Przeniesienie bloga

Szanowni Czytelnicy!

Platforma blog.pl zostanie zamknięta z dniem 31 I 2018 roku. Zapraszam Państwa na kontynuację tego bloga na stronie

https://wojciechdutka-piszecomysle.blogspot.com

Najciekawsze recenzje przeniosę w najbliższym czasie na nowy adres. Nowe recenzje i wpisy literackie i historyczne pojawią się w przyszłości

Opublikowano Bez kategorii, refleksja autorska | Otagowano , , , | Skomentuj

„TO”, na podstawie Stephena Kinga, reż. Andres Muschietti (oraz obrazoburcza refleksja o powieści)

10626_1.7

Czytelniku,

Proza Stephena Kinga z pozoru wydaje się doskonałym tworzywem na fabuły filmowe. Jednak po dogłębnym przyjrzeniu się jednemu z najsłynniejszych utworów pisarza, dochodzę do wniosku, że niemożliwe jest stworzenie filmowego arcydzieła z gatunku grozy, jeśli film ma być wierną adaptacją książki „To” Kinga. Przyczyna tkwi nie w filmie , ale w samym Kingu. Ale wyjaśnię to poniżej. Zdaję sobie sprawę, że istnieje liczne grono czytelników i wielbicieli pisarza i z pewnością mój krytyczny wpis może spotkać się ze sprzeciwem. Przyznaję się – nie cenię dosłowności horrorów Kinga, ponieważ jestem sceptycznym konserwatywnym liberałem i nie wierzę w duchy, strachy, strzygi i tym podobne idiotyzmy.

Jednak Andres Muschetti zdecydował się nakręcić wtórny film (przed 27 laty powstałą już ekranizacja powieści), który jednak serwuje danie dość strawne do pewnego momentu. Z uwagi na fakt, że wypowiadam się jednocześnie o filmie i książce, muszę przyznać, że pod względem aktorskim, „To” AD 2017 jest pierwszorzędnie zrobione. Gra dzieciaków płynna i autentyczna. Duży podziw budzi dojrzałość nastoletnich aktorów – jąkały Billa (Jeaden Lieberher), hipochondryka Eddiego ( świetny Jack Grazer), czy Beverly (Sophia Lillis) w scenach, które wymagały pewnej odwagi, ukazaniu słabości, czy niezgulstwa.

Słabość „To” Kinga - przyznaję, że nie byłem w stanie przebrnąć przez obsesyjnie rozwlekłe 1000 stron powieści – wynika z koncepcji Zła, jako istoty zewnętrznej w stosunku do świata, dla którego ma być jakąś metaforą. Immanencja tego Zła jest nieudana, ponieważ King ma tendencję do irytującego dydaktyzmu. Oczywiście u Kinga kontekst społeczny końca lat osiemdziesiątych jest dość dobrze zarysowany – są to napięcia rasowe, nietolerancja wobec mniejszości seksualnych, kult macho, przemoc wobec kobiet i zwierząt. Po prostu słabością intelektualną tej książki jest dosłowny kicz…. zła pajęczyca z kosmosu, która okazuje się być „TYM”. Tysiąc stron, by na końcu dać coś tak niepoważnego, jako wyjaśnienie mrożącej krew w żyłach historii. Ja tego nie kupuję. To jest kpina z czytelnika. 

„TO” w reżyserii Muschiettiego jest jednak opowieścią o dojrzewaniu. Świetne są sceny z dzieciakami oraz chłopięcego napięcia jakiego nawzajem udzielają sobie rówieśnicy podkochujący się w American dream girl, jaką jest Beverly. Wszyscy przecież chodziliśmy kiedyś do szkoły i podkochiwaliśmy się w jakiejś Beverly jako dzieciaki. To jest autentyczne w tym filmie. Tylko to. Ta sama Beverly nosi w sobie rysę, naznaczenie – jest wszak ofiarą molestowania. Ale w filmie jej dramat nie wybrzmiał tak dobrze jak nienawiść do kobiet w pierwszej części „Millenium” Larssonna. Widać, że scenarzyści (Gary Douberman, Chase Palmer) próbowali ratować społeczny wymiar filmu, jednak rasizm, czy molestowanie nie zostało mocno wyartykułowane. Jest jedynie zasygnalizowane. I tak ma się z innymi wątkami filmu. Na przykład świetna jest scena otwierająca, kiedy George w padającym deszczu próbuje gonić stateczek i natrafia na Pennywise`a w kanale ściekowym. To jest chyba najlepsza scena filmu, rzeczywiście pełna grozy i tajemnicy. Cierpienie dziecka z odgryzioną rączką. Potem jest już gorzej.

To zarzucam Kingowi – w miejsce tajemnicy otaczającej klauna jest kicz. Bo groza jest pochodną tajemnicy, jak pisze o istocie Zła święta Teresa z Awila. Zło w swej istocie jest mimetyczne, małpuje bowiem Boga. Jednak nawet oddzielając Zło powieściowe od strony religijnej, co wydaje się koniecznością, nie można stworzyć takiego Zła, które zarazem nie byłoby metafizyczne. Proszę mnie zrozumieć. Horrory Wesa Cravena dziś są już tylko śmieszne, choć Freddy Krueger naprawdę straszył na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, w epoce odtwarzaczy video. Śmieszne są filmy grozy z okresu międzywojennego. Ale na przykład „Twin Peaks” Lyncha jest pełne grozy po dziś dzień, a Bob, straszliwy demon żywiący się strachem i krwią, opętujący Lylanda Palmera mordującego własną córkę, jest dlatego tak straszny, bo otacza go „groza i tajemnica”. Nie wiadomo skąd jest Bob. My wiemy, że z „Czarnej Chaty” czyli piekła, gdzie tańczy mały karzeł. Ale to jest meastria Lyncha, a nie King.

Kluczem do powodzenia horroru jest groza i tajemnica. Z początku „To” trzyma się owej zasady, lecz w miarę jak w książce wątek z lat osiemdziesiątych, kiedy bohaterowie byli dziećmi, ustępuje współczesności, z grozą jest już słabo. King stwarza jedną z najbardziej niezwykłych postaci gatunku grozy, dorównującą Nosferatu i Drakuli Stokera, czyli klauna Pennywise`a, który snuje się po Derry mimo upływu czasu, by potem utopić ją w ….idiotycznej kosmitce-pająku.

Dam Państwu dowód następny. Najlepszym filmem na podstawie prozy Kinga jest „Lśnienie” Stanleya Kubricka z Jackiem Nicolsonem. Kubrick zdystansował się od książki Kinga i zrezygnował z dosłowności. Widzimy szaleństwo pisarza, wklepującego w maszynę do pisania jedno zdanie. Atmosferę grozy robią zdjęcia kręcone z perspektywy dzieciaka, jadącego po korytarzach hotelu Overlook, i…. jest też tajemnica. Gdy pisarz po kłótni z żoną idzie do pustej sali balowej i mówi „Oddałbym duszę za drinka”, demony materializują się i są na zawołanie. Potem jest już tylko siekiera i groza. King nie lubi jednak tego filmu. Nakręcił własny mini serial, który jest dosłowny i dlatego nie do oglądania.

Uważam, że aktorsko nowe „To” jest świetnie zagrane, choć młody Bill Skarksgaard nie dotrzymuje kroku Timowi Curry`emu. Jest straszny, ale nie ekspresyjny. Poza tym klaun z XIX wieku nie jest amerykański, a „To” ma przecież w myśl samego Kinga uosabiać amerykańskie lęki, fobie i traumy. Curry był śmieszny i straszny zarazem. Gdy potraktować ten film jako powieść o dorastaniu, o paczce dzieciaków z których każdy ma jakąś traumę, możemy spróbować odnaleźć w tych dzieciakach siebie. Jednak metafizyka (zdaje sobie sprawę z amorficzności tego pojęcia) Zła w tej książce ustępuje przerysowanemu kiczowi. Całe szczęście, że nie pokazano do końca dosłowności tego zła w tym filmie. Bo śmieszne są sceny, gdy Eddiego goni trędowaty trup. Bez tej dosłowności….byłoby lepiej.

Ale już wiadomo, że będzie druga część. Jednak już nie dla mnie.

Opublikowano horror, Literatura, Millenium, opowieść grozy, rasizm, recenzja, śmierć | Otagowano , , , , , , , , | Skomentuj

Dunkierka, reż. Christopher Nolan.

Dunkierka

Czytelniku,

Christopher Nolan ma opinię niezwykle sprawnego reżysera, który potrafi z oklepanego tematu uczynić arcydzieło gatunku. Jego trylogia Batmana z Christianem Balem z pewnością wejdzie do historii kina pop. Reżyser ten ma szczęście i do tematów i do aktorów. Bale, nieżyjący już niestety Heath Ledger, doskonały Mathew McConaughey, i wiele innych wielkich nazwisk składało się na znakomite filmy science fiction, takie jak „Incepcja”, „Interstellar”, czy „Mroczny rycerz”.

Realizując „Dunkierkę” Nolan pokusił się o monumentalne kino wojenne, a producenci widząc scenariusz wyciągnęli z kieszeni wielkie pieniądze. Oglądając ten film w kinie widz ma wrażenie współuczestniczenia w koszmarze wojny, ale ja będąc historykiem miałem poczucie gwałtownego niesmaku. Dlaczego?

Alianci w tym filmie są ukazani z perspektywy zwykłych żołnierzy. Poznajemy ich z perspektywy ulicy w mieści, a potem plaży bombardowanej przez stukasy. To żołnierze, ale także cywile – jak rodzina Brytyjczyków (ojciec z synami), którzy pomagają ewakuować do Anglii ponad trzysta tysięcy alianckich żołnierzy. Fabuła łączy walkę na morzu, walki powietrzne oraz na lądzie. Ja jednak nie kupuję tego filmu.

Nie ma w tym filmie Niemców. Są oni po prostu „wrogiem”, lub przeciwnikiem, są jacyś „oni”, i tylko naprawdę wtajemniczeni wiedzą, co oznaczają biało-czarne krzyże na kadłubach samolotów jakie bombardują na plażach Brytyjczyków. Na początku filmu dzisiejszy widz nie wiedzący nic o koszmarze II wojny światowej raczony jest informacją, że „wróg otoczył aliantów”. Nawet jak strzelają w plecy żołnierzom bez broni, to są dalej nienazwanym, anonimowym wrogiem. Można oczywiście powiedzieć, że nie taki był zamysł filmu, i tak dalej. Nienazwanie przeciwnika masakrującego na plażach alianckich żołnierzy jest celowym przemilczeniem, które jednak zmienia całą pedagogikę i wymowę filmu. Film Nolana jest dziełem ukąszonym przez obrzydliwą poprawność polityczną. Niemcy mogą czuć się naprawdę dobrze oglądając ten film. Film może się podobać, bo jest bardzo sprawnie zrealizowany. Uważam, że „Dunkierka” jest  filmem z zafałszowaną tezą historyczną.

Film jest dramatem osaczenia. To osaczenie potęguje niezwykle sugestywna muzyka. Okręty naprawdę toną, a dramat ludzi zamkniętych w pomieszczeniach tonących statków jest naprawdę przejmujący. Jest w tym filmie strach, dobitnie zagrany (Cillian Murphy), jest odwaga starego ojca, który ukrywa prawdę o śmierci syna i dalej, jak gdyby nic wykonuje swoje obowiązki. Aktorsko „Dunkierka” jest może nie wybitna, ale bardzo solidna, wyważona i bardzo dobrze zmontowana. Pod względem aktorsko-artystycznym ocena jest i musi być bardzo dobra.

Jednak film ten pomijając Niemców wybiela ich. Churchill jest wzmiankowany jedynie jako przywołany z offu głos, a Hitlera w tym filmie nie ma. Nie ma niemieckich zbrodni, niemieckiej agresji i błędów. Tu i ówdzie słyszy się słowa komentujących ów film, że Hitler zatrzymał czołgi pod Dunkierką, żeby pozwolić Anglikom uciec. Nic z tego. Powodem zatrzymania natarcia na Dunkierkę w maju 1940 roku była urażona miłość własna Hitlera. Wykonując plan Mansteina ataku na Francję i kraje Beneluxu Niemcy przejechali Ardeny i skierowali się na północ w stronę kanału, żeby odciąć wojska brytyjskie i francuskie. Taki był plan, ale Hitler chciał zatrzymać natarcie na jeden dzień w Sedanie. Dowodzący natarciem generał Guderian rozumiał plan Mansteina w przeciwieństwie do Hitlera i zignorował rozkaz wodza. To wystarczyło. Hitler zatrzymując natarcie pod Dunkierką chciał zdyscyplinować niemieckich generałów, a że skorzystali na tym Anglicy ratując siłę żywą swojej armii, było sprawą drugorzędną.

To szerokie tło historyczne w filmie Nolana nie istnieje. Jest to film ciekawy, z pewnością warto go zobaczyć w zalewie kiczu wakacyjnego w kinach. Ale powtarzam – jest to film zafałszowany historycznie, dzieło doskonałe w pedagogice politycznej poprawności.

PS – Zauważyłem, że moja recenzja spotkała się z wielkim odzewem internautów. Z szacunku do Państwa opinii zamieszczam wszystkie, nawet te dla mnie niepochlebne. Zaznaczam, że tak jak Państwo mają prawo do swojego odbioru filmu i zachwytu nad nim, ja mam prawo by go poddać krytyce. Nie umniejszam rzetelności reżyserowi, po prostu „Dunkierka” mnie osobiście do gustu nie przypadła, a powód opisałem wyżej.

 

Opublikowano Erich Von Manstein, film, II Wojna Światowa, Niemcy, recenzja, wojna, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , , | 37 komentarzy

Kolacja kanibali. Teatr Polonia. reż. Borys Lankosz, recenzja

teaser

Drogi Czytelniku,

Piekielny wybór. Dramat postaw. W repertuarze teatrów można trafić na różne inscenizacje, jednak prawdziwym rarytasem jest pokazanie dramatu tak sugestywnego i przerażającego, że przez długi czas po zakończeniu spektaklu, widz znajduje się w stanie szoku. Dla mnie spektakl w reżyserii świetnego reżysera filmowego Borysa Lankosza według dramatu znakomitego francuskiego pisarza ormiańskiego pochodzenia Vehe Katchy jest taką propozycją. Nie dziwi mnie także, że to właśnie Teatr Polonia Krystyny Jandy wystawia tę sztukę. Janda ma niezwykły talent nie tylko jako aktorka, którą wszyscy znamy, ale jako menedżer teatru. Ma także talent do niebanalnych tekstów, szczęście do znakomitych aktorów i przekonującej oszczędnej, ale sugestywnej scenografii.

Trochę o samym spektaklu (nie robiąc spoilera). Jest rok 1942, okupowany przez Niemców Paryż. Przenosimy się do paryskiego mieszkania, gdzie odbywa się domówka kilku przyjaciół. Jest luźna atmosfera, dziewczyny, przystojni faceci, zapowiada się całkiem udany wieczór. Trwa zabawa. Wkrótce padają dwa strzały. Do mieszkania (jako widzowie mamy wrażenie współuczestniczenia w wieczorku) wkracza esesman, oficer paryskiego Gestapo Kaubach. W tej roli zobaczymy Rafała Mohra, który gra postać diaboliczną, inteligentną i perfekcyjnie zasugerowaną. W jego grze, geście, niemieckim akcencie zachowaniu nie ma przypadku. To niezwykła rola Mohra- jedna z najbardziej sugestywnych kreacji pokazujących gestapowca jaką widziałem . Oficer SS przekazuje zebranym w mieszkaniu gościom propozycję nie do odrzucenia: spośród siebie wybiorą dwie osoby, które Kaubach zabierze ze sobą na egzekucję.

Dramat trwa prawie dwie godziny, ponieważ spektakl jest bez przerwy, ale tego czasu właściwie się nie odczuwa. Warto wspomnieć o innych postaciach, które tworzą sztukę. Rafał Maćkowiak gra przekonująco, podobnie jak inni mało znani aktorzy, dobrani przez Lankosza tak, aby zasugerować, że ta historia może przydarzyć się w każdym czasie i miejscu. Uczestnicy kolacji muszą wybrać dwie ofiary. Zaczyna się brutalna, choć pozbawiona fizycznej przemocy walka o życie, w której nie ma miejsca na wahania, skrupuły. Bohaterowie muszą dokonać takiego diabelnego wyboru.

Ten spektakl jest piekłem wolności, a raczej wyboru konieczności. Uczestnicy kolacji dokonując tego wyboru muszą postawić wszystko na szli: swoje człowieczeństwo, empatię lub jej brak. Punkt zwrotny dramatu, jakim jest wkroczenie esesmana, pokazuje prawdziwą naturę ludzi, ponieważ opadają codziennie maski z kłamstw, jakimi bohaterowie i jakimi my lubimy się codziennie otaczać. Z ludzi kulturalnych i cywilizowanych, jak się pozornie wydaje, zostają zdarte wszystkie uczucia, skrupuły etyka i religia. Zostaje instynkt samozachowawczy.

Uważam, że sztuka Vehe Katchy jest jednym z najwybitniejszych współczesnych dramatów francuskich. Jeśli jest jakakolwiek parabola w polskim dramacie, to jest to sztuka Grochowiaka „Szachy”. Jeśli jest jakiś teatr, który mógłby zrobić „Szachy” Grochowiaka to jest to teatr Jandy. Adaptacja sceniczna tekstu Katchy jest imponująca, zarówno pod względem scenografii, jak i detali takich jak mundur Gestapo (to historyczny mały błąd – w roku 1942 Gestapo nie nosiło już czarnych mundurów, ale to drobiazg), sukienki, garnitury w stylu vintage.

Polecam tę sztukę każdemu szukającemu w teatrze niebanalizowanych przeżyć. Tym samym Teatr Polonia Krystyny Jandy udowadnia bezsprzecznie, że jest jedną z najlepszych scen dramatycznych w Polsce. Ukłony dla zespołu teatralnego.

Esencją dramatu jest katharsis. Po obejrzeniu „Kolacji kanibali” gwarantuję to doświadczenie, które zmusza do zadania sobie samemu pytania: gdybym to  ja musiał dokonać takiego wyboru…

 

Opublikowano Czarna Ziemia, faszyzm, Francja, II Wojna Światowa, Niemcy, recenzja, teatr | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Anthropoid, czyli film o zamachu na Reinharda Heidricha

Anthropoid_(film)

Czytelniku,

Końcem maja 1942 roku czescy cichociemni dokonali zamachu na kata Pragi, rzeźnika Czech i Moraw oraz odpowiedzialnego za Holokaust, dowódcy hitlerowskiej Służby Bezpieczeństwa SD oraz szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy RSHA, Reinharda Heidricha. Czesi  nie są tak uwrażliwieni na historię, jak Polacy, ale bardzo umiejętnie wykorzystują atuty w ręku, jakim jest studio filmowe Barrandov oraz kontakty z Hollywood do promocji własnej historii i produkcji filmów.

Dramat historyczny ANTHROPOID jest dosłowną nazwą operacji czeskiego wywiadu, czyli zamachu na Heidricha. Reżyserem filmu jest Sean Ellis, a w filmie zagrały brytyjskie gwiazdy kina jak Cilian Murphy (znany z filmu Kena Loacha „Wiatr buszujący w jęczmieniu”), oraz Toby Jones. Ci ciekawe, w filmie zagrał także nasz doskonały aktor Marcin Dorociński. Jednak nie gwiazdy są tutaj najistotniejsze, a sposób opowiadania. Pierwsza godzina filmu opowiadana jest niespiesznie, poznajemy bohaterów, a mianowicie dwu żołnierzy czechosłowackiej armii: Jozefa Gabcika i Jana Kubisa. Pierwszy był Czechem i drugi Słowakiem. To ważne, ponieważ Słowacja w 1942 była niezależnym państwem, satelitą III Rzeszy, rządzona przez zbrodniarza wojennego, katolickiego księdza Jozefa Tiso. 

Film przyspiesza, kiedy bohaterowie dokonują zamachu, na praskiej ulicy, w środku dnia. Widz zostaje porażony wiwisekcją z jaką ukazany został zamach. Heidrich go przeżył, ale odłamek bomby ranił go w plecy. Zamachowcy uciekli przekonani, że zamach się nie udał. Ważne, że w filmie w zasadzie nie ma żadnego portretu Niemców. Oni są w Pradze, ale widzimy ich dopiero oczyma Czechów, kiedy zaczyna się w mieście nad Wełtawą polowanie na żołnierzy podziemia. Film pokazuje czeskie społeczeństwo i zróżnicowanie zachowań. Od heroicznej postawy rodziny Moravców, która ukrywała Kubisa i Gabcika po wyrachowaną zdradę ich kolegi, też cichociemnego, Karela Curdę. Zdrajca sprzedaje kolegów za milion marek. A skuteczne i pokazane z niebywałą brutalnością Gestapo (straszna scena miażdżenia dłoni młotkiem młodego skrzypka, syna Moravców) daje posmak grozy. Ta zaczyna się w chwili, kiedy Heidrich umiera w szpitalu w wyniku zakażenia. Młodzi bohaterowie filmu dowiadują się o tym z offu. Cena ich sukcesu będzie jednak straszna.

Ostanie pół godziny filmu to fantastycznie sfilmowana strzelanina w prawosławnej cerkwi św. Cyryla i Metodego w Pradze, gdzie zamachowcy oraz kilku innych czeskich cichociemnych ukryło się przed Niemcami. Młodzi Czesi fantastycznie ostrzeliwali się z 800 żołnierzami SS broniąc klasztoru zażarcie przez dwie godziny (w filmie z oczywistych względów jest to skrócone). Co najważniejsze, w ich beznadziejnej walce nie ma żadnego patosu, którego Sean Ellis sprawnie uniknął. Jest ukazany autentycznie i przejmująco zagrany strach przed śmiercią. Scena śmierci bohaterów, kiedy Niemcy zalewają piwnice cerkwi wodą, żeby utopić broniących się Czechów, jest surowa, straszliwa i przejmująca do szpiku kości.

Film nie traktuje o niemieckiej zemście na wsi Lidice i dobrze, bo zaburzyłoby to linearność narracyjną filmu. Film Anthropoid nie wszedł w Polsce do kin, a szkoda, bo oglądanie tego filmu na dużym ekranie jest w pewnością warte wiele. Ja oglądałem film z DVD kupionego w księgarni internetowej Amazon. Zachęcam do oglądania filmów z legalnych źródeł.

Polecam dramat Anthropoid wszystkim znawcom II wojny światowej, ale też osobom niespecjalnie zgłębiającym historię tej wojny. To znakomicie zrobiony, trzymający w napięciu thriller z przejmującym zakończeniem, dobrą i nie dominująca muzyką, ze stonowaną i naturalistyczną grą aktorską.

Opublikowano czas honoru, faszyzm, film, groza, Holokaust, II Wojna Światowa, Niemcy, recenzja, wojna, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

Milczenie Martina Scorsese. Niereligijny film religijny.

Milczenie_plakat_B1

Czytelniku,

Widziałem dziś wieczorem w kinie Amok w Gliwicach „Milczenie” Martina Scorsese. Idąc miałem pewne obawy, wiedziony jego wcześniejszym obrazem religii dotyczącym czyli „Ostatnim kuszeniem Chrystusa”, i to jest film zmuszający do zadawania pytań o religię.

Film jest znakomicie zrobiony i znakomicie zagrany. Przez pierwsze prawie dwie godziny dostajemy od Scorsese niezwykłą lekcję historii – brutalnych i wyrafinowanych prześladowań chrześcijan w XVII wiecznej Japonii, czyli w czasach, które Polakom kojarzą się z Potopem szwedzkim. Prześladowania są wiarygodne i bezlitosne, jednak nie o tym jest film. Kluczem są dwaj księża jezuiccy, z których jeden zaginął i krążą słuchy o jego apostazji. Tego księdza gra Liam Neeson. Młody Andrew Garfield, który brawurowo zagrał u Gibsona w „Przełęczy ocalonych” udźwignął rolę księdza zupełnie opuszczonego, który musi stanąć przed próbą życia i śmierci.

Jednak uderzyło mnie w tym filmie zupełnie co innego. Scorsese ma rację, że prawdziwą religię człowieka zna tylko Bóg, który milczy. Ten milczący Bóg stanowi łącznik z „Ostatnim kuszeniem”, jest jak gdyby rozwinięciem tego, co nakręcił Scorsese ponad trzydzieści lat temu. Ale nie zgadzam się zupełnie z wymową kluczowych scen filmu – nie chcąc robić spoilera, mogę powiedzieć jedynie to, że Scorsese dokonał apologii apostazji, jak gdyby apostaci mieli ocalać sens religii przeciw niej samej. Za bardzo to karkołomne. Dla mnie sens cierpienia tych chrześcijan jest w prostocie wieśniaków znoszących bez słowa ukrzyżowanie. Sens chrześcijaństwa nie tkwi w intelektualnych rozważaniach księdza z buddyjskimi urzędnikami boskiego cesarza (sic!), ale w tych słowach Pana:

Niech wasza mowa będzie tak-tak, nie-nie, a reszta pochodzi od Złego.

Zupełnie natomiast odstręcza mnie kontekst urzędników cesarskich, wyrafinowanych i uprzejmych. Nie znam się na buddyzmie, ale jego podstawą nie jest zadawanie cierpienia innym istotom i ludziom, ale współczucie ich nędzy. Dla mnie prześladowcy, choć odnoszą zwycięstwo, są odrażający. Torturują ludzi na zimno z wyrafinowaniem. Ale może nie rozumiem Japończyków, choć zabawy w ścinanie głów mieczami samurajskimi w czasie II wojny musieli im wybić z głowy Amerykanie dwiema bombami atomowymi.

