św. Idiota według Fiodora Dostojewskiego, reż. Janusz Opryński, Teatr Polski w Bielsku-Białej

Czytelniku,

Proza Fiodora Dostojewskiego, ów klasyczny niezbędnik intelektualisty, jest trudna w teatralnej inscenizacji. Jedną taką znam, jest naprawdę wspaniale wyreżyserowana i zagrana przez krakowskich aktorów Teatru Stu. Mówię o „Biesach” w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego, wspaniałym spektaklu przy akompaniamencie prawdziwego chóru prawosławnego. W Teatrze Polskim w Bielsku-Białej rzucono takiemu odczytaniu prozy Dostojewskiego wyzwanie. Zadania przełożenia innej wielkiej powieści rosyjskiego mistrza psychologicznych niuansów podjął się Janusz Opryński, który tytuł „św. Idiota” zaczerpnął z książki Cezarego Wodzińskiego.

Przekładając taką powieść na język teatru należy dokonać pewnego skrótu, to oczywiste. Spektakl bielski trwa prawie trzy godziny, które przedzielono jednym dwudziestominutowym antraktem. Na początek ważna uwaga – spektakl jest trudny w odbiorze dla osoby nie znającej prozy Dostojewskiego. W moich czasach w Liceum Ogólnokształcącym im. Kopernika w Bielsku Białej przeczytanie wszystkich wielkich powieści Rosjanina stanowił punkt honoru, a jeszcze bardziej honorowe było prowadzenie dyskusji na tematy Stawrogina, czy księcia Myszkina. Mam wrażenie, że młodzież dziś ma inne punkty odniesienia.

Spektakl otwiera scena z pociągu, w której książę Myszkin wracający ze Szwajcarii, gdzie się leczył poznaje Rogozina (jego złe alter ego) oraz aferzystę Lebiediewa. Jak ta scena została rozwiązana inscenizacyjnie, nie powiem, żeby nie zepsuć wrażenia. Jest to spore zaskoczenie dla publiczności. Główną rolę gra bardzo dobry aktor Rafał Sawicki znany bielskiej publiczności z lżejszego repertuaru musicalowego. Jednak dość dobrze sprawdza się w roli dramatycznej. Ma wyraźny głos, dobrze wypowiada kwestie. Jednak na tle innych aktorów widz ma wrażenie pewnego dysonansu. Nie rozumiem dlaczego część kwestii dialogowych jest wykrzykiwana, bez zastanowienia, jak gdyby aktorom brakowało środków wyrazu scenicznego. Spektakle zawiera dość odważne sceny obyczajowe, stąd jest przeznaczony dla widzów powyżej 16 roku życia.

Idiota z założenia miał być opowieścią o Inności, świętej jurodliwości, tak głęboko wpisanej do mentalności rosyjskiej i choć kto jak kto, ale Polak potrafi duszę rosyjską zrozumieć (przykładem jest Andrzej Drawicz i jego fenomenalny przekład Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa), ale przesłanie spektaklu utonęło w rozmyciu dramaturgii. Pierwszy akt jest bardzo dynamiczny, a kilka scen, naprawdę świetnie zagranych (na przykład jakież napięcie jest w scenie palenia stu tysięcy rubli). Reżyserowi udało się przemycić także ciekawe pomysły odnoszące się do dzisiejszego moral virtue. Rozebrana do naga Nastazja Filipowna ( w tej roli Oriana Sojka) jest naprawdę piękna i z pewnością poruszyło to niejedne męskie i kobiece serce na widowni. Scena ta, w której kobieta otoczona przez mężczyzn, rozbierająca się do naga, niczym św. Franciszek z Asyżu przed swoim ojcem Piotrem Bernardone i całym miastem sugeruje wyraźnie feministyczny przekaz: wciąż żyjemy w świecie mężczyzn, a kobieta jest w w zasadzie sprowadzana do swojej seksualności.

Jednak drugi akt jest wyraźnie słabszy. Zabrakło owych świeżych pomysłów. Zwłaszcza, ze uaktywnił się Hipolit Terentiew (w tej roli Grzegorz Margas) hipochondryk i niedoszły samobójca. Aktorzy zaczynają na siebie krzyczeć i widz ma wrażenie sztuczności tych zabiegów. To nie jest prawdziwe, a przecież magia teatru polega na tym, że mamy uwierzyć w grę aktorską i przeżyć katharsis. W drugim akcie zrobiły się nieznośne dłużyzny. W zasadzie dobrze wypadają tylko jak zwykle świetny Kazimierz Czapla w roli generała Iwołgina, czy Grzegorz Sroka w roli Jepanczyna. Z całym szacunkiem panie niestety wypadają słabiej. Ten sam zestaw trików aktorskich jak w lekkiej komedii o zakochanych. Ale Dostojewski to niestety nie jest komedia.

Ogólnie spektakl jest ciekawie zainscenizowany; w tym choreografia operująca zdjęciami wyświetlanymi z projektora, ale zabrakło twórcom spektaklu pomysłu na akt drugi. Nie poradzono sobie z wielowątkowością powieści Dostojewskiego, którą należało skrócić wyłącznie do losów Myszkina. Spektakl zyskałby na dramaturgii. Należy pochwalić próbę inscenizacji Dostojewskiego w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej, ale raczej drugi raz nie pójdę na to przedstawienie, nawet dla Oriany Sojki (bo wówczas wyszłaby ze mnie męska szowinistyczna św….i to nie jest to słowo poprzedzające tytułowego św. Idiotę).

O spektaklu tutaj: http://teatr.bielsko.pl/spektakl/sw-idiota

Opublikowano kultura, Literatura, recenzja, Rosja, teatr | Otagowano , , , , , | Skomentuj

„TO”, na podstawie Stephena Kinga, reż. Andres Muschietti (oraz obrazoburcza refleksja o powieści)

10626_1.7

Czytelniku,

Proza Stephena Kinga z pozoru wydaje się doskonałym tworzywem na fabuły filmowe. Jednak po dogłębnym przyjrzeniu się jednemu z najsłynniejszych utworów pisarza, dochodzę do wniosku, że niemożliwe jest stworzenie filmowego arcydzieła z gatunku grozy, jeśli film ma być wierną adaptacją książki „To” Kinga. Przyczyna tkwi nie w filmie , ale w samym Kingu. Ale wyjaśnię to poniżej. Zdaję sobie sprawę, że istnieje liczne grono czytelników i wielbicieli pisarza i z pewnością mój krytyczny wpis może spotkać się ze sprzeciwem. Przyznaję się – nie cenię dosłowności horrorów Kinga, ponieważ jestem sceptycznym konserwatywnym liberałem i nie wierzę w duchy, strachy, strzygi i tym podobne idiotyzmy.

Jednak Andres Muschetti zdecydował się nakręcić wtórny film (przed 27 laty powstałą już ekranizacja powieści), który jednak serwuje danie dość strawne do pewnego momentu. Z uwagi na fakt, że wypowiadam się jednocześnie o filmie i książce, muszę przyznać, że pod względem aktorskim, „To” AD 2017 jest pierwszorzędnie zrobione. Gra dzieciaków płynna i autentyczna. Duży podziw budzi dojrzałość nastoletnich aktorów – jąkały Billa (Jeaden Lieberher), hipochondryka Eddiego ( świetny Jack Grazer), czy Beverly (Sophia Lillis) w scenach, które wymagały pewnej odwagi, ukazaniu słabości, czy niezgulstwa.

Słabość „To” Kinga - przyznaję, że nie byłem w stanie przebrnąć przez obsesyjnie rozwlekłe 1000 stron powieści – wynika z koncepcji Zła, jako istoty zewnętrznej w stosunku do świata, dla którego ma być jakąś metaforą. Immanencja tego Zła jest nieudana, ponieważ King ma tendencję do irytującego dydaktyzmu. Oczywiście u Kinga kontekst społeczny końca lat osiemdziesiątych jest dość dobrze zarysowany – są to napięcia rasowe, nietolerancja wobec mniejszości seksualnych, kult macho, przemoc wobec kobiet i zwierząt. Po prostu słabością intelektualną tej książki jest dosłowny kicz…. zła pajęczyca z kosmosu, która okazuje się być „TYM”. Tysiąc stron, by na końcu dać coś tak niepoważnego, jako wyjaśnienie mrożącej krew w żyłach historii. Ja tego nie kupuję. To jest kpina z czytelnika. 

„TO” w reżyserii Muschiettiego jest jednak opowieścią o dojrzewaniu. Świetne są sceny z dzieciakami oraz chłopięcego napięcia jakiego nawzajem udzielają sobie rówieśnicy podkochujący się w American dream girl, jaką jest Beverly. Wszyscy przecież chodziliśmy kiedyś do szkoły i podkochiwaliśmy się w jakiejś Beverly jako dzieciaki. To jest autentyczne w tym filmie. Tylko to. Ta sama Beverly nosi w sobie rysę, naznaczenie – jest wszak ofiarą molestowania. Ale w filmie jej dramat nie wybrzmiał tak dobrze jak nienawiść do kobiet w pierwszej części „Millenium” Larssonna. Widać, że scenarzyści (Gary Douberman, Chase Palmer) próbowali ratować społeczny wymiar filmu, jednak rasizm, czy molestowanie nie zostało mocno wyartykułowane. Jest jedynie zasygnalizowane. I tak ma się z innymi wątkami filmu. Na przykład świetna jest scena otwierająca, kiedy George w padającym deszczu próbuje gonić stateczek i natrafia na Pennywise`a w kanale ściekowym. To jest chyba najlepsza scena filmu, rzeczywiście pełna grozy i tajemnicy. Cierpienie dziecka z odgryzioną rączką. Potem jest już gorzej.

To zarzucam Kingowi – w miejsce tajemnicy otaczającej klauna jest kicz. Bo groza jest pochodną tajemnicy, jak pisze o istocie Zła święta Teresa z Awila. Zło w swej istocie jest mimetyczne, małpuje bowiem Boga. Jednak nawet oddzielając Zło powieściowe od strony religijnej, co wydaje się koniecznością, nie można stworzyć takiego Zła, które zarazem nie byłoby metafizyczne. Proszę mnie zrozumieć. Horrory Wesa Cravena dziś są już tylko śmieszne, choć Freddy Krueger naprawdę straszył na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, w epoce odtwarzaczy video. Śmieszne są filmy grozy z okresu międzywojennego. Ale na przykład „Twin Peaks” Lyncha jest pełne grozy po dziś dzień, a Bob, straszliwy demon żywiący się strachem i krwią, opętujący Lylanda Palmera mordującego własną córkę, jest dlatego tak straszny, bo otacza go „groza i tajemnica”. Nie wiadomo skąd jest Bob. My wiemy, że z „Czarnej Chaty” czyli piekła, gdzie tańczy mały karzeł. Ale to jest meastria Lyncha, a nie King.

Kluczem do powodzenia horroru jest groza i tajemnica. Z początku „To” trzyma się owej zasady, lecz w miarę jak w książce wątek z lat osiemdziesiątych, kiedy bohaterowie byli dziećmi, ustępuje współczesności, z grozą jest już słabo. King stwarza jedną z najbardziej niezwykłych postaci gatunku grozy, dorównującą Nosferatu i Drakuli Stokera, czyli klauna Pennywise`a, który snuje się po Derry mimo upływu czasu, by potem utopić ją w ….idiotycznej kosmitce-pająku.

Dam Państwu dowód następny. Najlepszym filmem na podstawie prozy Kinga jest „Lśnienie” Stanleya Kubricka z Jackiem Nicolsonem. Kubrick zdystansował się od książki Kinga i zrezygnował z dosłowności. Widzimy szaleństwo pisarza, wklepującego w maszynę do pisania jedno zdanie. Atmosferę grozy robią zdjęcia kręcone z perspektywy dzieciaka, jadącego po korytarzach hotelu Overlook, i…. jest też tajemnica. Gdy pisarz po kłótni z żoną idzie do pustej sali balowej i mówi „Oddałbym duszę za drinka”, demony materializują się i są na zawołanie. Potem jest już tylko siekiera i groza. King nie lubi jednak tego filmu. Nakręcił własny mini serial, który jest dosłowny i dlatego nie do oglądania.

Uważam, że aktorsko nowe „To” jest świetnie zagrane, choć młody Bill Skarksgaard nie dotrzymuje kroku Timowi Curry`emu. Jest straszny, ale nie ekspresyjny. Poza tym klaun z XIX wieku nie jest amerykański, a „To” ma przecież w myśl samego Kinga uosabiać amerykańskie lęki, fobie i traumy. Curry był śmieszny i straszny zarazem. Gdy potraktować ten film jako powieść o dorastaniu, o paczce dzieciaków z których każdy ma jakąś traumę, możemy spróbować odnaleźć w tych dzieciakach siebie. Jednak metafizyka (zdaje sobie sprawę z amorficzności tego pojęcia) Zła w tej książce ustępuje przerysowanemu kiczowi. Całe szczęście, że nie pokazano do końca dosłowności tego zła w tym filmie. Bo śmieszne są sceny, gdy Eddiego goni trędowaty trup. Bez tej dosłowności….byłoby lepiej.

Ale już wiadomo, że będzie druga część. Jednak już nie dla mnie.

Opublikowano horror, Literatura, Millenium, opowieść grozy, rasizm, recenzja, śmierć | Otagowano , , , , , , , , | Skomentuj

„Palace Hotel” na podstawie Rolanda Topora, Młodzieżowy Dom Kultury Gliwice, scena debiutów teatralnych w Starej Kotłowni

hot_palace_11

Czytelniku tego bloga,

Lubię teatr bez dwu zdań, ponieważ poszukuję w nim przestrzeni autentycznej wolności, nieskrępowanej niczym wymiany myśli, i czasami znajduję sedno teatru w miejscach, które stwarzają błyskotliwe spektakle choćby na jedną chwilę. Peter Greeneway powiedział, że nie trzeba wiele, by zaistniał akt teatru – wystarczy że w wolnej przestrzeni jeden człowiek przemówi i drugi go wysłucha. Teatr może być równie prawdziwy w mało znanych scenach, na których także dzieje się coś ciekawego.

Komedia, a już w szczególności komedia absurdu jest trudnym przedsięwzięciem. Z tym większą przyjemnością mogłem dziś zobaczyć w Młodzieżowym Domu Kultury w Gliwicach, na scenie w Starej Kotłowni sztukę „Hotel Palace” na podstawie serialu humorystycznego Rolanda Topora. Ów francuski pierwowzór częstuje widza humorem ostrym i przenikliwym, ciętym i odważnym obyczajowo, jak na polskie realia, co we Francji jest nudną normą. Gliwicka inscenizacja sprostała pierwowzorowi zarówno pod względem kunsztu gry aktorskiej, celności dowcipu (ach ten gag z panią Macron…), oraz dojrzałości młodego zespołu.

Nadmienię jedynie, że w przedstawieniu zagrali dwa moi byli uczniowie, absolwenci I LO Dwujęzycznego im E. Dembowskiego w Gliwicach, Mikołaj Kociołek i Sebastian Garbacz. Ci dwaj są już z teatrem za pan brat dźwigając między innymi na swoich barkach (wraz z innymi) angielską inscenizację „Rodziny Adamsów” wystawionej dwa razy przez zlikwidowany niedawno Gliwicki Teatr Muzyczny jesienią 2015 i na wiosnę 2016 roku. Wróżę im obydwu karierę na scenie. I obym nie okazał się fałszywym prorokiem.

Sztuka jest ciągiem niezwykle śmiesznych gagów, które jak w klasycznej komedii łączy czas i miejsce akcji: paryski hotel „Palace”. Jednak nic nie jest w nim takie, jakie być powinno. Można wykupić sobie sen, jak w „Incepcji” Nolana (jaka szkoda, że nie pociągnięto dalej tego wątku), lub trafić do „Klubu niepodobnych do Madonny” i zostać z niego wykluczonym bez litości. W pokojach straszy Henri de Toulouse Lautrec. Temu sprawnie zagranemu na bardzo wąskiej przestrzeni owej małej sceny spektaklowi towarzyszą salwy śmiechu, choć humor jest rubaszny i dotyka spraw raczej dla dorosłych; jest niezwykle smaczny i nie ma w nim cienia obsceniczności, której tak nie cierpię w teatrze.Ironia dotyka również pisarzy, i przewrotnie przemyca krytykę i nadprodukcję literacką w naszym kraju, bez cienia litości wyśmiewając grafomaństwo.

Tekst brzmi w wykonaniu amatorskich aktorów ( w większości) bardzo melodyjnie i jest dobrze intonowany. Aktorzy grają oszczędnie, ale i ekspresyjnie twarzą, gestem, ruchem ciała wchodząc w interakcje z widownią jak w osławionych i granych w kilku teatrach komediowych w Polsce „Szalonych nożyczkach”. Spektakl nie ma antraktu i trwa blisko 90 minut, ale na wszystkich bogów, nie jest to czas czas stracony.

Zabawa jest pyszna. Ciekawi mnie tylko, że szkocka whiskey Ballantines  popijana ukradkiem przez kamerdynera/odźwiernego w recepcji hotelu jest prawdziwa.

Opublikowano kultura, Literatura, recenzja, teatr | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Reparacje wojenne – krótka refleksja

Drogi Czytelniku,

Nieczęsto wypowiadam się publicznie na tematy polityczne, ale sprawa tak zwanych reparacji wojennych, ściślej odszkodowania za poniesione straty dla Polski ze strony Niemiec i Rosji (jako że Związek Radziecki zaatakował Polskę w 1939 roku na równi z Niemcami) jest de facto sprawą zarówno prawną, jak również polityczną i historyczną (jeśli przyjmiemy że historia jest ważna na teraźniejszości). Spróbuję wypowiedzieć się nie jako prawnik, do czego nigdy pretensji sobie nie rościłem, ale jako historyk i obywatel. Mam do tego prawo. 

Sprawa reparacji wojennych po 75 latach od zakończenia II Wojny Światowej została wyciągnięta przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego jako element politycznej gry niedawno na zjeździe tej partii. Jako zagrywka polityczna jest posunięciem adresowanym przede wszystkim do szeroko rozumianego elektoratu PiS, a mającym na celu wzmocnienie emocjonalnych więzów elektoratu z partią rządzącą. Jest też posunięciem bardzo sprytnym bo sadzonym na głęboko zakodowanej niechęci polskiego społeczeństwa do Niemiec jako państwa i Niemców jako ludzi. Jeśli rzeczywiście polski rząd wystąpi ze sprawą odszkodowania za II wojnę światową, sprawa mieć będzie niesłychanie ważne reperkusje międzynarodowe, ponieważ postawi nas jednoznacznie na osi politycznego konfliktu z Berlinem. Dotychczas rząd Pani Angeli Merkel zachowywał dużą wstrzemięźliwość w komentowaniu życia politycznego w Polsce. Ostatnia wypowiedź Merkel na temat praworządności w Polsce jest adresowana do niemieckiego wyborcy i w moim przekonaniu jest na użytek niemieckiej kampanii wyborczej. Tak trzeba to czytać.

Wyciągnięcie sprawy reparacji mieć będzie także nieuchronne konsekwencje w kontaktach miedzy ludźmi. Myślę, że tak zwane polsko – niemieckie pojednanie zapoczątkowane listem polskich biskupów do biskupów niemieckich z lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku, oraz gestem premiera Tadeusza Mazowieckiego i ówczesnego kanclerza Niemiec, Helmutha Kohla w Krzyżowej w sensie politycznym było powierzchowne. Niemcy nigdy nie zrezygnowali z kontaktów gospodarczych z Rosją, w tym położenia dwu rur gazowych pod Bałtykiem, a Polska po wejściu do Unii Europejskiej stała się rynkiem zbytu i zapleczem gospodarczym dla niemieckich towarów i firm, road to the East. Jednak za pojednaniem politycznym nie poszło pojednania miedzy ludźmi. Polacy jeździli na saksy do Niemiec, ale między Polską i Niemcami nigdy nie nastąpiło poznanie się dwu społeczeństwa przez masowe wymiany młodzieży, naukę języka po obu stronach granicy w stopniu równym. Wymiana kulturalna stała na dość dobrym poziomie, zarówno jeśli chodzi o kino, czy teatr.

Reparacje wojenne postawią relacje polsko-niemieckie na szczeblu rządowym na linii konfliktu i co do tego nie ma dwu zdań. Jednak to, co zniszczy polsko-niemieckie relacje polityczne, wydatnie pomoże PiS we wzmocnieniu swojej pozycji w Polsce. Biorąc pod uwagę obiektywne sukcesy rządu PiS – czyli program 500 plus oraz uszczelnianie ściągalności VAT, wzmocnienie niemieckiego resentymentu zmobilizuje prawicowy elektorat bardzo mocno wokół rządu, co może przynieść im dalszy sukces w wyborach 2019 roku. Jednak to jedynie prognoza.

Sprawa reparacji wojennych jest jednak szansą na rzetelne badania historyczne nad skutkami II wojny światowej w Polsce. Wiemy o zniszczeniu Warszawy, jednak do dziś nie powstało rzetelne historyczne studium ukazujące życie społeczne pod rządami Niemców w latach 1939-1945. Znam tylko trzy ważne teksty mówiące o pewnym wycinku badawczym niemieckiej okupacji: książkę prof. Szaroty o życiu codziennym Warszawy pod niemiecką okupacją, pierwsze dwieście stron książki Normana Daviesa o powstaniu 1944 roku oraz książkę prof. Engelking-Boni o Żydach szukających ratunku na polskiej wsi w latach 1942-1945. Takie reparacje powinny być poparte bardzo rzetelnym studium historycznym, a nie emocjami. Ilu obywateli II Rzeczypospolitej naprawdę zginęło podczas II wojny światowej? Liczba bliska 6 milionów opiera się na komunistycznym szacunku po roku 1945, ale czy bierze pod uwagę Polaków wywiezionych i straconych przez ZSRR w latach 1939-1941? Czy istniały obszary Polski praktycznie nie tknięte przez działania wojenne? Nikt nigdy nie zadał badawczo takich pytań. To szansa dla polskich historyków na finansowanie badań na lata.

W sensie prawnym należy podważyć ustalenia z Poczdamu, gdzie Związek Radziecki miał wypłacić Polsce odszkodowania jakie wziął od Niemiec. Nie wypłacono zbyt wiele, a Rosjanie więcej nakradli w Polsce do 1956 wywożąc polski uran i polski węgiel niż dali nam z tego, co zabrali Niemcom. W 1953 pod naciskiem ZSRR Polska Ludowa zrzekła się roszczeń wobec NRD, ale nigdy wobec RFN. Strona niemiecka utrzymuje, że podpisując traktat o dobrosąsiedztwie w 1990 roku, który negocjował Krzysztof Skubiszewski, Polska milcząco zrzekła się roszczeń za wojnę. Jaki jest stan faktyczny? Wielu prawników mówi otwarcie, że sprawa jest przegrana, ale ja nie wypowiadam się na ten temat.

Uważam, że jeśli mówimy o reparacjach to Niemcy powinni zapłacić za zniszczenie Warszawy i zbiorów Biblioteki Narodowej, bo to jest namacalny dowód, weryfikowalny ze względu na znakomitą dokumentację zniszczeń po Powstaniu Warszawskim. Mam jednak wątpliwości, czy to jest realne, jeśli Polska wciąż dalej bierze z unijnej kasy więcej niż wpłaca. Lwią część tych pieniędzy płacą Niemcy.

Reparacje wojenne będą w Niemczech zupełnie niezrozumiałe, ponieważ większość Niemców nie ma żadnej wiedzy o Polsce oraz o niemieckiej okupacji w Polsce w latach 1939-1945. Wywoła to po obu stronach wiele resentymentów. Jednak rząd Beaty Szydło zrobi to na użytek wewnętrzny, by skonsolidować wokół obozu rządzącego zwolenników. To może być skuteczne, ale jest dość ryzykowne na arenie międzynarodowej. Myślę, że w Berlinie marzą o tym, by nad Wisłą był inny rząd, ale obawiam się, że Niemcy nie doceniają skali polskich resentymentów względem Niemiec.

W każdym razie Polska znalazła się na linii politycznego konfliktu z Niemcami, ze względu na sprzeciw rządu wobec kwestii migracyjnych, oraz polityki Unii Europejskiej. Czy jednak ucierpią na tym kontakty miedzy ludźmi? Czy Polacy i Niemcy będą patrzyli na siebie z nienawiścią? Czy po obu stronach Odry staną przeciw sobie dwa nieprzyjazne państwa? I jak ucieszy się z tego Rosja, która nigdy nie wypłaci Polsce żadnych reparacji, choć miała je wypłacić za przegraną wojnę z 1920 roku?

To są pytania, które trzeba zadać sobie, kiedy runie fasada przyjaźni polsko-niemieckiej.

Opublikowano Angela Merkel, dyskurs historyczny, faszyzm, II Wojna Światowa, Niemcy, reparacje wojenne, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , | Skomentuj

Dunkierka, reż. Christopher Nolan.

Dunkierka

Czytelniku,

Christopher Nolan ma opinię niezwykle sprawnego reżysera, który potrafi z oklepanego tematu uczynić arcydzieło gatunku. Jego trylogia Batmana z Christianem Balem z pewnością wejdzie do historii kina pop. Reżyser ten ma szczęście i do tematów i do aktorów. Bale, nieżyjący już niestety Heath Ledger, doskonały Mathew McConaughey, i wiele innych wielkich nazwisk składało się na znakomite filmy science fiction, takie jak „Incepcja”, „Interstellar”, czy „Mroczny rycerz”.

Realizując „Dunkierkę” Nolan pokusił się o monumentalne kino wojenne, a producenci widząc scenariusz wyciągnęli z kieszeni wielkie pieniądze. Oglądając ten film w kinie widz ma wrażenie współuczestniczenia w koszmarze wojny, ale ja będąc historykiem miałem poczucie gwałtownego niesmaku. Dlaczego?

Alianci w tym filmie są ukazani z perspektywy zwykłych żołnierzy. Poznajemy ich z perspektywy ulicy w mieści, a potem plaży bombardowanej przez stukasy. To żołnierze, ale także cywile – jak rodzina Brytyjczyków (ojciec z synami), którzy pomagają ewakuować do Anglii ponad trzysta tysięcy alianckich żołnierzy. Fabuła łączy walkę na morzu, walki powietrzne oraz na lądzie. Ja jednak nie kupuję tego filmu.

Nie ma w tym filmie Niemców. Są oni po prostu „wrogiem”, lub przeciwnikiem, są jacyś „oni”, i tylko naprawdę wtajemniczeni wiedzą, co oznaczają biało-czarne krzyże na kadłubach samolotów jakie bombardują na plażach Brytyjczyków. Na początku filmu dzisiejszy widz nie wiedzący nic o koszmarze II wojny światowej raczony jest informacją, że „wróg otoczył aliantów”. Nawet jak strzelają w plecy żołnierzom bez broni, to są dalej nienazwanym, anonimowym wrogiem. Można oczywiście powiedzieć, że nie taki był zamysł filmu, i tak dalej. Nienazwanie przeciwnika masakrującego na plażach alianckich żołnierzy jest celowym przemilczeniem, które jednak zmienia całą pedagogikę i wymowę filmu. Film Nolana jest dziełem ukąszonym przez obrzydliwą poprawność polityczną. Niemcy mogą czuć się naprawdę dobrze oglądając ten film. Film może się podobać, bo jest bardzo sprawnie zrealizowany. Uważam, że „Dunkierka” jest  filmem z zafałszowaną tezą historyczną.

Film jest dramatem osaczenia. To osaczenie potęguje niezwykle sugestywna muzyka. Okręty naprawdę toną, a dramat ludzi zamkniętych w pomieszczeniach tonących statków jest naprawdę przejmujący. Jest w tym filmie strach, dobitnie zagrany (Cillian Murphy), jest odwaga starego ojca, który ukrywa prawdę o śmierci syna i dalej, jak gdyby nic wykonuje swoje obowiązki. Aktorsko „Dunkierka” jest może nie wybitna, ale bardzo solidna, wyważona i bardzo dobrze zmontowana. Pod względem aktorsko-artystycznym ocena jest i musi być bardzo dobra.

Jednak film ten pomijając Niemców wybiela ich. Churchill jest wzmiankowany jedynie jako przywołany z offu głos, a Hitlera w tym filmie nie ma. Nie ma niemieckich zbrodni, niemieckiej agresji i błędów. Tu i ówdzie słyszy się słowa komentujących ów film, że Hitler zatrzymał czołgi pod Dunkierką, żeby pozwolić Anglikom uciec. Nic z tego. Powodem zatrzymania natarcia na Dunkierkę w maju 1940 roku była urażona miłość własna Hitlera. Wykonując plan Mansteina ataku na Francję i kraje Beneluxu Niemcy przejechali Ardeny i skierowali się na północ w stronę kanału, żeby odciąć wojska brytyjskie i francuskie. Taki był plan, ale Hitler chciał zatrzymać natarcie na jeden dzień w Sedanie. Dowodzący natarciem generał Guderian rozumiał plan Mansteina w przeciwieństwie do Hitlera i zignorował rozkaz wodza. To wystarczyło. Hitler zatrzymując natarcie pod Dunkierką chciał zdyscyplinować niemieckich generałów, a że skorzystali na tym Anglicy ratując siłę żywą swojej armii, było sprawą drugorzędną.

To szerokie tło historyczne w filmie Nolana nie istnieje. Jest to film ciekawy, z pewnością warto go zobaczyć w zalewie kiczu wakacyjnego w kinach. Ale powtarzam – jest to film zafałszowany historycznie, dzieło doskonałe w pedagogice politycznej poprawności.

PS – Zauważyłem, że moja recenzja spotkała się z wielkim odzewem internautów. Z szacunku do Państwa opinii zamieszczam wszystkie, nawet te dla mnie niepochlebne. Zaznaczam, że tak jak Państwo mają prawo do swojego odbioru filmu i zachwytu nad nim, ja mam prawo by go poddać krytyce. Nie umniejszam rzetelności reżyserowi, po prostu „Dunkierka” mnie osobiście do gustu nie przypadła, a powód opisałem wyżej.

 

Opublikowano Erich Von Manstein, film, II Wojna Światowa, Niemcy, recenzja, wojna, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , , | 37 komentarzy

Sheila Fitzpatrick, Życie codzienne pod rządami Stalina. Rosja radziecka w latach trzydziestych XX wieku, tłum. J. Gilewicz, Wydawnictwo UJ, Kraków 2012

 

  ROSJAokladka4

Sheila Fitzpatrick, Życie codzienne pod rządami Stalina. Rosja radziecka w latach trzydziestych XX wieku, tłum. J. Gilewicz, Wydawnictwo UJ, Kraków 2012

Książka Fitzpatrick jest jedną z najbardziej przejmujących narracji o Związku Radzieckim. Obnaża bowiem bezduszność systemu, który skazywał ludzi zamieszkujących Związek Radziecki na wybory niemożliwe do wyobrażenia dla człowieka w normalnym kraju. A zarazem lektura tej książki uzmysławia człowiekowi, jak niewiele się zmieniło w Rosji patrząc na kanał Russia Today. Słowo o autorce: jest bardzo doświadczoną badaczką dziejów społecznych Rosji, choć niektórzy zaliczają ją do historyków-rewizjonistów, ja sądzę, że Fitzpatrick posiadła o Związku Radzieckim wielką wiedzę. Ważna konstatacja: taka książka nie jest możliwa w Rosji, ponieważ Rosjanie nie są w stanie spojrzeć na historię własną z zewnątrz, jak uczyniła to Fitzpatrick.

Australijska historyczka i  profesor historii oraz znawczyni dziejów Związku Radzieckiego opisała przede wszystkim życie mieszkańców miast. Tam życie dramatycznie się zmieniało w czasie gdy Stalin przeprowadzał swoją industrializację i kolektywizację. Paradoks narracji jest na samym początku: wprowadza amerykańska historyczka czytelnika w świat paranoi zarządzanej przez najbardziej nieefektywny i nieludzki aparat biurokratyczny w dziejach najnowszych. Tylko w Związku Radzieckim opis życia codziennego musi się zaczynać od wszechwładzy państwa podporządkowującego sobie każdy, nawet najmniejszy wymiar ludzkiego życia w skali makro i skali mikro. Ciekawe, że nasz obraz o III Rzeszy zmienił się. Hannah Arendt swego czasu wylansowała tezę o bezduszności biurokracji III Rzeszy; dziś wiemy, że Niemcy w podobnym okresie były krajem bardziej amorficznym niż Związek Radziecki za czasów Stalina. Dam prosty przykład. W Kolonii w 1942 roku było zatrudnionych 45 pracowników Gestapo. W mieście takim jako Kolonia w ZSRR, na przykład w Doniecku, ponad tysiąc pracowników NKWD. To obrazuje jaki kraj był bardziej totalitarny.

To napięcie tych dwu wymiarów życia, ukazania z epickim rozmachem życia upadlanych ludzi w totalitarnym kraju to jedno, ale przejście narracyjne do wymiaru mikro jest jeszcze bardziej wymowne. Fitzpatrick korzystając ze znakomitego aparatu badawczego potrafiła wydobyć ze źródeł niezwykłe paradoksy: niekończące się kolejki w kraju, w którym propaganda obiecuje że właśnie za rządów Stalina skończyły się kolejki, upokarzająca walka o załatwienie najprostszych wydawałoby się spraw, która stwarza cichych bohaterów. Fitzpatrick wydobywa z mroku ludzi. Jakże znamienna jest historia człowieka, który wyszedł do sklepu po chleb bez dokumentów. Zatrzymał go patrol NKWD. Aresztowali go. Został zesłany na 15 lat na ciężkie roboty. Fitzpatrick opowiada o ludziach, którzy muszą żyć w tym koszmarze i muszą stosować się do zasady dwójmyślenia, żeby przeżyć. Wyprawa do kiosku po papierosy to wyprawa w nieznane. W narracji Fitzpatrick jest miejsce dla teatru radzieckiego i mieszkania robotnika w Magnitogorsku, pisze, w co powinien ubrać się partyjny dyletant, i jak pojechać na urlop, żeby się nie narazić.

Czytelnik taki ja, obeznany przez lekturę „Innego świata” Herlinga-Grudzieńskiego z potwornością systemu radzieckiego, czy zaznajomiony z owa paranoją przez lekturę „Roku 1984” oraz książek Artura Koestlera, może czuć się dopieszczony. Amerykańska historyczka jednak nie przytłacza obfitością materiału anegdotycznego, ilością barwnych szczegółów wydobytych z przepastnych archiwów sowieckich (otwartych na chwilę za Jelcyna, a teraz znów na lata zamkniętych przez Putina). Jej narracja jest niezwykle klarowna, znamionującą dużą klasę akademicką, gdy każde słowo ma znaczenie.

Mówi się, że koszmar stalinowskich rządów przyniosła dopiero Wielka Czystka z lat 1937-1938. Fitzpatrick dowodzi, że była to jedynie kolejna fala koszmaru, złego snu na jawie. Co zatruwało życie obywatelom radzieckim codziennie? Przede wszystkim machina państwowa, biurokratyczna maszyneria oparta na komunistycznej inżynierii ludzkich zachowań podporządkowanych czerwonej partii. Czyż wielbiony przez wielu Polaków PRL nie był krajem koszmarnym dlatego, że zmuszał ludzi do zachowań korupcyjnych na każdym etapie życia? Żeby lepiej zrozumieć paradoksy kraj komunistycznego jakim była Polska na zasadzie porównawczej trzeba po tę książkę sięgnąć. Istnieją ciekawe próby podejmowane przez warszawskich historyków przybliżenia życia codziennego PRL. Nie spotkałem jednak książki traktującej temat tak całościowo jak Fitzpatrick zrobiła to dla Związku Radzieckiego.

W świecie opisanym przez Fitzpatrick jest miejsce dla młodocianych przestępców, dla bezprizornych dzieci, posłusznych kobiet umilających życie mężczyznom wbrew obiegowej opinii, że w ZSRR kobiety miały więcej możliwości „reprodukcyjnych” niż w analogicznym czasie na Zachodzie. Fitzpatrick przybliża też perspektywę historii płci oraz zmieniających się ról płciowych. Jednak seks w latach trzydziestych w państwie Stalina był równie stygmatyzowany i brudny co w Niemczech Hitlera. Ciekawe jest to, że roku 1936 Stalin odszedł od ustawodawstwa Lenina i zakazał przerywania ciąży. Fitzpatrick znakomicie opisuje tło społeczne ustawy i nie ukrywa, że istniało też podziemie aborcyjne.

W książce Fitzpatrick Związek Radziecki za czasów Stalina to piekło wybrukowane dobrymi chęciami. Kolos biurokratyczny, który pożerał i niszczył najcenniejsze jednostki, które z racji indywidualizmu nie chciały się podporządkować systemowi. Książka ta jest wreszcie dostępna polskiemu czytelnikowi i dobrze się stało. To arcydzieło historii życia codziennego. Polecam wszystkim pasjonatom historii, którzy ciekawi są współczesnego sposobu uprawiania historii.

 

 

Opublikowano komunizm, recenzja, Rosja, socjalizm, Stalin, totalitaryzm, Związek Radziecki | Otagowano , , , | Skomentuj

Kolacja kanibali. Teatr Polonia. reż. Borys Lankosz, recenzja

teaser

Drogi Czytelniku,

Piekielny wybór. Dramat postaw. W repertuarze teatrów można trafić na różne inscenizacje, jednak prawdziwym rarytasem jest pokazanie dramatu tak sugestywnego i przerażającego, że przez długi czas po zakończeniu spektaklu, widz znajduje się w stanie szoku. Dla mnie spektakl w reżyserii świetnego reżysera filmowego Borysa Lankosza według dramatu znakomitego francuskiego pisarza ormiańskiego pochodzenia Vehe Katchy jest taką propozycją. Nie dziwi mnie także, że to właśnie Teatr Polonia Krystyny Jandy wystawia tę sztukę. Janda ma niezwykły talent nie tylko jako aktorka, którą wszyscy znamy, ale jako menedżer teatru. Ma także talent do niebanalnych tekstów, szczęście do znakomitych aktorów i przekonującej oszczędnej, ale sugestywnej scenografii.

Trochę o samym spektaklu (nie robiąc spoilera). Jest rok 1942, okupowany przez Niemców Paryż. Przenosimy się do paryskiego mieszkania, gdzie odbywa się domówka kilku przyjaciół. Jest luźna atmosfera, dziewczyny, przystojni faceci, zapowiada się całkiem udany wieczór. Trwa zabawa. Wkrótce padają dwa strzały. Do mieszkania (jako widzowie mamy wrażenie współuczestniczenia w wieczorku) wkracza esesman, oficer paryskiego Gestapo Kaubach. W tej roli zobaczymy Rafała Mohra, który gra postać diaboliczną, inteligentną i perfekcyjnie zasugerowaną. W jego grze, geście, niemieckim akcencie zachowaniu nie ma przypadku. To niezwykła rola Mohra- jedna z najbardziej sugestywnych kreacji pokazujących gestapowca jaką widziałem . Oficer SS przekazuje zebranym w mieszkaniu gościom propozycję nie do odrzucenia: spośród siebie wybiorą dwie osoby, które Kaubach zabierze ze sobą na egzekucję.

Dramat trwa prawie dwie godziny, ponieważ spektakl jest bez przerwy, ale tego czasu właściwie się nie odczuwa. Warto wspomnieć o innych postaciach, które tworzą sztukę. Rafał Maćkowiak gra przekonująco, podobnie jak inni mało znani aktorzy, dobrani przez Lankosza tak, aby zasugerować, że ta historia może przydarzyć się w każdym czasie i miejscu. Uczestnicy kolacji muszą wybrać dwie ofiary. Zaczyna się brutalna, choć pozbawiona fizycznej przemocy walka o życie, w której nie ma miejsca na wahania, skrupuły. Bohaterowie muszą dokonać takiego diabelnego wyboru.

Ten spektakl jest piekłem wolności, a raczej wyboru konieczności. Uczestnicy kolacji dokonując tego wyboru muszą postawić wszystko na szli: swoje człowieczeństwo, empatię lub jej brak. Punkt zwrotny dramatu, jakim jest wkroczenie esesmana, pokazuje prawdziwą naturę ludzi, ponieważ opadają codziennie maski z kłamstw, jakimi bohaterowie i jakimi my lubimy się codziennie otaczać. Z ludzi kulturalnych i cywilizowanych, jak się pozornie wydaje, zostają zdarte wszystkie uczucia, skrupuły etyka i religia. Zostaje instynkt samozachowawczy.

Uważam, że sztuka Vehe Katchy jest jednym z najwybitniejszych współczesnych dramatów francuskich. Jeśli jest jakakolwiek parabola w polskim dramacie, to jest to sztuka Grochowiaka „Szachy”. Jeśli jest jakiś teatr, który mógłby zrobić „Szachy” Grochowiaka to jest to teatr Jandy. Adaptacja sceniczna tekstu Katchy jest imponująca, zarówno pod względem scenografii, jak i detali takich jak mundur Gestapo (to historyczny mały błąd – w roku 1942 Gestapo nie nosiło już czarnych mundurów, ale to drobiazg), sukienki, garnitury w stylu vintage.

Polecam tę sztukę każdemu szukającemu w teatrze niebanalizowanych przeżyć. Tym samym Teatr Polonia Krystyny Jandy udowadnia bezsprzecznie, że jest jedną z najlepszych scen dramatycznych w Polsce. Ukłony dla zespołu teatralnego.

Esencją dramatu jest katharsis. Po obejrzeniu „Kolacji kanibali” gwarantuję to doświadczenie, które zmusza do zadania sobie samemu pytania: gdybym to  ja musiał dokonać takiego wyboru…

 

Opublikowano Czarna Ziemia, faszyzm, Francja, II Wojna Światowa, Niemcy, recenzja, teatr | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

David Olusoga, Gasper Erichsen. Zbrodnia Kajzera. Historia zapomnianej niemieckiej zbrodni, przeł. Piotr Tarczyński, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2012

 

Kaiser Holocaust        zbrodnia kajzera

David Olusoga, Gasper Erichsen. Zbrodnia Kajzera. Historia zapomnianej niemieckiej zbrodni, przeł. Piotr Tarczyński, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2012

Jesienią 2010 roku spotkałem w Gőrlitz po raz pierwszy osobę z Namibii. Była to kobieta – skąd inąd znakomita nauczycielka matematyki  – która opowiedziała mi historię swojego dzieciństwa. Urodziła się w Namibii jako dziecko niemieckich emigrantów. Namibia jest w jej opowieści krajem marzeń, a zarazem wielkiej odrazy. Wyjechała z tego jedynego niemieckojęzycznego kraju poza Europą z poczuciem traumy. Przyznaję, że wtedy nie rozumiałem jej doświadczenia.

Historiografia powstała po wojnie, a także niemiecka debata o zbrodniach popełnionych w imię Niemiec w latach 1939-1945 założyły, że zbrodnie niemieckiego nazizmu stanowią aberrację w historii Niemiec. W latach 50-tych widząc, że niemieckie produkty  nie są sprzedawane, władze RFN postanowiły przeprowadzić skuteczną, długofalową akcję. Naziści stracili zatem etnos, pojawiają się od tej pory w prasie angielskojęzycznej, w podręcznikach, popularnych opracowaniach z historii jako „naziści bez narodu”. Naziści ci stali się sprawcami wojny i ludobójstwa, którzy jednocześnie oszukali naród niemiecki. Taki był kontekst słów papieża Benedykta XVI w Auschwitz w 2006 roku – Niemcy zostali oszukani – były to słowa papieża, z którymi nigdy się nie zgodziłem. Nikt nikogo nie oszukał. Naziści wyrośli z trzewi niemieckiej chrześcijańskiej kultury mieszczańskiej, stanowiąc jej prymitywny paroksyzm, potworne monstrum zrodzone z niemieckiej pychy, przekonania o wyższości nad innymi narodami, kompleksu przegranej wielkiej wojny 1914-1918 oraz nacjonalizmu podsyconego skrajnym darwinizmem, kultem siły i rasy.

Co począć z implikacjami filozoficznymi tych zbrodni? Zatrzymam się na chwilę w stosunku Niemców do państwa. To Prusy narzuciły Niemcom swoją wizję państwa drugiej połowie XIX wieku, gdzie jednostka była temuż państwu całkowicie podporządkowana. Ów stosunek wynikał z szerszego kontekstu filozoficznego. Kant (Prusak) podporządkował rzeczywistość realnie istniejącego świata ludzkiemu umysłowi, a etyka Kanta ograniczała się jedynie do tego, aby człowiek przestrzegał tylko takich zasad, które mogłyby stać się dobrem powszechnym. Wskazywał jasno na prymat państwa, które mogło uznać zasady za dobre dla obywateli. Hegel (kolejny Prusak) i jego idealizm absolutny uznawał nadrzędność państwa, a obywatel wart był tyle, o ile wykonywał obowiązki. Ta filozofia podporządkowywała wszystko ludzkiemu umysłowi, jedynej instancji rozróżniającej dobro od zła. Ludzki rozum może być jednak błędny. Nie jest przypadkiem, iż człowiek który miał szansę wydobyć filozofię z miejsca, w którym zapędzili ją Kartezjusz (z przesunięciem na podmiot poznania), Kant, Hegel, i totalny, ale w innym tego słowa znaczeniu Marks, Martin Heiddegger uznał Hitlera, za ucieleśnienie dziejowego ducha narodu niemieckiego i stał się nazistą. Oczywiście, że między nazizmem niemieckim a wcześniejszą filozofię niemiecką nie ma bezpośredniego związku, ale paradoksalnie to dzięki tej filozofii wkładanej do głów niemieckim studentom i doktorantom, Hitler mógł przydarzyć się tylko w Niemczech i w żadnym innym kraju. Austria stała się niestety częścią tego monstrum. Naród utożsamił en masse swoją wolę z wolą jednego człowieka, który w 1933 roku stał się dla milionów zwykłych Niemców ucieleśnieniem niemieckiego ducha. Właśnie w tym pojęciu istnieje iunctim – absolutny duch dziejów wcielający się na zasadzie dialektycznego przeciwieństwa w naród niemiecki. Nazizm był reakcją dialektyczną na Republikę Weimarską i Traktat Wersalski, stanowił ich antytezę, a III Rzesza wyrosła – dosłownie z trzewi – jako synteza cesarskich wilhelmińskich Niemiec oraz żyjących w strachu wielkich długów demokratycznych weimarskich Niemiec, których wspólna filozofia nosiła w sobie zarzewie totalności, kroplę grozy z kart Hegla i Kanta.

Co jednak z tym filozoficznym wątkiem ma zbrodnia Niemców w latach 1904-1909 w Namibii? Przypominam sobie moją wizytę  w Bayreuth na wycieczce z projektem szkolnym. Miałem okazję zwiedzić ratusz miasta – wszędzie wiszą portrety burmistrzów Bayreuth, tymczasem nie ma żadnego za lata 1933-1945. Tak jakby w Niemczech była wówczas czarna dziura. Nie spotkałem lepszego dowodu wpychania III Rzeszy pod dywan dzisiejszych Niemiec, które z sympatyczną panią Merkel, wielokulturowym społeczeństwem i demokracją, poszanowaniem mniejszości  stworzyły przekonanie, że zbrodnie lat 1939-1945 są aberracją, sprzecznością, która nigdy więcej się nie powtórzy.

Tymczasem książka Caspara Erichsena i Davida Olusogi ukazuje, że to przekonanie jest mitem, ponieważ rozwiązania przetestowane przez Niemców w Namibii stały się później inspiracją dla mordu na niespotykaną skalę w dziejach cywilizacji. Jednym słowem zbrodnie Niemców podczas II Wojny Światowej nie są – wypadkiem przy pracy, nieszczęściem, co sugeruje serial „Nasi Matki, Nasi Ojcowie”. Niemcy już wcześniej dokonały ludobójstwa na ludach Herero i Nama, afrykańskich społecznościach rolniczo-koczowniczych, rdzennych mieszkańcach tej ziemi. Niemcy nazywali ich Hotentotami, ponieważ ci czarnoskórzy mieszkańcy Namibii byli już chrześcijanami przejmującymi protestantyzm w wersji kalwińskiej od holenderskich Burów z Afryki Południowej. Ludobójstwo z lat 1939-1945 jest zatem kontynuacją rozwiązań, które na mniejszą skalę przetestowano w Namibii. Na kontekst kolonialny podboju wschodu w latach 1941-42 oraz wcześniejszej napaści na Polskę wskazywała Hannah Arendt już w latach 60-tych wieku XX. Mało kto zwrócił na jej tezę uwagę.

W 1904 roku wybuchało powstanie Herero i Nama. Cesarz Niemców Wilhelm II, o którym polski malarz Julian Fałat mawiał, że ma o jedną klepkę za dużo, wpadł we wściekłość. Niemcy wysłali do Afryki 15 tysięcy żołnierzy pod generałem von Trotha, którzy mieli przeprowadzić „ostateczne rozwiązanie tej sprawy”. Genarał Von Trotha wydał tak zwany „vernichtungsbefehl” nakazujący wymordowanie całej ludności Herero. Wkrótce do walki przeciw Niemcom ruszyli także Nama. Spotkał ich los straszliwy. Niemcy zaadoptowali wcześniejsze rozwiązanie Brytyjczyków z wojen burskich i zorganizowali kilka obozów koncentracyjnych, m. in w Swakopmundzie, a najgorsze w Lüderitz nad Atlatykiem oraz na tzw. Shark Island, gdzie eksterminowano całą ludność Nama. Niemieccy lekarze jechali 13 tysięcy kilometrów, żeby kolekcjonować głowy Herero i Nama, konserwować je w alkoholu, zbierać czaszki i szkielety pomordowanych Afrykanów dla niemieckich anatomicznych kolekcji w uniwersytetach, w Jenie, Heidelbergu czy Berlinie.

To w Namibii po raz pierwszy zastosowano ideę „lebensraum” – to pojęcie pojawia się dosłownie w niemieckich dokumentach kolonialnych z Namibii. Pojęcie to stworzył niemiecki geograf Freidrich Von Ratzel (kolejny Prusak). W imię owej przestrzeni życiowej po raz pierwszy w dziejach cywilizacji obóz koncentracyjny stał się miejscem nie odosobnienia ludności cywilnej, aby nie pomagała partyzantom (Burowie), ale celem eksterminacji całej populacji. Maszyneria administracji niemieckiej jest doskonała i raz wprawiona w ruch, nie zatrzymuje się. Tak stanie się również w latach 1941-45, gdzie Niemcy zaganiali swoje ofiary żydowskie po całej Europie niczym gigantyczną siecią i strącali je w otchłań, przedtem rabując ich mienie, grabiąc ich ciała, wykorzystując nawet włosy pomordowanych dla produkcji materaców dla niemieckich kobiet. To wszystko znamy z Auschwitz. Tymczasem korzenie tego haniebnego procederu, sama jego idea, zrodziła się w Afryce, w Namibii.

Czy jest jakiś bezpośredni dowód związku między tymi zbrodniami, odległymi o 40 lat? Ojciec Hermanna Gőringa był gubernatorem Namibii… o czym mało kto wie. Erichsen i Olusoga bardzo precyzyjnie pokazują ów związek na szerszym tle (doradcy Hitlera, którzy uczestniczyli w kolonialnej wojnie w Afryce), związki Instytutu Eugeniki im. Cesarza Wilhelma, gdzie swoje straszliwe badania prowadził Von Vershuer i Mengele, z kolekcjami „ludzkimi” z Afryki są bardzo mocne i przekonujące. To jakby wcześniejsza odsłona tej samej zbrodni, rozłożonej na dwie części, odległe od siebie geograficznie i czasowo o prawie czterdzieści lat.

Książka Caspara Erichsena oraz Davida Olusogi to lektura wstrząsająca, którą powinien przeczytać każdy, kto chce zrozumieć otchłań zła, w której utonęły Niemcy w latach 1933-1945. Książka ta obala mit spokojnych i fajnych Niemiec. Ale czy w Niemczech wie ktoś o zbrodniach w Afryce popełnionych w imię i dla Niemiec 13 tysięcy kilometrów od Europy? Czy ktoś wie, że zbrodnie te mają związek z Holokaustem, jaki Niemcy zgotowali Żydom i Romom w Europie w czasie II wojny światowej? 

Ja stawiam tezę, że nie.

Opublikowano Angela Merkel, antysemityzm, Czarna Ziemia, faszyzm, historiografia, Holokaust, I wojna światowa, II Wojna Światowa, ludobójstwo, Niemcy, recenzja, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Duch króla Leopolda

Adam Hochschild, Duch króla Leopolda. Opowieść o chciwości, terrorze i bohaterstwie w kolonialnej Afryce, ŚWIAT KSIĄŻKI, tłum. Piotr Tarczyński, Warszawa 2009 (pierwsze wydanie New York, 1999).

Badając spuściznę Stanisława Koźmiana (w roku 2015 ukazała się moja książka na jego temat „Zapomniany Stańczyk. Rzecz o Stanisławie Koźmianie”) natrafiłem na informację, że jeden z synów Jana Stadnickiego, konserwatywnego polityka w Galicji, członka austriackiego parlamentu, Bernard Stadnicki w roku 1904 zmarł w Bokali w Kongo na jedną z tropikalnych chorób. Postawiłem sobie natychmiast pytanie: Co młody Polak robił w Kongo na początku XX wieku? Co sprawiło, że młody członek znakomitej szlacheckiej rodziny rzucił wszystko, na rzecz kongijskiego buszu?

Informacja ta może być łatwo potraktowana jak przyczynek do powieści przygodowej o szlachetnym młodym człowieku, który zawędrował do Afryki ucząc „czarnych dzikusów” kultury i cywilizacji. Nader to niepoprawna opowiastka godna publikacji w prawicowej prasie. Po dziś dzień słychać w niej mit, że kolonie zapewniały dobrobyt krajom podbitym, ucząc ich ludność podstaw zachodniej cywilizacji.

Sądzę, że najprostsza odpowiedź na postawione wyżej pytanie musi brzmieć tak: robił to samo co setki innych młodych, żądnych władzy, bogactwa młodych białych Europejczyków. Stał się trybem ludobójczej maszyny o nazwie Wolne Państwo Konga rządzonej z Brukseli przez króla Belgów, Leopolda II. Ta historia stanie się na moim blogu przyczynkiem do recenzji, a raczej świadectwa mojej nieukrywanej fascynacji historią Afryki, pisaną z perspektywy post-kolonialnej, odrzucającej do niedawna panujący dogmat, że Europejczycy wszędzie i zawsze przynosili pokój, dobrobyt i chrześcijaństwo.

Książka Adama Hochschilda dotarła do polskiego czytelnika dopiero po 10 latach od chwili wydania. Od pierwszej chwili kiedy wziąłem książkę do ręki, wiedziałem że nie oderwę się od niej przez następne dwa, trzy dni zaniedbując inne obowiązki. Potrafię wyczuwać książki – kiedy wiem, że mam do czynienia z arcydziełem – ciarki przechodzą mnie po plecach. Taki było i w tym przypadku.

Książka zaczyna się od bardzo filmowego obrazka. Portugalscy żeglarze płynąc wokół Afryki dotarli do miejsca, gdzie rzeka Kongo wpada do Atlantyku. Dziesiątki mil od lądu woda oceanu miała brunatny kolor i była słodka. Portugalczycy nie wiedzieli do ujścia jakiej rzeki trafili, ale dostrzegli że musiała być ogromna. Porównanie z Europejczykami docierającymi do ujścia Amazonki jest jak najbardziej na miejscu. Hochschild udanie demitologizuje protoplastów dzisiejszych autorów książek podróżniczych. Henry Morton Stanley, człowiek który jako pierwszy przemierzył Afrykę ze wschodu na zachód i odkrył źródła rzeki Kongo. To bohater brytyjskiej i amerykańskiej prasy, człowiek postępu, którego król Leopold II wykorzystał do założenia firmy pod przykrywką której prowadził swoje kolonialne, obłąkańcze plany. Król Leopold II powinien być stawiany obok Goebbelsa, tak był biegły w sztuce kłamstwa i zwodzenia wielu ludzi, od autorytetów pióra po wielkie osobistości świata kultury. Podbój Konga miał być bowiem przedsięwzięciem … filantropijnym, misyjnym i cywilizacyjnym.

Król Belgów miał szczęście. Jako jedyny z europejskich monarchów miał prywatną kolonię, większą od obszaru Austro-Wegier, terra incognito w pełnym tego słowa znaczeniu. Rzeka Kongo ma bowiem mnóstwo dopływów, i dopiero po pokonaniu spadku rzeki (ostatnie 300km) można na niej rozwinąć żeglugę. Leopold II w Kongu nigdy nie był, ale zaczął eksplorację od morderczej budowy kolei, która umożliwi mu komunikację po olbrzymim nieznanym terytorium. Tragedia ludności Konga, której ofiary historycy oceniają na około 10 mln ludności, zaczęła się w chwili, kiedy gorączka na drzewo hebanowe oraz kość słoniową ustąpiła gorączce kauczuku, naturalnej gumy. Tę europejski przemysł zaczął w końcu XIX wieku wykorzystywać na mnóstwo sposobów, do produkcji uszczelek, kaloszy, ogumienia pierwszych automobili, etc.

W Brukseli ponoć po dziś dzień jest sklep z czekoladą, w której belgijscy mistrzowie czekolady robią na zamówienie ulubione czekoladki króla, małe formy ludzkich rąk wypełnione słodkim kremem brzoskwiniowym. Straszliwy żart? Niestosowność? Aby zmusić ludność Konga do poszukiwania w bezkresnej dżungli pnącza kauczuku Belgowie zastosowali prosty system kar. Każda wioska, jaka nie dostarczyła kauczuku, otrzymywała karę. Obcinano dłonie wszystkim dzieciom, i aby powiadomić oszczędne belgijskie władze ilu buntowników zostało zastrzelonych (kule kosztują), Belgowie kazali wędzić obcięte ludzkie dłonie. Ponieważ wędzone ludzkie mięso się nie psuje w upale. Każda kula odpowiadała jednej obciętej dłoni…

Oprócz ludzi zaangażowanych w ludobójczy proceder, byli też biali ludzie którzy postanowili się przeciwstawić terrorowi Belgów w Kongo. Mam na myśli Polaka, Józefa Conrada-Korzeniowskiego, którego „Jądro ciemności” wcale nie jest metaforą, tylko zapisem – bardzo dosłownym – tego co Polak zobaczył w Kongo. Inni tacy jak Edmund Dean Morel, czy Roger Casement poświęcili większość życia i autorytetu, żeby pokazać światu to, co Belgowie uczynili w Kongo. O nich także jest ta książka. System Belgów był tak doskonale skonstruowany, że stał się wzorem do wprowadzania do innych europejskich kolonii, na przykład do Namibii przez Niemców czy do innych krajów przez Anglików, czy Holendrów.

Belgia żyje dziś jako centrum zjednoczonej Europy. A jest to kraj, który zbudował swój dobrobyt na straszliwym i zapomnianym ludobójstwie. Brukselski rynek uchodzi za jeden z najpiękniejszych na świecie, a bogactwo tego kraju jest przysłowiowe. Mało kto wie, że całe bogactwo Belgii jest pokłosiem Konga, ileż budynków z których Belgia jest dumna wybudował dobrotliwy król Leopold II. Pierwsza Wojna Światowa i okupacja Belgii przez Niemców, a potem Druga Wojna Światowa zakryły ludobójstwo dokonane w imieniu króla Belgów przez Walonów i Flamandów oraz innych Europejczyków na ludności tego afrykańskiego kraju. Dziś niemożliwe jest ocenienie ilu ludzi wymordowali Belgowie. Oczywiście nie za pomocą komór gazowych, ale morderczej pracy, głodu, maczet używanych przez funkcjonariuszy Force Publique , przerażających praktyk polegających na kolekcjonowaniu ludzkich głów. Jeden z Belgów Leon Rom, bohater książek o belgijskich dobrotliwych zwyczajach w Kongo, zasadzał obcięte ludzkie głowy na sztachetach wokół swego domu. Inny bohater Belgii, Guillame van Kerckhoven płacił swym żołnierzom dwa i pół pensa za obciętą głowę Afrykanina. Ludzie ci, tak jak Leopold II, są dziś uznawani za bohaterów Belgii, wzór do naśladowania.

Książka Adama Hochschilda jest ujmująca narracyjnie opowieścią, klarowną, odsłaniającą przed czytelnikiem warstwa po warstwie „jądro ciemności” jakim było … i jest Kongo po dziś dzień. Belgowie przynieśli do Kongo autorytaryzm o morderczych skłonnościach, a Kongijczycy do dzisiaj nie potrafią wyzwolić się z uścisku kulturowego białego człowieka. Kraj ten odziedziczył stan permanentnego strachu i wojny tlącej się tam zgala od kamer i portali społecznościowych. W samej tylko II wojnie w Kongo 2002-2009 zginęło 5,5 miliona ludzi, co czyni ów konflikt najbardziej morderczym po Drugiej Wojnie Światowej konfliktem na naszym globie.  Czy mówią o tym politycy? Czy zająknęła się o tym Unia Europejska? Czy Belgia posyła do Kongo żywność, czy w ramach walki z AIDS Europejczycy wysyłają do Kongo prezerwatywy, ryż na uspokojenie serc europejskiej opinii publicznej? Czy dobrotliwe ONZ obejmie Kongo programem mającym na celu przeciwdziałanie nadmiernego wzrostu populacji?

Kongo po dziś dzień jest jądrem ciemności, niemym wołaniem do Boga o sprawiedliwość. Jest piekłem zapomnianym, na uboczu naszego sytego i zadowolonego świata. Szacuje się, że ludność Konga wynosząca około 1890 roku około 15-16 milionów ludzi do roku 1918 zmniejszyła się o około 9 milionów. Belgowie osiągnęli niezwykły wynik w ludobójstwie  – około pół miliona istnień w ciągu roku.

O ofiarach Belgów w Kongo nikt pamiętać nie chce. Mało kto o nich wie. W Belgii nie można oficjalnie poruszać tego problemu: obowiązuje belgijskie przedstawicielstwa dyplomatyczne instrukcja z roku 2001 (sic!) ówczesnego ministra Luisa Michela, że należy podkreślać dobroczynny wpływ cywilizacyjny na Kongo. A pomniki Leopolda II stoją w Brukseli, Antwerpii, Ostendzie po dziś dzień. Belgia to taki ładny, spokojny kraj…

Książka Hochschilda jest także intrygującym świadectwem jak pisać książki historyczne: bohaterowie są pełnokrwistymi ludźmi. Nie stroni Adam Hochschild od psychologicznego rysu swoich bohaterów. Leopold II był niekochanym i wymuszonym dzieckiem swoich niekochających się rodziców. Ta trauma zaważyła na jego życiu. Z ojcem się prawie nie spotykał, z matką rzadziej niż ze służącymi i nauczycielami. Musiał się ożenić bez miłości i bez miłości płodzić dzieci. O związkach sasko-koburskiej rodziny Leopolda II z Habsburgami warto poświęcić książkę, jakaż byłaby sensacyjnie pikantna.

Jednak Adam Hochschild pisze również smakowicie o innych ważnych bohaterach książki. Szczególnie dramatycznie został ukazany Roger Casement, którego pasji i współczuciu zawdzięczamy wiele dowodów popełnionych przez Belgów mordów, irlandzki patriota zamordowany przez Brytyjczyków po powstaniu wielkanocnym w Dublinie w 1916. Osobista tragedia życia tego człowieka, żyjącego w hipokryzji ówczesnej wiktoriańskiej i edwardiańskiej Anglii stanowi także pogłębiony biograficzny rys tej niezwykłej książki. 

„Duch Króla Leopolda” powinien być lekturą obowiązkową na studiach historycznych i antropologicznych. To książka niezwykła, niosąca ogromny bagaż emocji, syntetyczny majstersztyk. Zarazem to lektura przerażająca, świadectwo do czego zdolni byli Europejczycy w Afryce, owładnięci żądzą władzy i bogactwa.

 

Opublikowano Czarna Ziemia, historiografia, Jądro ciemności, Kongo, kultura, ludobójstwo | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Anthropoid, czyli film o zamachu na Reinharda Heidricha

Anthropoid_(film)

Czytelniku,

Końcem maja 1942 roku czescy cichociemni dokonali zamachu na kata Pragi, rzeźnika Czech i Moraw oraz odpowiedzialnego za Holokaust, dowódcy hitlerowskiej Służby Bezpieczeństwa SD oraz szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy RSHA, Reinharda Heidricha. Czesi  nie są tak uwrażliwieni na historię, jak Polacy, ale bardzo umiejętnie wykorzystują atuty w ręku, jakim jest studio filmowe Barrandov oraz kontakty z Hollywood do promocji własnej historii i produkcji filmów.

Dramat historyczny ANTHROPOID jest dosłowną nazwą operacji czeskiego wywiadu, czyli zamachu na Heidricha. Reżyserem filmu jest Sean Ellis, a w filmie zagrały brytyjskie gwiazdy kina jak Cilian Murphy (znany z filmu Kena Loacha „Wiatr buszujący w jęczmieniu”), oraz Toby Jones. Ci ciekawe, w filmie zagrał także nasz doskonały aktor Marcin Dorociński. Jednak nie gwiazdy są tutaj najistotniejsze, a sposób opowiadania. Pierwsza godzina filmu opowiadana jest niespiesznie, poznajemy bohaterów, a mianowicie dwu żołnierzy czechosłowackiej armii: Jozefa Gabcika i Jana Kubisa. Pierwszy był Czechem i drugi Słowakiem. To ważne, ponieważ Słowacja w 1942 była niezależnym państwem, satelitą III Rzeszy, rządzona przez zbrodniarza wojennego, katolickiego księdza Jozefa Tiso. 

Film przyspiesza, kiedy bohaterowie dokonują zamachu, na praskiej ulicy, w środku dnia. Widz zostaje porażony wiwisekcją z jaką ukazany został zamach. Heidrich go przeżył, ale odłamek bomby ranił go w plecy. Zamachowcy uciekli przekonani, że zamach się nie udał. Ważne, że w filmie w zasadzie nie ma żadnego portretu Niemców. Oni są w Pradze, ale widzimy ich dopiero oczyma Czechów, kiedy zaczyna się w mieście nad Wełtawą polowanie na żołnierzy podziemia. Film pokazuje czeskie społeczeństwo i zróżnicowanie zachowań. Od heroicznej postawy rodziny Moravców, która ukrywała Kubisa i Gabcika po wyrachowaną zdradę ich kolegi, też cichociemnego, Karela Curdę. Zdrajca sprzedaje kolegów za milion marek. A skuteczne i pokazane z niebywałą brutalnością Gestapo (straszna scena miażdżenia dłoni młotkiem młodego skrzypka, syna Moravców) daje posmak grozy. Ta zaczyna się w chwili, kiedy Heidrich umiera w szpitalu w wyniku zakażenia. Młodzi bohaterowie filmu dowiadują się o tym z offu. Cena ich sukcesu będzie jednak straszna.

Ostanie pół godziny filmu to fantastycznie sfilmowana strzelanina w prawosławnej cerkwi św. Cyryla i Metodego w Pradze, gdzie zamachowcy oraz kilku innych czeskich cichociemnych ukryło się przed Niemcami. Młodzi Czesi fantastycznie ostrzeliwali się z 800 żołnierzami SS broniąc klasztoru zażarcie przez dwie godziny (w filmie z oczywistych względów jest to skrócone). Co najważniejsze, w ich beznadziejnej walce nie ma żadnego patosu, którego Sean Ellis sprawnie uniknął. Jest ukazany autentycznie i przejmująco zagrany strach przed śmiercią. Scena śmierci bohaterów, kiedy Niemcy zalewają piwnice cerkwi wodą, żeby utopić broniących się Czechów, jest surowa, straszliwa i przejmująca do szpiku kości.

Film nie traktuje o niemieckiej zemście na wsi Lidice i dobrze, bo zaburzyłoby to linearność narracyjną filmu. Film Anthropoid nie wszedł w Polsce do kin, a szkoda, bo oglądanie tego filmu na dużym ekranie jest w pewnością warte wiele. Ja oglądałem film z DVD kupionego w księgarni internetowej Amazon. Zachęcam do oglądania filmów z legalnych źródeł.

Polecam dramat Anthropoid wszystkim znawcom II wojny światowej, ale też osobom niespecjalnie zgłębiającym historię tej wojny. To znakomicie zrobiony, trzymający w napięciu thriller z przejmującym zakończeniem, dobrą i nie dominująca muzyką, ze stonowaną i naturalistyczną grą aktorską.

Opublikowano czas honoru, faszyzm, film, groza, Holokaust, II Wojna Światowa, Niemcy, recenzja, wojna, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj