli przeorowi, że don Pietro jest człowiekiem o niebywale delikatnej konstrukcji psychicznej i jego choroba jest wynikiem ogromnego szoku, wstrząsu, jaki franciszkanin musiał przejść w ostatnim czasie. Don Matteo odpowiedział, że nic mu nie wiadomo o kryzysie psychicznym ojca Pietro. Zadeklarował chęć zobaczenia współbrata. Ojciec Pietro miał przerwę w ataku katatonii, ale zachowywał się nieprzewidywalnie.

Przeor wkroczył do celi, w jakiej przebywał ojciec Pietro. Don Mateo spojrzał na współbrata z przerażeniem. Zmierzwione włosy, podkrążone oczy, a wzrok niespokojnie błądził po ścianach w poszukiwaniu owadów, które ojciec Pietro zjadał. Tak mówili lekarze. Z tego też powodu nałożyli mu kaftan bezpieczeństwa. Don Pietro cierpiał na gwałtowną reakcję alergiczną na jad tych owadów. O mało nie stracił życie przy próbie pożarcia osy, która użądliła go latem w usta.

Na widok przeora Don Pietro odwrócił głowę i zaszczekał jak pies.  Nie rozpoznawał gościa. Na pytania ojca Mateo nie odpowiadał. Ordynator psychiatrii powiedział ze smutkiem po wizycie przeora.

- Tracimy go. On żyje w hermetycznym, zamkniętym świecie. Gdybyśmy wiedzieli o przyczynie, dla której ojciec Pietro pragnie odgrodzić się od rzeczywistości, być może moglibyśmy mu pomóc.

Przeor odpowiedział, że nic mu nie wiadomo na ten temat. Wracając do Neroli przeor zastanawiał się, jak ma wytłumaczyć się z tej sprawy przed watykańską kongregacją nauki i wiary. Szaleństwo ojca Pietro było zagadką dla postronnych, ale przeor miał pewną wiedzę, której nie mógł przekazać lekarzom. Chodziło przecież o dobro Kościoła.

*

18 października 1964 roku

Do Watykańskiej Kongregacji Nauki i Wiary

Uprzejmie informuję, że stan Ojca Pietro della Franca pogarsza się z tygodnia na tydzień. Lekarze są pewni, że jego choroba jest reakcją jego umysłu na wewnętrzny wstrząs, jakiego musiał doznać w przeszłości. Pragnę przypomnieć, że faktycznie ojciec Pietro della Franca przeżył głębokie załamanie duchowe we wrześniu 1960 roku. Kiedy z nim wówczas rozmawiałem, powiedział mi wiele niezrozumiałych rzeczy. Powiedział mi, że wypuścił diabła z klatki, że dał się zwieść ciemności. Mówił też bardzo dużo i chaotycznie o aresztowaniu Adolfa Eichmana, który teraz przebywa w Jerozolimie. Jak wiemy został aresztowany przez izraelski wywiad w Argentynie. Ojciec Pietro twierdził, że to on pomógł Eichmannowi uciec z Europy na polecenie Jego Ekscelencji Aloisa Hudala, od roku nieżyjącego sługi bożego. Mówił wówczas straszne rzeczy, że nocami słyszy jęki ludzi palonych w piecach i że wyczuwa swąd palonego ludzkiego tłuszczu. Mieliśmy już wówczas podejrzenia co do stanu umysłu ojca Pietro. Zdecydowałem się na jego hospitalizację, kiedy w święto Bożego Ciała w Rzymie, w obecności tysięcy ludzi rzucił w biskupa Hudala krucyfiksem skradzionym wcześniej z naszego klasztornego skarbca. Wyznał, że pragnął zamordować biskupa. W tej chwili lekarze określają jego stan jako ciężki. Katatonia jest trudno wyleczalna. Polecamy zatem modlitwie ojca Pietro.

Z szacunkiem

Mateo Giulietti, przeor

Opublikowano antysemityzm, Holokaust, II Wojna Światowa, Literatura, literatura historyczna, Niemcy, Opowiadanie, śmierć, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Jörg Baberowski, Stalin – Terror absolutny, tłum. Urszula Poprawska, wyd. Prószyński i Ska, Warszawa 2014

Stalin

Mogłoby się wydawać, że o Stalinie napisano już wszystko, lub prawie wszystko. Od czasu kiedy Dmitrij Wołkogonow opublikował trzy biografie stanowiące podstawę historiografii okresu poradzieckiego, a dotyczące Lenina, Stalina i Trockiego minęło dwadzieścia bez mała lat. Warto wymienić ważne książki Simona Sebaga Montefiore traktującą o dyktatorze i jego czerwonym dworze, a także Edwarda Radzińskiego, czy ukraińskiego historyka Olega Khlevniuka. Do tego szacownego grona dołączył także profesor historii Uniwersytetu Humboldta w Berlinie, Jörg Baberowski, którego najnowszą książkę o sowieckim dyktatorze wydało u nas w Polsce Wydawnictwo Prószyński i Ska.

Czym różni się książka niemieckiego historyka od innych? Otóż za punkt wyjścia Baberowski uznał paranoję dyktatora. Wyjaśniam, że książka nie stanowi biografii w pierwszym podstawowym znaczeniu. Odwołując się do Carla Schmidta i opisując Rosję po rewolucji październikowej i wojnie domowej jako doświadczenie niekończącego się stanu wyjątkowego będącego kluczem do zdobycia władzy, książka „Stalin – terror absolutny” Baberowskiego jest przede wszystkim błyskotliwą analizą mechanizmów państwa totalitarnego, które swoje źródło u umocowanie w sowieckiej rzeczywistości, mają przede wszystkim w paranoicznej osobowości dyktatora.

Książkę rozpoczyna bardzo ciekawy metodologiczny wstęp dający przegląd aktualnego stanu historiografii. Pozwolę sobie tutaj na uwagę, że książka Baberowskiego docenia wkład w dyskusję na przykład historyków – post-rewizjonistów (szczególnie Sheili Fitzpatrick), ale podchodzi do stalinowskiego świata z perspektywy, która wydaje się najwłaściwsza. Otóż według Baberowskiego stalinizm był dyktaturą podporządkowania, która w wojnie skierowanej przeciwko ludności i narodom Związku Radzieckiego przekroczyła wszelkie granice rozsądku i logiki. Tylko w atmosferze wszechobecnego strachu, Stalin mógł zrealizować swe pragnienie władzy niczym nieograniczonej i dać upust przyjemności, jaką czerpał z zadawania śmierci i cierpienia innym ludziom. Tak więc Stalin nie był żadnym szaleńcem, ale jako osoba był patologicznym mordercą, traktującym wszystkich w sposób utylitarny. Był sadystą, dla którego zabijanie stawało się metodą życia.

Punktem zbieżności Baberowskiego i historyków post-rewizjonistycznych jest stalinowski nowy człowiek. Różnica tkwi jednak w podejściu: dla Baberowskiego tym nowym człowiekiem jest donosiciel, a nie robotnik, przodownik pracy. Z innymi poglądami Baberowskiego można polemizować. Twierdzi on na przykład, że państwo stalinowskie było państwem słabym, a ustrój Związku Radzieckiego był despotyczną dyktaturą, która nie mogła zrealizować ambitnych zamierzeń, jakie przed sobą postawiła. Inną kwestią jest to, że atmosfera paranoicznego strachu, oraz utrzymywany przez Stalina stan zagrożenia, prawdziwej i krwawej wojny przeciwko wrogom rewolucji i samego wodza stworzyła sytuację, w której Związek Radziecki mógł się przeciwstawić III Rzeszy w chwili ataku w 1941 roku, mimo początkowych miesięcy katastrofalnych porażek.

Książka Baberowskiego została podzielona na sześć rozdziałów, z których każdy zakomponowano tak, by ukazać motywację i paranoiczny lęk Stalina. Oczywiście przeradzał się on w terror dotykający wszystkich obywateli sowieckich. W przeciwieństwie do książek post-rewizjonistów (Izaak Deutscher, Sheila Fitzpatrick) system sowiecki jest odgórnie narzuconą dyktaturą. Władza absolutna, a do takiej dążył Stalin, nie stanowi drogi do zdobycia określonych celów gospodarczych, czy społecznych (jak chcą post-rewizjoniści), ale jest celem samym w sobie. Już Arthur Koestler  zauważył, że partia bolszewicka nie głosiła żadnych prawd już sprawdzonych, ale te, które sama uznawała za prawdę. Tak więc wrogiem, który nie rozumie prawdy partii, mógł stać się każdy.

Uważa się, że za Stalina Związek Radziecki rządzony był przez klasę biurokratów. O ile można tak powiedzieć o Związku Radzieckim w czasach Breżniewa, o tyle w odniesieniu do czasów stalinowskich Jorg Baberowski akcentuje przede wszystkim układ klient – patron, który należy rozumieć nie w kategoriach feudalnych, ale kryminogennych. Taki układ przypominał układ mafijny. Lokalni przywódcy partyjni żyli i używali życia dopóki któryś z ich klientów nie doniósł wyżej. Nad nimi wszystkimi, nawet nad policją polityczną GPU, która w 1934 została przemianowana na NKVD, stał Stalin, który kontrolował wszystko dzięki strachowi. Gdzieś koło 1935-1936, a więc jeszcze przed apogeum czystki, nikt już nie śmiał zapytać, czy to, co robi Stalin, ma choćby pozory legalności.

Książka Baberowskiego stawia niektóre ofiary Stalina na równi z nim. Trocki, to nie intelektualny, odtrącony geniusz rewolucji, tylko brutalny i bezlitosny twórca terroru wojny domowej; tak jak krwawy Jeżow, Jagoda, czy polski szlachcic Feliks Dzierżyński. Baberowski jest bezkompromisowy wobec różnych przejawów życia w państwie sowieckim, stąd też liczni w Niemczech dzisiaj przedstawiciele skrajnej, trockistowskiej lewicy bardzo go nie lubią. Baberowski był wielokrotnie atakowany przez nich w Berlinie i na różnych sympozjach naukowych. Jego książka jest niezwykle ważną w historiografii ostatnich lat dotycząca Stalina. Przede wszystkim ukazuje nowy, kontekst, z perspektywy samego dyktatora, który był centralnym punktem odniesienia tego straszliwego reżymu.

Opublikowano biografia, komunizm, rewolucja, Rosja, socjalizm, Stalin, Stalingrad, terroryzm, totalitaryzm, Wielki Głód, wojna, Związek Radziecki | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Philip Short, Pol-Pot. Pola śmierci, wyd. Prószyński i Ska, Warszawa 2016

Pola  śmierci

Do dziś pamiętam scenę ze znakomitego filmu Rolanda Joffe „Pola śmierci” z roku 1984. Bohater filmu, kambodżański współpracownik New York Timesa, Dith Pran ucieka z obozu Czerwonych Khmerów. Mężczyzna wychodzi z dżungli i wpada na pole ryżowe zalane wodą. Po chwili grzęznąc w brei wpada do dołu, w którym gniją ludzkie szczątki. Rozgląda się przerażony. Znajduje się wśród setek gnijących trupów. Nikt nie zliczyłby ile. Tysiące. Tytuł tego filmu został dodany przez polskiego wydawcę znakomitej książki brytyjskiego dziennikarza Philipa Shorta zajmującego się problematyką Indochin, choć oryginalny tytuł wydanej po raz pierwszy książki Brytyjczyka w roku 2004 brzmi „Anatomy of nightmare”, co chyba lepiej ukazuje, czym jest biografia Pol-Pota. Uważam, że dobrze się stało, że polski czytelnik otrzymuje wreszcie tę arcyciekawą i znakomicie napisaną książkę, bardzo dobrze przetłumaczoną przez Sebastiana Szymańskiego. Konstrukcja jest klasyczna i oparta na wewnętrznych metaforach stanowiących tytuły rozdziałów.

Uwaga metodyczna – to nie jest biografia w stylu „największych osiągnięć polskiej biografistyki”, pozwalam sobie tutaj na małą złośliwość pod adresem polskich historyków. Świadomie na tym blogu lansuję tezę, że historiografia anglosaska jest na znacznie wyższym poziomie literackim od polskiej. To książka, która jest biografią, a zarazem  panoramą epoki i najgłębszą analizą złowrogiego fenomenu jakim był reżym Czerwonych Khmerów, jaką w życiu czytałem. Jest opowieścią przede wszystkim osadzoną w szerokim spektrum różnych źródeł – od źródeł wywołanych jak wywiad, po prasę, zapiski, pamiętniki i mnóstwo zapisanych relacji świadków, którzy dzięki umiejętnościom pisarskim Philipa Shorta dały obraz historyczny i zarazem literacki niezwykłej, kontrastującej głębi.

Książka Shorta daje doskonały obraz intelektualnej drogi Saloth Sara, tak bowiem nazywał się Pol-Pot naprawdę, który z emigranta i nauczyciela stał się masowym mordercą własnego narodu. Przede wszystkim doskonale kreśli kręgi komunistycznej inteligencji Paryża lat pięćdziesiątych  i sześćdziesiątych dwudziestego wieku, z którymi to Pol-Pot utrzymywał liczne i bogate kontakty intelektualne. W owym czasie studiował w Paryżu marksizm, w różnych jego wersjach, jednak jego podejście miało charakter nieortodoksyjny, jeżeli za marksistowską ortodoksę uznamy marksizm-leninizm w wersji radzieckiej.  Sadzę, że komunistyczne kręgi Paryża, w tym Jean Paul Sartre stworzyły człowieka, który w owym czasie rozważał, jak implementować komunizm w swoim własnym kraju. To jest fundamentalny fakt, który umyka szerokim kręgom lewicy w zachodniej Europie. Drugim biegunem, z którego Pol-Pot zaczerpnął, była chińska wersja komunizmu po paroksyzmach Wielkiego Skoku Naprzód i Rewolucji Kulturalnej, czyli maozim. Po powrocie do Kambodży Saloth Sar poszedł na kilka lat do lasu organizując partyzantkę.

Gdy wyszedł z tego lasu, był już Pol-Potem (Czerwoni Khmerowie rytualnie zmieniali nazwiska), gotowym do przeobrażenia Kambodży w najbardziej rewolucyjny reżym komunistyczny w historii człowieka. Koncepcja roku zerowego zaczęła się realizować, w chwili gdy w kwietniu 1975 roku, Czerwoni Khmerzy zdobyli stolicę kraju, Pnom-Penh. Słówko o społecznej bazie Pol-Pota. Rekrutował on swoich okrutnych żołnierzy spośród niepiśmiennych ludzi ze wsi kambodżańskiej, często wykorzystywał jako żołnierzy dzieci, gotowe na wszelkie rozkazy, poddane całkowitemu praniu mózgu.

Zaczęli od wyrzucenia wszystkich mieszkańców miasta. Z Pnom-Penh do karnych obozów pracy, zwanych obozami reedukacyjnymi, pognano dwa miliony ludzi. Czerwonych Khmerów nie obchodziło, czy w marszu idą pięcioletnie dzieci, czy osiemdziesięcioletni starcy. Miasto było w koncepcji roku zerowego zupełnie niepotrzebne. Generowało całe zło – luksus, rozpustę, hazard, kapitalizm i pieniądze. Czerwoni Khmerzy nie byli świadomi wartości pieniędzy, ponieważ pochodzili ze świata, gdzie pieniądze nie istniały. Po prostu wyrzucali je z banków do śmieci. Całe życie – według Pol-Pota  – powinno ogniskować się na wsi, która dzięki natychmiastowemu wprowadzeniu komunizmu w życie, miała stać się laboratorium ludzkości, samowystarczalna, żyjąca w idealnym porządku, wykorzystująca wszystko dla rewolucji. Proszę zauważyć, że w klasycznej koncepcji Lenina, do komunizmu należało dopiero dojść. Sam wódz rewolucji uważał za słuszne sprezentować Rosji NEP po wojnie domowej, ale NEP nigdy nie był demokracją, tylko brutalną dyktaturą zapewniającą istnienie minimum kapitalistycznego rynku, żeby ludzie w Rosji z głodu nie umarli.

Philip Short poświęca dużo uwagi temu, jak natychmiast wprowadzono komunizm w życie. Zlikwidowano pieniądze, natychmiast i bezpowrotnie. Zlikwidowano szkoły, uniwersytety, jako zbyteczne. Wszyscy mieli pracować na rzecz wszystkich, zlikwidowano własność prywatną, religię i buddyjskie klasztory poddano najsurowszym represjom (do 1979 miał nie przeżyć ani jeden buddyjski mnich). Jak to w praktyce wyglądało? Na przykład wyobrażacie sobie państwo natychmiastowe zasadzenie pola ryżu na wybetonowanym placu? Okazało się, że w „Demokratycznej Kampuczy” można. Dlaczego daję Państwu tak absurdalny przykład? Ponieważ można zrozumieć myślenie rewolucyjne Pol-Pota.

Dla Pol-Pota, odwrotnie niż dla Lenina, rewolucja stanowiła ciągle i nie kończące się continuum. Ta rewolucyjna ciągłość rozumiana jako brutalne przemodelowanie ustroju społecznego, nie liczące się z rzeczywistością i ludźmi, jest cechą unikatową reżymu Czerwonych Khmerów. Na przykład Czerwoni Khmerzy nie mogli pojąć dlaczego niektóre warzywa nie chcą rosnąć, ponieważ przyjmowali świat jako jednorodną całość, w której są takie same prawa. Skoro ryż rośnie na poletku ryżowym zalanym wodą, to z boiska też można zrobić poletko ryżowe, wykopać dół, nalać gówna, dolać wody, siana i już. Prostota Czerwonych Khmerów oznaczała anty-intelektualizm. Jeżeli ryż nie rośnie, oznacza to, że ktoś nie wykonał tej prostoty, jako że społeczeństwo Kambodży pełne jest zdrajców, wrogów, tych najgorszych, bo ukrytych. A to wprost doprowadziło do paranoi. 

Pisanie i czytanie uznano za zbędne w ustroju komunistycznym, a znajomość języków obcych, okulary lub delikatne dłonie wskazywały na „wroga ludu”, którego natychmiast należy poddać egzekucji. Z uwagi na fakt, że w koncepcji Roku Zerowego świat i cała materia musi służyć rewolucji, ciało zabitego wroga, również musi służyć rewolucji. JAK? Na przykład ciałem zabitego wroga można użyźnić pole ryżowe, żeby odżywcze substancje z ludzkiego ciała przeniknęły do gleby, można ciało takiego wroga dać na pożarcie świniom, które staną się tłustsze i grubsze i dadzą społeczeństwu rewolucyjnemu więcej mięsa. Frank Dikötter w swojej znakomitej książce o pladze głodu Mao znalazł dowody, że chińscy notable partyjni średniego szczebla wpadli na pomysł, by ciała ludzkie wykorzystać jako pożywienie, ale w Kambodży Pol-Pota komunizm poszedł o krok dalej: ciało ludzkie jako nawóz wtórny i pasza dla świń. Stąd Pola Śmierci, sygnalizowane w polskim tytule. Ciała pomordowanych wyrzucano jako nawóz na pola uprawne.  

Oczywiście Pol-Pot zdawał sobie sprawę, że nie ma wyników, że wiejskie komuny, które tak zachwyciły go w Chinach, nie przynoszą deklarowanego przychodu, nie generują żywności. W myśl rewolucyjnej zasady odpowiedzialni byli za to, ci którzy pamiętali Kambodżę przedrewolucyjną. Zlikwidowano każdego, kto nosił okulary, miał wyższe wykształcenie, lub mówił w językach obcych. Ale to było mało. Pol-Pot zakazał zatem wszelkich, nawet werbalnych, form indywidualizmu – zrezygnowano z imion i nazwisk, zrezygnowano ze wszelkich form miłości, zawierania małżeństw. Ludzie mieli dbać o przyrost naturalny w sposób pozbawiony indywidualizmu -  prokreacja tylko z osobami wskazanymi przez partię. Kobieta rodziła dziecko i oddawała je do kolektywnego wychowania. Nikt miał już nie znać swoich rodziców i dziadków – bo w myśl Roku Zerowego, miały zniknąć wszystkie indywidualne wybory ludzkie, jako sprzeczne z komunizmem. To nawet dalej niż „Rok 1984″ Orwella. Ludzie musieli się wyrzec swojej podstawowej tożsamości i opozycji „ja- świat”, i zastąpić go kolektywnym „my”. Nawet z języka wyrzucono wszystkie słowa wskazujące na emocje – słowa „piękny”, „cudowny” okazywały się kontrrewolucyjne. Jest w tym jakaś ironiczny ukłon w stronę Robespierre`a, który zamienił kalendarz gregoriański na rewolucyjny.

Rządy Czerwonych Khmerów trwały w Kambodży cztery lata. Trudno nazwać je inaczej niż tylko latami, w których  Kambodża stałą się obozem koncentracyjnym. Szczególną nienawiść Czerwonych Khmerów budziła także mniejszość wietnamska. Pol-Pot nazywał ich „wietnamskimi duchami w kambodżańskich ciałach” i nakazał eksterminację. Rok 1979 okazał się przełomowy. W tym roku Chiny Deng Xiaopinga zaatakowały Wietnam i tak też uczyniła Demokratyczna Kampucza. O tej zapomnianej wojnie mało kto na Zachodzie wie. Wojska wietnamskie złoiły Chińczyków i rozbiły w trzy tygodnie wojska CZERWONYCH KHMERÓW sytuując się w Pnom-Penh , które z dwumilionowego miasta zamieniło się w dwudziestotysięczną wieś. Ironia, że jeden czerwony reżym zlikwidował inny. 

Upadek roku 1979 nie oznaczał końca Czerwonych Khmerów. Wspierani na granicy Kambodży i Laosu i Wietnamu przez Amerykanów – tak, tak Wuj Sam przekazał im od 1979 po ich upadek na początku lat dziewięćdziesiątych wiele milionów dolarów na zakup broni. Walczyli oni z Wietnamem, wrogiem Ameryki. Pol-Pot jeszcze mordował przybyszów w dżungli w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, niczym bohater powieści „Jądro ciemności” zamienił się w szalonego, złego króla zaszytego w nieprzebytej dżungli. Zmarł w 1998 roku w wyniku puczu.

Pol-Pot wymordował,  (jednak nie intencjonalnie, do końca utrzymywał, że ofiary były konieczne i że sumienie ma czyste), najprawdopodobniej 1/4 lub 1/3 całej populacji Kambodży, czyli najprawdopodobniej około 2,5-3 miliony ludzi, ale w stosunku do całej populacji, jaką rządził jest to ludobójstwo unikatowe, wynikające z teoretycznych założeń, jakie wyniósł z paryskiej szkoły marksizmu i z doświadczeń maoistowskich. 

Książka Philipa Shorta jest znakomitym studium totalitarnej paranoi, ale zarazem opowieścią o Kambodży. Jest książką, w której autor pozwala mówić świadkom historii. Jest pozycją konieczną dla wszystkich politologów, historyków, ludzi pragnących zgłębić meandry polityki dwudziestego wieku, inkubatora totalitaryzmu. Jest książką przerażającą, od której posępnego charakteru trudno się uwolnić po skończonej lekturze.

 

 

Opublikowano biografia, Chiny, ChRL, Czerwoni Khmerzy, Kambodża, komunizm, Mao, recenzja, rewolucja, socjalizm, totalitaryzm | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

Mistrzostwa Europy, czyli o pojedynkach piłkarskich i nie tylko

Czytelniku,

Jak sięgam pamięcią mistrzostwa w piłce nożnej z regularnością co dwa lata wytrącają mnie z pewnego utartego rytmu. Dziś po meczy Francja- Niemcy mam wrażenie, że piłkarskie pojedynki tych dwu krajów nie straciły wiele na ostrości sportowej walki, ale zdecydowanie ubyło w nich coś, co pozostaje na przykład w meczach Polska-Niemcy, jakiś poza boiskowy, poza sportowy sens naddany przez tych, którzy śledzą zmagania dwudziestu dwu facetów na boisku. Gary Lineker, znakomity kiedyś angielski napastnik, który w karnych nie mylił się nigdy, powiedział, że piłka nożna to gra dwudziestu dwu facetów, a i tak na końcu zawsze wygrywają Niemcy. JEDNAK w zmaganiach o Puchar Henri Delaunaya nie zawsze tak było. Francja miała najwspanialszy turniej o mistrzostwo Europy w 1984 roku u siebie. Platini zdobył wtedy 9 goli. Najlepszy mecz odbył się na stadionie w MARSYLII, gdzie stanęły naprzeciw siebie Francja i Portugalia. Tak, teraz będzie mecz o jeszcze wyższą stawkę w finale Euro 2016.

Niemcy faktycznie wiele wygrali i przegrywali na różnych mistrzostwach Europy. Ja pamiętam półfinał na stadionie olimpijskim w Monachium podczas Euro 1988. Oglądałem wtedy mecz na telewizorze marki Rubin (kto pamięta PRL, wie co to znaczy). Pierwsza połowa to boksowanie. Karny za karny, 1:1. W drugiej połowie jakież emocje i na trzy minuty przed końcem cudowny wślizg van Bastena, który ucieszył dziesiątki tysięcy Holandrów, którzy przyjechali wówczas na półfinał w nadziei na to, że młoda drużyna Rinusa Michelsa odegra się Niemcom za przegrany finał na tym samym stadionie w mistrzostwach świata 1974 roku. Dziś, 7 lipca 2016 roku Niemcy przegrali półfinał z Francją, ale podobnie bezradnych Niemców widziałem tylko raz. W 1992 roku na stadionie w Göteborgu odbył się finał Euro 1992, gdzie Niemcy, mistrzowie świata z roku 1990, spotkali się z Danią, drużyną z fenomenalnym bramkarzem Peterem Schmeichelem, młodym Michaelem Laudrupem. Dania zagrała w tych mistrzostwach tylko dlatego, że wyrzucono z turnieju Jugosławię za karą za wojnę, jaka już toczyła się na Bałkanach. Dania rozbiła Niemców w fenomenalnym stylu zyskując puchar. Cieszyłem się wówczas jak nigdy.

W pojedynkach francusko- niemieckich, które zahaczały przede wszystkim o mistrzostwa świata było kilka niezwykle dramatycznych meczów. W półfinale mundialu w Hiszpanii w 1982 roku Niemcy spotkali się z Francją w półfinale. W normalnym czasie było 1:1, ale w dogrywce Francuzi zerwali się do szaleńczego ataku i strzelili Niemcom dwa gole, zrobiło się 3:1 i Francja była o krok od finału. Potem Karl-Heinz Rummenige  poderwał Niemców i na pięć minut przed końcem zrobiło się 3:3. Jeszcze przed karnymi francuski napastnik Patrick Battisone wyszedł z piłką w sytuacji sam na sam ze znakomitym niemieckim bramkarzem Haraldem Schumacherem, który brutalnie go sfaulował. Battisone trafił do szpitala, a niemiecki bramkarz, który powinien był otrzymać czerwoną kartkę wspaniale bronił rzuty karne i Niemcy zagrali w finale ulegając Włochom 1:3 na Santiago Bernabeu w Madrycie. We Francji nazywano Schumachera sadystą, gestapowcem, mordercą… Zresztą sami zobaczcie: http://eurosport.onet.pl/mundial-2014/harald-schumacher-kontra-patrick-battiston-niekonczaca-sie-opowiesc/rjmdb

Do rewanżu doszło w 1986 roku, też w półfinale, na stadionie w Gudalajarze w Meksyku. W palącym słońcu Niemcy zgnietli Francję Platiniego strzelając dwa gole. Pierwszego po mocnym rzucie wolnym strzelił Andreas Brehme (ten sam, który pogrąży z karnego Argentynę na Stadio Olimpico w Rzymie w roku 1990), drugiego dołożył Voeller. Francja zagrała wcześniej w ćwierćfinale z Brazylią najlepszy mecz turnieju eliminując canarinhos po rzutach karnych. Nota bene własnie na tych mistrzostwach świata w roku 1986 Polska reprezentacja o raz ostatni zagrała wychodząc z grupy. Antoni Piechniczek, trener biało-czerwonych powiedział wówczas, że Polska nie zagra na turnieju przez 20 lat. Niewiele się pomylił.

Polacy w turnieju w roku 2016 we Francji dali nam niesamowitą radość. To zdolne pokolenie Piszczka, Błaszczykowskiego, Lewandowskiego (który jest bez dwu zdań jednym z najlepszych napastników świata), Fabiańskiego dało nam przedsmak tego, czym żyli i zachwycali się nasi dziadkowie i rodzice w latach 1974 i 1982 (szczególnie wtedy, ponieważ u nas trwał siermiężny stan wojenny Jaruzelskiego). Nie chce oceniać, bo nie mnie oceniać. Sądzę, że Adam Nawałka stworzył naprawdę zespół, który tylko przez jeden karny w meczu z Portugalią nie zagrał w finale. (Nie mam złudzeń, ze Polska pokonałaby Walię, gdyby to Christiano Ronaldo pomylił się w karnych a nie Kuba). W ogóle uważam, że Kuba Błaszczykowski jest naszym wielkim bohaterem. Strzelił dwie bramki na tym turnieju, a nie tacy jak on nie trafiali jedenastek i to w decydujących momentach.

Karnego nie strzelił Marco van Basten w półfinale z Danią w 1992 roku, karnego nie strzelali jak z nut Anglicy – w 1990 roku w półfinale z Niemcami w mistrzostwach świata i w kolejnym półfinale Euro 1996 na Wembley. Też lepsi w wykonywaniu jedenastek byli Niemcy. W ogóle Niemcy w karnych mają zadziwiającą skuteczność. Wygrali we wszystkich karnych, w których musieli brać udział poza jednym razem, w finale Euro 1976 przegrali po karnych, wówczas mistrzami Europy została Czechosłowacja, a decydujący karny strzelony przez Antonina Panenkę do dziś uchodzi za styl „a la Panenka” (https://www.youtube.com/watch?v=D5UrbLym4oE ) Niemcy wygrywali karne nawet w tych kuriozalnych zawodach jak te strzelane kilka dni temu w ćwierćfinale z Włochami w Euro 2016. Karnego nie strzelił Maradona, Messi, i inni wielcy piłkarze, w tym Holendrzy na swoich mistrzostwach w roku 2000 w półfinale z Włochami. To jest traumatyczne przeżycie – nie strzelić i twoja ukochana drużyna musi odpaść. To jest okrutny sposób rozstrzygania karnych, ale nikt nie wymyślił nic lepszego.

Które mistrzostwa Europy zapamiętam jako najbardziej radosne, udane? Mam w myśli dwa turnieje:  Euro 1992, duński dynamit, bramki Duńczyków pogrążające wówczas Francję, Holandię i Niemców w finale. To były mistrzostwa, które zapamiętałem najbardziej. Pamiętam dosłownie każdy mecz. Nie potrafię dziś po latach wytłumaczyć tego entuzjazmu, jaki mi wtedy się udzielił. Miałem wówczas 13 lat. Drugi turniej – w 2008 na boiskach Szwajcarii i Austrii, pewnie dlatego że wówczas zrodziła się na turnieju rangi mistrzowskiej ekipa tiki-taki, genialnego pokolenia Hiszpanów, który po raz pierwszy po tryumfu poprowadził Luis Aragonez. To niesamowite, ale piłkarzem – chyba jedynym – który strzelił bramki w dwu finałach z rzędu w 2008 i 2012 był dziś piłkarz Atletico Madryt – Fernando Torres „El Nino”.

NIKT poza nim tego nie dokonał. Czego mogę sobie życzyć w finale? Naprawdę dobrej piłki! Mam nadzieję, że bohaterem finału będzie Antoine Greizmann, grający trochę jak Torres, nota bene jego kolega z drużyny, Atletico Madryt, mojej ulubionej hiszpańskiej drużyny.

Opublikowano Euro 2016, mundial, piłka nożna | Otagowano , , , , | Skomentuj