O samotności Wielkiego Piątku

Wielki Piątek

Wielki Piątek jest smutnym dniem. To truizm, ponieważ dla chrześcijan to jest i powinien być dzień zadumy, wpatrywania się z nadzieją w krzyż. Ja jednak postanowiłem napisać szczere wyznanie katolickiego heretyka. Jestem bowiem heretykiem. Nie lubię biskupów, ani czołobitności wobec nich. Nie lubię pancernych katolików, choć wiele lat temu sam nim byłem. W moim jednostkowym katolicyzmie oderwanym od doświadczenia wspólnotowości kiełkuje od lat bakcyl herezji. Oczywiście praktykuję religię w sposób wolny i szczery. Moja heterodoksyjność jest pewną formą sprzeciwu wobec skostniałego kościoła, w którym jestem samotny.

Oczywiście próbowałem różnych wspólnot w czasach studiów, ale duszpasterstwa są przede wszystkim po to, żeby znaleźć żonę lub męża. A z moją nieskrępowaną i bezczelnie cierpiącą samotnością jakoś nie pasuję do katolicyzmu rodem z duszpasterstwa. Dzisiaj ci ludzie sami mają dzieci i spotykają się porównując własne dzieci oraz kolejne planowane dzieci i w ogóle żeby dobrze się poczuć. Z tego też powodu nie spotykam się z nimi zrywając braterskie więzy. Nie pasowałbym już do tego środowiska z moim bezczelnie wątpiącym indywidualizmem. Problem polega na tym, że ja nie czuję się dobrze w Kościele. Ni ziębi mnie, ni grzeje kanonizacja Jana Pawła II, wobec którego mam uczucia szczerze patriotyczne, ale zarazem ambiwalentne. Nigdy nie mogłem zrozumieć na czym polegał fenomen tych milionowych pielgrzymek i wsłuchiwania się w „głos” Ojca Świętego. Pamiętam, gdy jako pilny student na KUL w roku 1999 wbrew ludziom z roku po prostu zostałem w Lublinie i nie pojechałem „wsłuchiwać się w ojcowski głos papieża” w Sandomierzu. Wolałem po prostu by średniowieczny Sandomierz istniał tylko dla mnie. Samotność wobec średniowiecznych murów nabiera wymiaru tragifarsy. Nigdy też nie mogłem przebrnąć przez biografię papieża autorstwa George Weigela.

Chodzę wciąż do Kościoła i słucham i dziwię się temu, co słyszę. Otóż wszystkie listy biskupów i kazania uczonych lub mniej uczonych księży z ostatnich kilku miesięcy zmuszają mnie do refleksji o naturze rodziny, o jej zagrożeniach. Słucham i więdnę na dźwięk słowa „gender” odmienianego przez wszystkie przypadki; ile godzin religii powinno być w szkole, dlaczego dzieci nie mogą mieć religii na maturze, itd. Nie słucham natomiast o nadziei powszechnego zbawienia, ani słowa o losie ludzi samotnych. Bo i co taki ksiądz, czy biskup miałby do powiedzenia mnie człowiekowi samotnemu z wyboru, lub z przypadku, lub w wyniku przeznaczenia? Stan samotności jest w kościele stanem nienormatywnym (oczywiście nie wliczając w to obligatoryjnego celibatu duchowieństwa – sic!). Więc zrezygnowałem z sadomasochistycznego tłumaczenia w spowiedzi dlaczego się nie ożeniłem i dlaczego nie czuję się w obowiązku ożenienia się. Kościół polskich biskupów walczących o telewizję Trwam i zmagających się ze złym światem o utrzymanie swojego stanu posiadania jest wspólnotą „post – JPII”. Przepraszam za ten potworek językowy. Wiem, że pisząc te słowa ściągam na siebie słowa gniewu ludzi godnych i rodzinnych, którzy znaleźli „miłość Bożą” i czują się spełnieni. Ja jestem jedną nogą poza Kościołem z duszą gotową do odlotu. Nie jestem też wierzący w nowej odmianie polskiej religijności patriotycznej, czyli religii smoleńskiej. Kacerz ze mnie pełną gębą. W drugi dzień świąt wielkanocnych nie daję na tacę; zbierają akurat na KUL. To moja mała zemsta.

Samotność jest bowiem stanem duszy; ja jestem sam, ale nie czuję się samotny. Nie odczuwam potrzeby „walki o szczęście” innych ludzi. Wiele razy już słuchałem, że widać wzgardziłem „miłością Bożą” i teraz Bóg mnie karze. Katolicy mają zadziwiającą tendencję do poprawiania „innych”, mniej prawomyślnych ludzi, mówiąc o tym, że nie spotkali Jezusa, albo że nie dość pokochali Boga, albo że są skrzywdzeni i nie mogą spotkać „miłości bożej”. Swoją drogą mało kto zastanawia się dziś jak można kochać kogoś, kogo „nikt nigdy nie spotkał twarzą w twarz”. W mojej pustelni szukam zatem doświadczenia granicznego, na krawędzi, jakiegoś ostatecznego wymiaru istnienia. Inni ludzie szukają swojej doskonałości mając jednego partnera przez całe życie, inni mając dwu, trzech. Ja szukam mojej doskonałości nie oddając się nikomu. W religii jest wielka nadzieja, i choć religijna pycha ludzi mieniących się ludźmi kościoła mierzi mnie, nie mniej przykra jest pycha ateistów, gardzących granicznym doświadczeniem jakim jest religia. Z taką pychą też się zetknąłem. Nie wiem, która gorsza. Przyjmuję ludzi, takimi jakimi są. Zastanawiające, że wszystkie moje relacje z „pancernymi katolikami” z uniwersytetu się rozsypały. Mam przyjaciół wśród ludzi wątpiących, niewierzących, Żydów. Nauczyłem się w pokorze wobec mojego Boga, ukrzyżowanego Żyda, przyjmować ludzi takimi jacy są.

Pisanie jest też formą opowiadania o samotności. Moi bohaterowie są otoczeni innymi ludźmi, kochają i cierpią, bo czyż zostaliśmy stworzeni do czegoś innego niż ból? Szukałem przez bardzo wiele lat uniwersalnej historii, która ukazałaby los człowieka wobec pytań prawdę ostatecznych. I znalazłem taką historię. W Auschwitz wobec potęgi wszechobecnej śmierci tym ostrzej toczyło się życie. Romans Franza Wunscha i Heleny Citronowej posłużył mi do opowiedzenie uniwersalnej historii o życiu i śmierci, o duszy, o zmaganiu się dwu światów, jakże sobie bliskich i zarazem jakżeż obcych – świata Żydów i katolicyzmu. Publikując tę książkę pokonałem samego siebie. Pociągają mnie nieustannie inne światy, inni ludzie i inne cierpienia niż moje.

Za godzinę pójdę znów na liturgię Wielkiego Piątku, będę znów patrzył na mojego znudzonego i zirytowanego ludźmi proboszcza. Przez godzinę będę słuchał opowieści o męce Pańskiej czytanej przez księży i lektorów. Potem przez kolejną godzinę będę obserwował obrząd ucałowania krzyża. Cały kościół musi ustawić się do kolejki i rząd za rzędem iść obowiązkowo do ucałowania figury na krzyżu. Co nam ów obrząd powie o naszej religijności? Czy nauczy nas kochać ludzi takimi jacy są? Ja poczekam na koniec. Wierzę, że ostatni będą pierwszymi i pierwsi ostatnimi. Potem po rozdaniu ciała Pańskiego eucharystia zostanie zamknięta w ciemnicy. W centrum będzie figurka Pana Jezusa, dzieci będą przychodzić koło niej i wrzucać pieniążek do skarbonki „dla małej Bozi” ponaglane przez swoje polskie i katolickie matki. Potem będą przy figurce asystowały „róże niewiast i ojców”, w swoim patriotycznym smutku, przy dźwięku odmawianych różańców za „dzieci poczęte”, za „ojczyznę polską”. Potem będzie święcone w sobotni poranek; Bozia pobłogosławi szyneczkę i jajeczko i zajączka. Wieczorem w sobotę odbędzie się liturgia zmartwychwstania w którym proboszcz swoim góralskim głosem będzie się modlił za Żydów i za ludzi różnych religii. Potem są kolejne rodzinne polskie katolickie święta.

Będę stał z boku. Będę patrzył na religijny teatr napisanych i społecznie ugruntowanych ról. Jak zwykle przez wszystkie dni aż do skończenia świata. Czy moje naprawdę grzeszne życie będzie miało jakiekolwiek znaczenie? Czy wobec tej milczącej wieczności moja samotnia wpisana jest w boski plan zbawienia wszystkich? A może będzie jednak z poszanowaniem wolności? Ja nigdy nie wierzyłem w postulaty księdza Hryniewicza, że piekło będzie puste. Czy ktoś dziś zadaje sobie pytanie o rzeczy naprawdę ważne. Jakie to rzeczy? Ja zawsze dbam o to, by kwiaty były podlane i aby bezdomne miałczące koty, które przychodzą do mojego ogrodu z żałością błagając o trochę karmy i odrobinę pieszczoty, były w swoim kocim istnieniu zaspokojone. Czyż nie zostaniemy rozliczeni z tego, jak traktowaliśmy tych najmniejszych? Idę w Wielki Piątek do Kościoła z dokonaną już moją koślawą spowiedzią. To są rzeczy naprawdę ważne. Lubię wiersz Zbigniewa Herberta „Kuszenie Barucha Spinozy”, bo tam Nieprzyjaciel kusi Spinozę normalnością. Pyta nawet, czy Spinoza zadbał o kobietę, która urodzi mu dziecko, i czy napisał panegiryk dla Ludwika XIV (król i tak przecież tego nie przeczyta). Wielki Piątek wdziera się zatem w moją nadczułą codzienność egoistycznego estety, i nie pozwala mi poczuć się naprawdę dobrze. Krzyż i jego ciężar są dziś cięższe. Ból podchodzi pod powłokę mojej skóry. Jest usytuowany tuż pod naskórkiem. Wdziera się do duszy. Nie zagłusza go nawet Barbara Streisand, ani Requiem Mozarta.

Więc ja heretyk, niepokorny samotnik idę do mojego kościoła parafialnego, żeby poczuć zapach kadzidła (ciekawe czy to będzie to samo kadzidło, które użyją w czasie mojego pogrzebu?). Po co tam idę? Skoro krytykuję Kościół i mądrych biskupów? Bo mam nadzieję, że po raz kolejny w ten Wielki Piątek znajdę cząstkę usprawiedliwienia. To przecież takie ludzkie; przenieść własne życie i wybory jakich dokonaliśmy na ramiona tego tajemniczego człowieka na krzyżu. To tak samo jakbym szedł tego dnia na nabożeństwo do pizańskiej katedry w której byłem przed niespełna tygodniem. Swoją drogą dobra muzułmanka zapytała mnie we Włoszech, dlaczego nie mogę przyjąć Proroka.

Bo nie mogę zdradzić Chrystusa, odpowiedziałem. Jestem połamany w Wielki Piątek i idę na liturgię, żeby ocalić cząstkę wiary, jak we „Mszy za miasto Arras”.

Credo quia absurdum. Dziś na wieczór rozważanie z Tertuliana (…też heretyka).

Informacje o Wojciech Dutka

Pisarz, doktor historii (ur. 1979). W marcu 2014 roku obronił doktorat na Wydziale Historycznym UJ dotyczący Stanisława Koźmiana, znanego polityka galicyjskiego z XIX wieku, współautora Teki Stańczyka, pisarza, publicysty i historyka. Stypendysta Jewish Foundation for the Righteous i Departamentu Stanu USA na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku w czerwcu 2014 roku. Publikował w najważniejszych polskich czasopismach naukowych, "Kwartalniku Historycznym", "Przeglądzie Historycznym", "Przeglądzie Humanistycznym", "Czasach Nowożytnych", "Klio", "Kwartalniku Historii Żydów", "Roczniku Historii Prasy Polskiej" i wielu innych. Interesuje się przede wszystkim historią historiografii, formami narracji historycznej. W 2011 nagrodzony nagrodą Ministra Zdrowia za publikację w "American Journal of Public Health". Opublikował także 5 powieści historycznych nakładem wydawnictwa Albatros: "Krew Faraonów" w 2005, "Taniec Szarańczy" w 2007, "Bractwo Mandylionu" w 2009, i "Czerń i Purpura" w 2013. W roku 2015 ukazała się powieść "Kartagińskie ostrze" nakładem tego samego wydawnictwa. Pisze następne książki, i uczy historii w programie matury międzynarodowej.
Ten wpis został opublikowany w kategorii autobiografia, refleksja autorska, religia katolicka, rozważanie wielkopiątkowe, spowiedź, Wielkanoc, wyznanie i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „O samotności Wielkiego Piątku

  1. ~AT pisze:

    św. Tereska „Dzieje duszy – Poprzez noc wiary”
    „O! niech mi Jezus przebaczy, jeżeli zrobiłam Mu przykrość. On dobrze wie, że choć nie czerpię pociechy z Wiary, staram się jednak pełnić jej uczynki. Wiem, że w ciągu tego roku wzbudziłam w sobie więcej aktów wiary niż w ciągu całego mego życia. W każdej nadarzającej się okazji, kiedy to mój nieprzyjaciel chce mnie sprowokować do walki, dowodzę mojej dzielności, wiedząc bowiem, że tchórzostwem jest pojedynkować się, odwracam się plecami do mego przeciwnika nie patrząc mu w oczy. Biegnę wówczas do mego Jezusa i mówię Mu, że jestem gotowa wylać ostatnią kroplę krwi dla wyznania tej prawdy, że Niebo istnieje.”

    „. ..mogłabyś mniemać, że moja dusza opływa w pociechy, że zasłona wiary została prawie rozdarta. A tymczasem… dla mnie to już nawet nie jest zasłona, to mur, który się wznosi prawie do nieba i przysłania gwiaździsty firmament… Kiedy śpiewam o szczęściu Nieba, o wiecznym posiadaniu Boga, czynię to bez żadnej wewnętrznej radości, opiewam po prostu to, w co CHCĘ WIERZYC. To prawda, że czasem nikły promyk słońca rozjaśnia moje ciemności, ale doświadczenie ustaje tylko na chwilę, po czym wspomnienie tego promyka, zamiast mnie pocieszyć, sprawia, że ciemności wydają mi się jeszcze bardziej nieprzeniknione.”

  2. ~MamaJózia pisze:

    Drogi Pisarzu
    I po co demonizować samotność – w Nowym Jorku co drugie mieszkanie ma jednego najemcę. W czasach o. Adama Szustaka u dominikanów spowiedź jest już całkiem godziwa – ja zatwardziała rozwódka, co uciekłam od męża z dzieckiem przy piersi… mam taką nadzieję bo od trzech lat planuję, że tam pójdę…
    Problem duszpasterstw jest jeszcze głębszy – zbierają dlatego, że chcą prowadzić a nie dlatego, że stają się miejscem w którym każdy przygarnięty może odkryć swoje własne, osobiste „światło” (? – a nie znalazłam słowa, to tak po platońsku). I zgoda, że już od dawna Kościół szczególnie ten „strukturalny” działa jak program lojalnościowy – używając języka marketingu… Swego czasu pewien dziennikarzyna z 6 czy 7 dzieci chciał za to medal (za te dzieci) – i oburzał się na papieża Franciszka, że każe myśleć przy poczynaniu… No mój ulubieniec … To on je robił, bo za to jest estyma w duszpasterstwach??? – wyjaśniłeś mi, widzisz… – a miałam nadzieję, że ma w tym spełnienie.
    Ach tak, tekst poruszający – ale samotność na prawdę jest dobra – nie myślę, by Bóg myślał o niej jak o zaniechanym zadaniu – pierwsze co nam zostało zadane to strzec naszej godności – a później „jedni drugich brzemiona nosić”. A małżeństwo jest trudne i nie masz czego żałować… Ale kochać Boga i wierzyć Młodemu Żydowi z Krzyża – to jest łaska i smak życia… Sukcesów życzę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>