Ale nie winię Scorsese, że nie rozumie chrześcijaństwa. Ja też. Credo quia absurdum, powtarzam za Tertulianem, nota bene heretykiem. I tak w zajadle antyreligijnym Hollywood jest chrześcijaninem nieobrzędowym, jak Camus, Kirkegaard i wielu innych w coraz mniej chrześcijańskiej Europie. Lubię takich chrześcijan bardziej niż fanatyków przywiązanych do tego, by w religii szukać wywyższenia samych siebie.

Opublikowano film, Japonia, Martin Scorsese, prześladowania chrześcijan | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Leni Riefenstahl. Epizody niepamięci, reż. E. Marciniak, Teatr Śląski, 9.11.2016

Leni_PLAKAT_podglad

Czytelniku,

 Leni Riefenstahl była niemiecką reżyserką filmów propagandowych, które tworzyła w okresie III Rzeszy. Najsłynniejszym z nich był „Tryumf woli” uznawany z jedno z najwybitniejszych propagandowych dzieł gloryfikujących nazizm i samego Adolfa Hitlera. Riefensthal żyła 101 lat (sic!) i zmarła w roku 2003. Jej postaci, a konkretnie uwikłaniu sztuki filmowej (w ogóle sztuki) w zbrodniczą ideologię miał dotyczyć spektakl, jaki miał premierę 5 listopada 2016 roku w Teatrze Śląskim (ze współpracą Galeria Szyb Wilsona). Miał, bo niestety jest to przedsięwzięciu zupełnie nieudane. Zaraz jednak wyjaśnię na czym polega porażka twórców spektaklu. 

Tekst napisali Iga Gańczarczyk, Łukasz Wojtysko, a wyreżyserowała go Ewelina Marciniak, reżyserka, która ma na swoim koncie „Morfinę” na podstawie prozy Szczepana Twardocha. Zamierzenie było szczytne – ukazania w przeddzień śmierci w wieku 100 lat Riefensthal jako starej kobiety, do której przychodzą (w jej umyśle) różne postaci, w tym sam Hitler, Goebbels, a narratorką ma być Elfride Jelinek, nagrodzona Noblem, obsesyjna pisarka austriacka mająca uchodzić za głos rzeczywistości, nakłaniający Leni do wyznania swoich win. W najgłębszej wersji narracyjnej spektakl miał potępić faszyzm, wykorzystanie sztuki przez władze państwowe, totalitaryzm myśli, nie przypadkowy jest czas pokazania tego spektaklu – twórcy chcieli wykazać, że sztuka w Polsce poddawana jest podobnej presji pod rządami PiS. Wydarzenie pod koniec spektaklu w dniu 9 listopada utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to przedsięwzięcie ideologiczne, lewackie i zupełnie nieudane artystycznie i literacko.

Podstawową słabością spektaklu jest sam tekst Gańczarczyk i Wojtysko. Nie wydobył on z postaci Riefensthal dramatyzmu – zakłamania, hipokryzji, jakiegoś wewnętrznego wahania. Postać Leni grana przez Małgorzatę Gorol zupełnie ginie w spektaklu ukryta pod groteskową maską, która uniemożliwiała widzom ujrzenie warsztatu aktorki, jak gra, jak pokazuje emocje. Widząc spektakl z piątego rzędu miałem wrażenie, że tekst uniemożliwiał aktorom po prostu granie. Dialogi nie były spójne – mówiąc delikatnie -  sztywne jak bielizna schnąca na mrozie. Jednak mam teraz pewność, że typ teatru, jaki oglądałem w Galerii Szyb Wilsona, traktował tekst zupełnie drugorzędnie. Ważne było to, co widzowie mają zobaczyć. A mieli być zaszokowani, jak do niedawna w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Zresztą związek między tym teatrem nie polegał tylko na tym, że zagrała w nim pani Gorol.

Nazistowska przeszłość Riefenstahl, jej filmowo-erotyczne przygody w Afryce w latach siedemdziesiątych XX wieku, jej starość – wyimaginowany dialog z Marleną Dietrich – to wszystko stanowiło decorum w obrębie którego rozgrywa się spektakl. Fundamentalnym założeniem Marciniak jest chęć upokorzenia widza/odkłamania go/ zaszokowania poprzez niezwykle agresywną  i wulgarną seksualność. Pragnę podkreślić, że nie jestem bigotem i nie szokuje mnie nagość w filmie czy teatrze, jeśli ma swoje uzasadnienie artystyczne. Rzecz w tym, że tego uzasadnienia nie daje sam tekst Gańczarczyka i Wojtysko. Mam uzasadnione wrażenie, że Ewelina Marciniak upajała się ukazując zbliżenia analno-genitalne tancerzy. Jakże znaczące było to, że tancerze kucając wypinali swoje tylne części ciała w stronę widowni. Miał być to „taniec dzikich” nawiązujący do słynnej książki Bronisława Malinowskiego traktującej o seksie dzikich, niczym nie skrępowanej sile życia, a zarazem nawiązanie do afrykańskich wojaży samej Riefenstahl. Niestety, wulgarność Marciniak sprawiła, że ten pierwotny sens uległ rozmyciu i widz otrzymał quasi-pornograficzną wizję reżyserki, która przyznaje seksualności znaczenie większe i nie mające nic wspólnego z bohaterką sztuki. Riefenstahl dzięki masce jest odczłowieczona, jest postacią androgeniczną, wypraną ze swojej płci. Nie mam także wątpliwości, że taki jest zamierzony cel Marciniak. Seks jest kluczem do interpretacji postaci niemieckiej reżyserki rozpiętej między irytującą postacią Jelinek i imitacją jej kochanka Horsta. Postać to tym ciekawsza, że grała ją naga kobieta (Agata Woźnicka) ubrana jedynie w gadżet z hard porno – nienaturalny czarny dildo. Między nimi nie istnieje żadna relacja. Obie aktorki Woźnicka i Gorol zupełnie nie miały pomysłu, jak oddać łącząca ich więź jako kobiety i mężczyzny.

Zaszokowanie analno-genitalną ekspozycją seksu było jednak kontrfaktyczne. Ani śmieszne, ani straszne. Po prostu żałosne. Jednak ta płaszczyzna „spektaklu” w reżyserii Marciniak znana jest w Polskim Teatrze ostatnich kilku lat z seksualnych ekscesów Jana Klaty w Teatrze Starym w Krakowie, który stał się jedyną swego rodzaju anty-sceną w Polsce, unurzaną w obrzydliwości rozumianej jako konieczność ciągłej i artykułowanej wulgaryzmami i seksem prowokacji. To jeszcze można zrozumieć. Ja natomiast jako profesjonalny historyk zarzucam twórcom spektaklu coś innego, co właśnie dotyczy historii używanej w tym spektaklu w sposób utylitarny. Chciałbym zadać pytanie Państwu: czy czyniąc Hitlera śmiesznym Marciniak oraz twórcy spektaklu uczynili śmiesznym jego zbrodnie? Czy śmieszny Hitler dokonywał równie śmiesznych zbrodni? Jak tak można użyć historii?  Dam Państwu prosty przykład. Steven Spielberg kręcąc przed laty mało śmieszny film „1941″ z Melem Brooksem nie rozumiał tego, co zrozumiał kręcąc Listę Schindlera: naziści i ich zbrodnie na ludzkości nigdy nie byli śmieszni, ponieważ w ten sposób artysta poniża pamięć tych wszystkich, których Hitler mordował w imieniu i dla narodu niemieckiego. Dlaczego spektakl musiał być tak wulgarny, epatujący ordynarnymi seksualnymi gadżetami? Co Marciniak osiągnęła w ten sposób?

Spektakl „Leni Riefenstahl: epizody niepamięci” dopuszcza się tego samego grzechu. Czyniąc nazistów śmiesznymi urąga pamięci ich ofiar.

Intrygujące jest przewijające się trio postaci – Hitler, Heinrich Hoffman (zupełna pomyłka artystyczna – fotografem i filmowcem Hitlera był Franz Bauer, mający jako jedyny pozwolenie filmowania Hitlera w czasie jego prywatności) oraz grany przez młodocianego aktora Joseph Goebbels (skandalem jest wykorzystanie do takiego spektaklu młodocianego aktora – za kulisami nie widział aktorki ze sztucznym fallusem? ). Dlaczego Goebbelsa miał grać nieletni aktor? Otóż owi Hoffman, Hitler, Goebbels (jedyna postać bez maski), w asyście Magdy Goebbels oraz Ewy Braun takoż ukrytych pod maskami, zostali wystylizowani na śmieszne straszno-śmieszne, wyginające ciała, nienaturalnie gestykulujące i deklamujące dialogi ze sztucznie akcentowanymi niemieckimi słowami. Postaci te tracą całkowicie dramatyczny wymiar stając się surogatami osobowości, które mają przedstawiać. Nawet jeżeli taka, a nie inna stylizacja Hitlera jest zamierzona, osiąga ona skutek odwrotny od zamierzonego. Uważam, że wprowadzając takie mnóstwo postaci twórcy spektaklu zupełnie się pogubili. Mnóstwo postaci, mnóstwo niedokończonych i niedomkniętych wątków. Porażka na całej linii – słowa, obrazu, gestu i muzyki, zupełnie niekoherentnej z przedstawieniem.

Nie mam nic przeciw odważnym spektaklom. Jako przykład artystycznej ekspresji można pokazać spektakl Teatru Dramatycznego „Bent” opowiadający prześladowanie homoseksualnych mężczyzn w III Rzeszy. Porażka Teatru Śląskiego w spektaklu w reżyserii Eweliny Marciniak polega na świadomym rozmyciu historycznej wymowy nazistowskich i niemieckich zbrodni poprzez zastosowanie zupełnie nieudanego artystycznie pastiszu.  Leni Riefenstahl mogłaby stać się wielopłaszczyznową i bogatą w interpretację postacią genialnej reżyserki uwikłanej w potworny reżym. Mogłaby, ale tak się nie stało. Porażka polega na próbie ukazania przez Marciniak i zespół aktorski tej zależności, a zarazem na niemożliwości i nieumiejętności pokazania tego faktu. Rozmach inscenizacyjny, światło, muzyka mogły pomóc aktorom, a nie zrobiły tego. Maski na twarzach aktorów nie pomogły im grać, mimo szczerych chęci aktorów do wydobycia „życia” z granych postaci.

Nagrodą były bardzo letnie brawa publiczności. Reszta jest milczeniem.Ja nie klaskałem, tak jak przyjaciele, z którymi widziałem spektakl.

PS

- I na koniec prowokacja – po spektaklu w dniu 9 listopada 2016 roku z prawej strony widowni ukazały się trzy postacie, dwie kobiety i mężczyzna, którzy próbowali wykrzyczeć coś pod adresem Cezarego Morawskiego, dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu. Nie usłyszałem, co krzyczeli. Na moją prośbę jedna z aktorek powiedziała, że Morawski morduje Teatr Polski we Wrocławiu. Jeśli tak miał wyglądać ów teatr – analno-genitalny teatr dla „odważnych” – to proszę pana Morawskiego, żeby czym prędzej dokończył dzieła. Tego teatru nie da się oglądać. Nie ma on nic wspólnego z Jerzym Grzegorzewskim, Kazimierzem Dejmkiem – bliższa mi jest Janda ze swoim znakomitym, ciętym, czasami pieprznym, ale zachowującym KLASĘ, teatrem „Polonia” oraz „Och-teatrem”.

Opublikowano antysemityzm, faszyzm, film, Holokaust, II Wojna Światowa, Niemcy, niemieckie kino, rasizm, recenzja, śmierć, Szoah, teatr, totalitaryzm, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Wołyń Wojciecha Smarzowskiego, czyli dekonstrukcja mitu szczęśliwych polskich Kresów

8958079-wolyn

 

Czytelniku,

W 2009 roku, na kilka lat przed wybuchem wojny ukraińsko-rosyjskiej, miałem okazję zwiedzić Wołyń i Podole w podróży życia. Wstrząsnęła mną pustka Wołynia oraz jego cisza. W Łucku na mszy 14 lipca 2009 roku katolicki biskup łucki mówił o „tragedii”. Ktoś, kto nie zna kontekstu mógłby się dopatrzyć jakiegoś apokaliptycznego nieszczęścia, kosmicznej katastrofy, która zamieniwszy się w „tragedię” przeorała tę ziemię pozostawiając po obu stronach granicy polsko-ukraińskiej ciszę, która na Ukrainie jest miarą niepamięci i wyparcia OBCYCH, czyli Polaków, Żydów i Czechów, którzy zginęli pod ciosami siekier latem 1943 roku, a w Polsce była przez lata miarą NIEPAMIĘCI wymuszonej, niechcianej, wypartej, bo niewygodniej politycznie. Zastanawiało mnie to, czy Jerzy Giedroyć i środowiska paryskiej „Kultury” i ich wpływ na kształtowanie polskiej linii politycznej wobec naszych wschodnich sąsiadów po upadku ZSRR, nie wyrządzili pamięci Wołynia szczególnie wielkiej krzywdy. Linię Giedroycia podjęła Gazeta Wyborcza, która wkładała Polakom przez dwadzieścia lat do głowy, że Polacy uciskali mniejszości w II RP, że w sumie zginęło tylko 40 do 60 tysięcy ludzi, że był polski odwet, w którym AK zabijała biednych Ukraińców i że między tym, a tym, jest znak równości. Zaskakujące jest to, że polscy politycy, z lewa, jak z prawa, byli zaskakująco zgodni co do tego. Popieramy wszelkie dążenia Ukrainy, rezygnując z praw polskiej mniejszości, cichutko nie wspominamy o polskości Lwowa, bo w roku 2012 mamy wielkie polsko-ukraińskie święto piłkarzy. Pragnę zapewnić, że nie jestem żądnym zemsty polskim nacjonalistą, nie marzy mi się powrót na Kresy, nie chcę rozbierać Ukrainy razem z Putinem. Uważam, że Polacy i Ukraińcy powinni się pojednać, ale pojednać można się tylko na prawdzie. Strona ukraińska wykonała w tym roku kilka niesłychanych i nigdy wcześniej nie podjętych gestów, jak złożenie przez prezydenta Poroszenkę kwiatów w Warszawie, przeprosiny pani Nadii Szewczenko, deklarację Kościoła Greko-katolickiego na Ukrainie.  To jednak jest początek tego procesu, a ja chciałbym napisać o filmie.

Film Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń”, jaki właśnie niedawno wszedł do kin w Polsce jest pierwszą wypowiedzią filmową polskiego kina na temat niesłychanie bolesny temat rzezi wołyńskiej 1943, czyli ludobójstwa dokonanego na polskich mieszkańcach Wołynia i Podola i okolic Lwowa przez ukraińskich nacjonalistów spod znaku OUN (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów) i Stepana Bandery (sam Bandera siedział wtedy w niemieckim obozie koncentracyjnym). Myślę, że widzowie znający filmowy warsztat Smarzowskiego odnajdą w tym filmie kilka charakterystycznych dla niego „chwytów” – niezwykle dobre są masowe sceny na ślubie (pierwszy film „Wesele”), poetyka brutalnej, werystycznej siły, z jaką pokazywana jest przemoc. O ile w przypadku „Drogówki” (to najsłabszy film tego reżysera) ta ekspozycja makabry, pachnącej rzygowinami i litrami wódki, ocierała się o pastisz własnego języka filmowego, w przypadku „Wołynia” przemoc jest środkiem do pokazania prawdy historycznej, opartej o rzetelne i niezwykle drobiazgowe studium historyczne. Jednym słowem Smarzowski niezwykle skrupulatnie odrobił lekcję historii. Za chwilę udowodnię to na szerszym historiograficznym gruncie.

Według mnie kluczem poetyckim do tego filmu jest jego zamknięcie. Do tej pory bohaterowie Smarzowskiego, czy to w makabrycznym „Domu Złym”, czy w regionalnej i historycznej „Róży” ze świetnymi rolami Marcina Dorocińskiego i Agaty Kuleszy, uchodzili z życiem. Nawet zachlewający się wódą pisarz w wykonaniu Więckiewicza w „Pod mocnym Aniołem” ma szansę na wydostanie się ze swojego piekła. Zawsze w tych filmach (proszę niech Państwo zwrócą na to uwagę) kamera w ostatniej scenie unosi się ponad świat, pokazuje z góry (metafora milczącego Nieba) ziemski padół z jego brudem, cierpieniem i krwią, jak gdyby reżyser pragnął pozostawić ten świat, takim jakim jest, jednak z jakąś, może minimalną formą nadziei. W „Wołyniu” nie ma nadziei. Kamera zostawia świat w chwili (oczywiście unosząc się do góry), kiedy główna bohaterka i jej dziecko przekraczają nurty rzeki po moście. Jadą na wozie, razem z zabitym wcześniej przez NKWD ojcem chłopca, dobrym Ukraińcem Petro. Nikt chyba nie zwrócił uwagi, że to jest marsz przez nurty Styksu. To rzeka zapomnienia. Za rzeką, rozciąga się piękny świat, w którym nie ma już siekier, wideł, cepów i nienawiści. Nigdy nie widziałem tak przejmującej sceny śmierci, która w filmie o śmierci, byłaby tak wysoce zmetaforyzowana.  

Skoro jest Styks, to musi być też Cerber, strażnik piekła. W moim przekonaniu są to Niemcy. Proszę zwrócić uwagę, że obecność Niemców w tym filmie zaczyna się w chwili, gdy latem 1941 roku, na dwa lata przed rzezią, napadają oni na Związek Radziecki. Niemcy, dokładnie tak jak w znakomitej książce Timothy`ego Snydera „Czarna ziemia”, byli katalizatorem piekielnych scen, jakie rozgrywały się na zapleczu frontu wschodniego. Niemcy w tym filmie z lekkością berlińskiego filharmonika rozpętują nacjonalistyczne piekło mordując Żydów. Straszne są masowe sceny rozstrzeliwania Żydów w lesie, nad dołami, ale warsztatowo są bardzo filmowe i znakomicie zaprojektowane przez reżysera, który nie miał przecież wielkiego budżetu, zaledwie 11 milionów złotych. Porażają one plastycznością, a nagość została pokazana w sposób straszliwie obnażający ofiary. Myślę, że krytycy, a zwłaszcza filmoznawcy i badacze Holokaustu powinni docenić fakt pokazania tych scen, które mają historycznie fundamentalne znaczenie dla tego, co się stało latem 1943 roku. Snyder zwrócił uwagę, że Holokaust na ziemiach wschodnich, na terenie Związku Radzieckiego dokonywał się przy masowym udziale obywateli ZSRR mordujących Żydów.

Jednak tu mamy Wołyń, a więc tereny należące do Polski przed 1939 rokiem. Jednak mam wrażenie, że polska historiografia podejmująca badawczy trud opisania rzezi wołyńskiej zupełnie pomija to, no co zwrócił uwagę Snyder. A mianowicie, że tereny te zostały podwójnie zniszczone – przez Związek Radziecki w latach 1939-1941 oraz przez Niemców w latach 1941-1943. W tej przestrzeni podwójnej pustki prawnej, mentalnej i moralnej rozegra się Holokaust i jego odprysk, czyli ludobójstwo ukraińskich nacjonalistów na ludności polskiej i czeskiej Wołynia. Pewnie Wojciech Smarzowski nie czytał książki Snydera, ale ta interpretacja wydaje mi się najodpowiedniejsza, która w sposób semantycznie spójny tłumaczy rzeź.

Oczywiście, że film jest opowiedziany historycznie w sposób nie oszczędzający nikogo. Polacy są panami sytuacji w 1939 roku. Mają lepsze morgi ziemi, lepsze widoki na przyszłość. Ukraińcy żyją ze swoją wyimaginowaną krzywdą, ponieważ w tym samym czasie na sowieckiej Ukrainie za przynależność do ruchu banderowskiego była natychmiastowa wywózka do sowieckiego obozu. Na Ukrainie sowieckiej umarło z głodu od 5 do 9 milionów ludzi w latach 1930-1933. Żydzi stają się natychmiast bardzo serwilistycznie lojalni wobec władz sowieckich, jakie na polskiej części Ukrainy rozpoczynają się jesienią 1939 roku. To też jest w filmie mocno pokazane. Tak jak wywózka Polaków w lutym 1940 roku. Kto ratuje wówczas polskich bohaterów? Ukrainiec zakochany w dziewczynie i jego matka. Chłopiec zginie zabity przez NKWD. Zatem upada argument podniesiony ostatnio przez dziennikarzy Wyborczej, że film Smarzowskiego nie pokazuje ani jednego dobrego Ukraińca.

Potem atmosfera się zagęszcza. Mrok jest coraz gęstszy. Rzeź jest stopniowana przez reżysera. Nie pokazał wbijania dzieciom gwoździ do głów, ani wbijania głów na żerdzie, rżnięcia piłami kobiet w ciąży, gwałcenia zwłok. A i tak straszliwa furia ukraińskiego motłochu (przepraszam, ale trudno inaczej nazwać tych ludzi) jest trudna do wytrzymania nawet dla ludzi głęboko zaznajomionych z filmową poetyką Smarzowskiego (jak ja). Przedsmak tego, co stanie się na Wołyniu, mamy już wtedy gdy głodni polscy żołnierze konsumują psa i wtedy zostają napadnięci przez Ukraińców. Zdzierają oni skórę z polskiego żołnierza. Smarzowski pokazał to w werystyczną, ocierającą się o horror precyzją. Ta scena grzęźnie w gardle. Wtedy widz wie, że ogląda nie cud polskich Kresów, tylko piekło. 

Piekło jest w tym filmie namacalne i jest jak amok, choroba, która ogarnia wszystkich i wszystko. To jest Zło absolutne, którego najbardziej sataniczną częścią jest obrzęd święcenia siekier przez ukraińskiego, greko-katolickiego księdza, który przemawia do ludu ukraińskiego w przypowieści o kąkolu i pszenicy. To jest straszliwa scena, nie wiem, czy prawdziwa. Polacy, jakich spotkałem we Lwowie, mówią że tak. Święcić kosy miał niższy kler ukraiński, przy milczącej aprobacie metropolity Szeptyckiego. Polowanie na Polaków jest ukazane jako furia. I powtórzę za redaktorem Piotrem Goćkiem z Polskiego Radia i „Do Rzeczy”, że film Smarzowskiego uderza w najgłębsze miejsce mitu Polaków sprawców, ugruntowany przez książki Grossa i środowisko Wyborczej przez ostanie 15 lat, odkąd ukazali się „Sąsiedzi”.  Tego Salon Smarzowskiemu wybaczyć nie mógł.

Film został całkowicie pominięty podczas tegorocznego festiwalu polskich filmów w Gdyni. Wygrał kolejny masturbacyjny film, tym razem o Beksińskich. Dowodzi to jednego: polskie tak zwane elity intelektualne, dyktujące Polakom co powinni czytać, na jakie filmy powinni chodzić, są w istocie głęboko i zajadle zainfekowane wirusem anty – polskim. Rozumiem to jako obawę środowiska Wyborczej, lewicy i nieboszczki Unii Wolności o tym, że władzę przejmą łyse pały z ONR-u. Brzydzę się jednymi i drugimi. Jury w Gdyni pokazały, że nie mają pomysłu, gubią się widząc film tak straszliwie obnażający Polaków i walący po głowie, bezkompromisowy, i bardzo dobry historycznie. Całe szczęście, że Smarzowski nie przyjął nagrody od prezesa TVP Kurskiego. Wykazał się klasą do końca. Rozumiem go. Smarzowski chce być niezależny od wszystkich środowisk politycznych.

Jako nauczyciel historii poszedłbym na ten film tylko z młodzieżą klasy maturalnych LO, ponieważ jest ciekawym asumptem do głębokiej dyskusji  na temat Wołynia na zasadzie projektu. Młodzież powinna się oczytać. Szkoda, że ukraińska historiografia jest mało znana w Polsce, by można było ją wykorzystać na lekcjach. Ja nie znam ukraińskiego języka, a powinienem.

Film pokazuje też polską zemstę. Jest ona równie potworna jak zbrodnie ukraińskie. W tej scenie, gdy Polacy zabijają Polkę, co za Ukraińca wyszła, mogą polscy widzowie zrozumieć na drodze paraleli ludobójstwo w Bośni oraz casus Rwandy, która chyba Wołyniowi pod względem bestialstwa najbliższa. Film Polaków nie oszczędza – są głupi, kłótliwi, nie potrafiący się zorganizować. A już bezlitosny jest wobec AK. Żyjemy mitem AK i Żołnierzy Wyklętych. A tymczasem AK nie potrafiła obronić – i nie chciała, bo tak chciał Rząd Londyński – swoich współobywateli i rodaków przed siekierami OUN. Scena rozrywania końmi polskiego oficera, rycerza i pięknoducha jest tak straszna, że nawet ja wytrzymałem to z trudem.

Uważam, że „Wołyń” Smarzowskiego jako jego osobiste dokonanie jest przykładem niesłychanej odwagi cywilnej i artystycznej, jaką wykazał się ten facet. Może pod względem artystycznym „Dom Zły” jest jeszcze straszniejszy, ale tamten film był poetyką horroru. A „Wołyń” Smarzowskiego uważam za najwybitniejszy polski film historyczny powstały po roku 1989 roku i jako taki przejdzie do historii.

Opublikowano antysemityzm, Czarna Ziemia, czas honoru, dyskurs historyczny, film, front wschodni, Holokaust, II Wojna Światowa, Kamienie na szaniec, Niemcy, Obława, recenzja, Ukraina, wojna na Ukrainie, Wołyń, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , , , , , , , , , | 3 komentarzy

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, czyli szwedzki mit fundamentalny

MilleniumCzytelniku tego bloga!

Kimkolwiek jesteś, a jeśli lubisz książki, z pewnością słyszałeś o trylogii kryminalnej Steiga Larssona. Szwedzki pisarz, a zarazem lewicowy dziennikarz zmarł na atak serca w Sztokholmie w roku 2005, pozostawiając za sobą trzy tomy swoich powieści, oraz dwieście stron następnego rękopisu, który w roku 2015 został dokończony i wydany przez Davida Lagercrantza, pod tytułem „Co nas nie zabije”. Powieść Lagercrantza nie jest zła, ale o klasę gorsza od kryminałów Larssona.  Muszę powiedzieć, że w czytaniu całej trylogii popełniłem błąd, ponieważ na samym początku obejrzałem film David Finchera z Danielem Craigiem i Rooney Mara jako dziennikarzem Mikaelem Blomquistem i Lisbeth Salander. Już przez całą lekturę Blomquist miał w moim umyśle twarz Bonda. Jednak to mały szczegół.

Całość trzech książek, z których każda liczy 700-800 stron, już pod koniec była dla mnie dość nużąca. Jednak zastanawiając się długi, długi czas nad tym wpisem na blogu, zdecydowałem się spojrzeć w najgłębszą, sterującą warstwę narracji. Nie dziwi mnie, że jedna z najciekawszych dyskusji na temat trylogii kryminalnej Szweda odbyła się na łamach fascynującej na swój sposób intelektualnie, ale śmiertelnie trującej „Krytyki Politycznej” (peryfrazuję Chiang Kai Sheka, który powiedział, że komunizm to choroba duszy). Feministki bardzo lubią Millenium. Larssonowi udałą się niezwykle jedna z najbardziej pokręconych wewnętrznie, ale spójnych i wielowymiarowych postaci kobiecych współczesnego kryminału, czyli Lisbeth Salander. Tylko pozornie jest lesbijką, romanse z kobietami są według mnie dla Salander jedynie formą ucieczki, przygodą w sumie niewiele znaczącą. Prawdziwe uczucie …to facet, czyli Blomquist. Salander jest oczywiście wyalienowana, skrzywdzona przez społeczeństwo, służby specjalne. Najbardziej przerażająca we wszystkich trzech powieściach jest oczywiście scena gwałtu w pierwszym tomie, sucha i okrutna. Jednak jej zemsta jest równie okrutna i czytelnik pragnie, by się zemściła. Salander jest niezwykle wyrazistą postacią i sądzę, że zarówno ona jak i Blomquist są emanacjami światopoglądowymi Larssona.

Mężczyźni są w powieściach Larssona przeważnie źli. Tymczasem kobieta może być równie okrutnym, jeśli nie gorszym katem od mężczyzny. Przede wszystkim dlatego, że kobiety są płcią silniejszą psychicznie. To, co teraz powiem, jest mało feministyczne, ale siła kobiet polega na tym, że to Natura przeznaczyła je na te, które rodzą, dają życie. Tak została skonstruowana Przyroda i nie ma się o co kłócić. W najgłębszej warstwie narracyjnej lewicowość książek Larssona polega przede wszystkim na diagnozie społecznej:

- mniejszości są bezcenne, trzeba dać im wszelkie prawa, bo tylko wtedy nasze społeczeństwo jest w stanie się rozwijać. Mniejszości są miarą cywilizacji. Wszelkie. Im więcej, tym lepiej.

- religia jest niepotrzebna i jest ułudą. Wszystkie postaci, które są religijne, są złe. Patrz tom „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”. Klucz do popełniania morderstw jest kluczem biblijnym. Nawet córka Blomquista (słabo zarysowana) jest fanatyczna, bo nosi krzyżyk na szyi. Jedynym normalnym religijnym człowiekiem jest policjant Bublański, bo jest Żydem. Jak wiadomo w poprawności politycznej lewicowych elit o Żydach nie można pisać źle. Ciekawe jest to, że lewicy nie przeszkadza to ukryć swój antysemityzm pod płaszczykiem niechęci do Izraela i sympatii do Palestyńczyków

- mężczyźni są opętani seksem i żądzami. Są z natury źli, chciwi, pełni pychy. Kobiety są szlachetne, zdolne, i uczciwe. Są motorem napędowym świata. To dość proste, żeby nie powiedzieć prostackie kalki – stereotypowe. Lewica ma własne stereotypy, nawet mówi gdy ich nie ma.

- państwo kontroluje wszystkich i wszystko. Nie należy ufać władzom, nawet jak robią coś dobrze, to wszystko ma ukryte dno, spiskują, żeby odebrać wolność ludziom, stąd trzeba się łączyć w Internecie.

- Feministki są zwieńczeniem rozwoju kobiecości. Nie mają dzieci i nie chcą ich mieć. Ideałem jest kobieta wchodząca w tradycyjnie męskie role społeczne. Może, ale nie musi być lesbijką, na pewno biseksualistką, jest bogata, pewna siebie (kochanka i szefowa Blomquista żyjąca między mężem i kochankiem, za zgodą i akceptacja tego pierwszego)

- Seks bez uczuć, jest jak jedzenie, lub picie wody. Każdy z każdym może.  Bez odpowiedzialności. Może dlatego bohaterowie Larssona są tak strasznie samotni. Seks nie jest surogatem uczucia. 

Pod względem suspensu jest dużo gorzej. Najlepiej opowiedzianą kryminalnie historią jest oczywiście tom pierwszy. Intryga i zbrodnia, która nie jest zbrodnią (bo jest nią coś innego, dużo bardziej przerażającego) ma w tej książce formę wielopiętrowej budowli. Sam jako autor powieści sensacyjnych jestem – przyznaję – wielkim fanem takich zagadek.  Jest to bowiem niezwykle pociągające narracyjnie. od tym względem mistrzostwo świata. Drugi i trzeci tom, kiedy przeciwnikiem Salander jest ona sama, a konkretniej jej ojciec, sowiecki szpieg, akcja jest coraz bardziej nieprawdopodobna i ideologicznie idącą w jednym, słusznym kierunku. Grubymi nićmi szyta jest scena, kiedy Salander została postrzelona w głowę z broni małokalibrowej. Przeżyła i nie odbiło się to, na pracy jej mózgu. Nie znam się na ranach postrzałowych, ale wydaje mi się to nieprawdopodobne. 

Jednak na czym polega fenomen Larssona? Jak można uczyć się na jego genialnej, choć nie do końca udanej pod względem suspensu trylogii? Ta książka, jak żadna inna, uzmysłowiła wszystkim, że KRYMINAŁ jest równouprawnionym gatunkiem literackim, jest sposobem artykulacji współczesności, jest opowieścią o świecie TU I TERAZ. Jeśli jest wybitnie napisany, to może być naprawdę mocny w swoim oddziaływaniu na wyobraźnie czytelnika. W Polsce ślady Millenium można odnaleźć w „Gniewie” ostatniej powieści Miłoszewskiego z prokuratorem Szackim. Choć oczywiście Polak nie jest tak zideologizowany jak Szwed. Nie wierzę w moc sprawczą literatury pop, choć sam ją uprawiam. Powieść pop, peryfrazuję teraz Grochowiaka, może być „bliższa krwio-obiegu słów”, niż tak zwana literatura z górnej półki, czego smutnym przykładem jest Nagroda Literacka Nike w Polsce. Nikt nie zna osoby, która w tym roku została nagrodzona, nikt nie potrafi wymienić tytułu jej książki i za co została nagrodzona.

Po trylogii „Millenium” kryminał nie może być już taki jak wcześniej. Ja dorzucam do tego swoje trzy grosze. Właśnie wszedł do polskich księgarń mój „Lunatyk”, gdzie ukłonem w stronę Szweda jest to, że Max Kwietniewski jest pierwszym czarnoskórym bohaterem polskiej powieści sensacyjnej. I to też będzie trylogia.

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kryminał, kultura, Literatura, Millenium, sensacja, Steig Larsson, Szwecja | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj

Marcin Kącki, Białystok. Biała siła, czarna pamięć, wyd. Czarne, Wołowiec 2015

Białystok

Czytelniku!

Książka Marcina Kąckiego „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” znalazła się, o ile się nie mylę, w szerokim gronie książek nominowanych do literackiej nagrody Nike w tym roku. Abstrahując od faktu, czym w istocie jest nagroda Nike, okazałem się czytelnikiem na tyle zainteresowanym, by kupić tę książkę i przeczytać ją naprawdę i do końca. Postanowiłem podzielić się recenzją z Państwem, byście sami mogli ocenić, czy rzeczywiście książka Kąckiego jest arcydziełem reportażu zasługującym na miano nominowanej do prestiżowej nagrody literackiej.

Na studiach dziennikarskich przed wieloma laty uczono mnie ( a miałem dobrego nauczyciela. red. Łętowskiego na KUL), że reportaż jest najwyższym gatunkiem wypowiedzi dziennikarskiej, i wymaga ogromnego kunsztu literackiego, jak i warsztatu dziennikarskiego. Reportaż nie może być stronniczy. Jeśli taki jest, nie jest reportażem, nazwijcie go jak chcecie, literaturą zaangażowaną, pamfletem, byle nie reportażem. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że żyjąc w epoce po zwrocie lingwistycznym, cała humanistyka zawdzięcza wiele językowi i że każdy pisarz, literat, czy historyk nie może do końca uciec z własnego światopoglądu. Ja też, ale tym bardziej redaktor Kącki, który z niego nie wyszedł, nie zadał sobie pytań o kondycję Innego z jego perspektywy – czyli katolika właśnie.

Słówko o konstrukcji książki. Nie przyjmuję do wiadomości style „zamiast wstępu”, lub „zamiast zakończenia”. Jest albo go nie ma. Ta książka nie ma ani tego, ani tego. Jest za to zamknięta w cztery części/rozdziały, co ma swoje znaczenie metaforyczne. Pierwsza to „Dybuk”, co jest bezpośrednim nawiązaniem do żydowskiej przeszłości, zapomnianej i  nieobecnej w pamięci Białegostoku. Druga część odnosi się do artefaktów tej żydowskiej pamięci, w tym do postaci Zamenhoffa, twórcy esperanto. Im dalej, tym gorzej. Nie dla emocji, bo tych książka dostarcza mnóstwo, ale dla samego reportażu. Bo dwie ostatnie części „White – Power”, bynajmniej reportażem, nie są. Książka Kąckiego zamienia się w manifest skierowany przeciwko skinom, skrajnej prawicy, Kościołowi Katolickiemu, PiS-owi, oazie, i Bóg wie jeszcze komu. Manifest manifestem, w końcu Karol Marks swój z 1848 roku napisał po coś; Kącki nie wiem, czemu miesza porządki, przykłada pałą na oślep, co obraca się przeciw samej książce.

Jednak do rzeczy. O tym, że Polacy nie chcą pamiętać o Żydach i nie przyjmują en masse do wiadomości, że 6600 sprawiedliwych wśród narodów świata nie przekreśla kilkudziesięciu, jeśli nie kilkuset tysięcy Polaków, którzy zachowali się wobec Żydów w sposób podły w czasie II wojny, nie mam problemu, czemu wiele razy dawałem wyraz na tym blogu. Zawsze uważałem, że było więcej Polaków wydających Żydów niż ratujących. Jednak nie czas i miejsce by prowadzić o tym dysputę. W odniesieniu do „Dybuka”, pierwszej części książki Kąckiego, uważam ją za najciekawszą i najbardziej reporterską…jest bowiem tajemnica i są ludzie z nią związani, wydobyci z niepamięci, z niesamowicie skomplikowanymi życiorysami, połamanym życiem, bo życie uratowanego z Holokaustu wcale nie jest łatwym doświadczeniem. Jest w tej części książki ból, rozpacz i pragnienie zrozumienia i ponownego odkrycia swojej utraconej tożsamości, nawet jeśli cena bycia Żydem w dzisiejszej Polsce jest bardzo wysoka. W części drugiej poświęconej zapomnianym, lub nigdy nie powstałym pomnikom pamięci, jak kamienica Zamenhoffa, stary żydowski cmentarz, który po wojnie zasypano, tworząc coś na kształt sztucznego wzgórza porośniętego lasem, tablica poświęcona pomordowanym Żydom białostockim zaczyna się wkraczanie na obszary polityczne. To jest dość znośne, miejscami ciekawe, śmieszno-straszne.

Porządek reportażu załamuje się całkowicie, gdy redaktor Kącki zaczyna swój odlot. Po co poświęcać kilkadziesiąt stron na opis środowiska skinów białostockich? Jak oni mają się do ponad trzystutysięcznej populacji miasta? Są dla niej reprezentatywni? Co jest w nich tak ciekawego, że przybliża się nam ich z wiwisekcyjnym i obsesyjnym zadęciem? Pozostawiam te pytania bez odpowiedzi. Inne tematy są pochodną osi narracyjnej, uwarunkowanej ideologicznie. Tu właśnie jest ukryty jest podstawowy ideologiczny błąd tej książki. A priori założono, że „Biała siła, czarna pamięć” ma być maczugą bijącą po głowie. Kogo? Bo tych, w których bije, w żaden sposób nie dotknie. Żaden idiotyczny skin opisany na kartach tej książki jej nie przeczyta.

Mamy więc opowieść o odtrąconym Teatrze, którego największym dziełem jest wystawienie na Podlasiu „Golgoty Picnic” (ja sam, choć uważam się za katolickiego liberała mam dreszcz obrzydzenia na samą myśl o tym przedstawieniu) i mnóstwo biadolenia, użalania się nad sobą, jakiegoś nieszczęśliwego geja, który nie może znaleźć sobie w Białymstoku chłopaka (to trzeba wyjechać do Warszawy) i jest powszechnie nienawidzony. W Białymstoku wszyscy nienawidzą wszystkich, ale na pewno katolicy prawosławnych. Nie odwrotnie. Mamy opowieść o parafii i księdzu i na sam koniec tekst o cudzie eucharystycznym w Sokółce, a raczej o pewnej profesor patolog, która badała próbkę. I w zasadzie tylko dostojna forma książki nominowanej do Nike sprawia, że nie poleciały bluzgi.

Nawet jeśli autor jest niewierzący (ja skłaniam się do pewnego dystansu poznawczego wobec „cudów”), nic nie usprawiedliwia pisania tylko po to, by ośmieszyć. Profesorka, rozmówczyni została groteskowo sportretowana jako fanatyczka, która nie dosłownie, ale w ukryciu sfałszowała badania mające dowodzić cudu. Przecież nie o cudzie w Sokółce ta książka traktuje. Książka nie ma klamry spajającej ją w całość. Rozdział o Sokółce wpada do tej książki…jak diabeł z kapelusza. Na kartach książki daje się wyczuć jawną, zimną niechęć do Kościoła Katolickiego w ogóle (ja na przykład nie lubię biskupów, ale nie piszę o tym, bo to moja prywatna sprawa), która w ostatnim rozdziale zamienia się w ledwo skrywaną nienawiść. Dezawuuje sam siebie redaktor Kącki. Niech mi wybaczy, ale tak czytam jego książkę. 

Przecież miarą katolicyzmu nie są ci, którzy podpalali stodołę w Jedwabnem (tak tak, o tym też Kącki pisze wszystko), tylko rodzina Ulmów spalona razem z Żydami. Ja mam świadomość, że ktoś musiał Ulmów wydać, najprawdopodobniej kolejny dobry Polak  (polska nieoceniona Wikipedia podaje, że ten który wydał Ulmów był Ukraińcem). Katolicyzm jest w tej książce strasznie sportretowany. Nie ma ani jednego normalnego katolika na kartach książki redaktora Kąckiego. To albo fanatycy, albo ludzie mierni inteligencją, mierni moralnie. To jest błąd pars pro toto, który z perspektywy bezstronności reportażu jest nie do obrony. Ani jeden skin sportretowany w książce Kąckiego nie pochodzi z katolickiego domu. Ale to już redaktorowi umknęło.

Podsumowując książka Marcina Kąckiego jest książką straconej szansy. Jest zaprzepaszczoną przez ideologiczną furię szansą na wielką literaturę. Mogła to być literackie remedium na „Sąsiadów” Grossa. A wyszło, sami oceńcie. Wydaje mi się, że na studiach dziennikarskich książkę redaktora Kąckiego można i trzeba pokazać i mówić, jako przykład jak nie należy prowadzić reportażu. Jest bowiem pozycja ta obarczona błędem niechęci tak jawnej i i tak obsesyjnej – szczególnie w części III i IV – dezawuuje się jako reportaż w ogóle.

 

Opublikowano antysemityzm, Czarna Ziemia, dyskurs historyczny, faszyzm, Holokaust, komunizm w Polsce, kultura, polityka, PRL, rasizm, religia, reportaż, Szoah, totalitaryzm, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj