Himalaje – impresja o nienapisanym opowiadaniu

Czytelniku,

Ten blog to literacki eksperyment. Książka, która powstaje na oczach ludzi. Żywy zapis moich myśli, urwanych, nieposklejanych, pełnych bólu. Wiwisekcja, jakiej dokonuję na sobie. Czy uda mi się zrobić z tego bloga literaturę? To zapis moich obsesji, mojej bardzo poskręcanej wiary i mojej samotności. Mam nieraz myśli niebezpieczne. Jedną z nich jest ta, żeby zobaczyć Himalaje. Ową myśl podsunęła mi Dag chyba rok temu i wbrew pozorom jest to myśl do realizacji. Są bowiem firmy specjalizujące się w turystyce górskiej, a dojście do obozu pod Everestem, na lodowcu Rongbuk jest w zasięgu laików, takich jak ja. Oczywiście za odpowiednie pieniądze. Mógłbym postawić na szali moje życie. Nie jestem obciążony rodziną.

Jednak nie o tym chcę teraz napisać. Jestem świeżo po książce Reinholda Messnera „Druga śmierć Mallory`ego” i muszę powiedzieć, że zazdroszczę mu tej książki. A zarazem wiem, że ów Niemiec z południowego Tyrolu, obywatel Włoch, jest najodpowiedniejszą osobą do jej napisania. Czy jednak nie mogę napisać o Mallorym tych kilku słów peryfrazując słowa Alberta Camusa z „Mitu Syzyfa”? Ja wyobrażam sobie Mallory`ego szczęśliwym w tym ostatnim rozdaniu, w tej ostatniej chwili, zanim odpadł od ściany Everestu. Znajdował się już poza krawędzią strachu, przed ostateczną granicą, przed wejściem w wielką nicość.

Nigdy nie byłem w Himalajach. Ale myślę, że wyczuwam, dlaczego ludzie idą na 8000. Nie chodzi o adrenalinę. Jest taki moment, kiedy idąc na taką wysokość człowiek znajduje się w absolutnej samotności wobec innych ludzi, innych cierpień i Boga. Można zamknąć już w dłoni tylko swoją własną śmierć. To granica absolutnej samotności. Bo czymże innym było przejście najwyższej ściany na ziemi – Nanga Parbat? Czym innym było zeszłoroczne samotne wejście na południową ścianę Annapurny? Czym innym będzie samotne przejście południowej ściany Lhotse? Na pewno znajdzie się szaleniec, który w końcu przesunie możliwości człowieka w Himalajach o jeszcze jedną granicę. W rytm tętnic odmierzających rytm między życiem i czarną pustką. Zegarmistrz światła przesuwa tę granicę w świetle i lodzie. Niebo błękitne staje się ciemnogranatowe, a słońce – jeśli jest – wydaje się bliższe niż kiedykolwiek wcześniej. Lód ma tysiące odcieni błękitu.

Ja sobie wyobrażam, że Mallory wchodzi na Everest z ludzkiego pragnienia przekraczania granic, których nie można przekroczyć. W 1924 roku wejście na 8850 metrów było poza możliwościami ludzkiej techniki, która tak pomaga dzisiejszym wspinaczom. Jednak Everest jest górą niesłusznie lekceważoną. Turyści Himalajscy, naburmuszeni testosteronem biznesmeni szastający forsą lubią graniczne doznania. Jednak dwa dni temu Everest pochłonął 12 osób; tym razem Szerpów wieszających nową poręczówkę między uskokiem pierwszym, drugim i szczytem. Ileż istnień pochłonął do tej pory Icefall? Przez lodospad wiedzie tylko jedna droga na Everest; w tym ruchomym lodzie czają się demony. Jest bowiem wiele racji w twierdzeniu, że buddyzm lamajski obłaskawia ciemność. Lodospad porusza się w rytmie nieubłaganym i ledwo dostrzegalnym dla ludzi. Dopiero po pokonaniu tej przeszkody, w dwa, czasami nawet trzy dni wchodzi się na Kocioł Zachodni, ciemną dolinę między masywem Lhotse i Everestem. Te dwie siostry są śmiertelnie groźne , a Lhotse gdzie zginął Jerzy Kukuczka, jest groźniejsza od swej wielkiej siostry, Bogini Matki Ziemi.

Potem droga wiedzie w górę, ominąć trzeba bergszrund, bezkresną szczelinę brzeżną Everestu. To wejście do otchłani, we wnętrzności świata. Trzeba nadłożyć sporo drogi, żeby bezpiecznie ominąć bergszrund. Na zboczu Everestu pod kątem prawie 45 stopni, w dół  po lodzie zsuwa się wszystko, o czym przekonał się szalony Japończyk, Miura, który zjechał z przełęczy południowej na nartach. Z przełęczy jest droga na szczyt Everestu, przykryty zwykle huraganowym wiatrem chłoszczącym nagą, czarną skałę. To właśnie miejsce osobliwości, gdzie padają pytania o rzeczy ostateczne.

Wejście w te szczytowe partie gór chyba nigdy nie będzie mi dane. Moja myśl skłania się jednak ku napisaniu dużej noweli o polskiej wyprawie na Nanga Devi z roku 1939, groźny siedmiotysięcznik w Himalajach. Polacy po raz pierwszy przekroczyli granice Tybetu i wyprawa zakończyła się tragicznie. Czy napiszę ten tekst? Po doktoracie odżywam pisarsko. Kłębią się w mojej głowie różne dziwne i niebezpieczne teksty. Pisarz ma zawsze przewagę nad kartką papieru. Ona zawsze się poddaje. Lubię udręczać słowa i zamykać je w więzieniach sensów, jakie ja im nadam. Czy jest w tym pycha? Czy w pisaniu jest bakcyl szatańskiej pychy?

Himalaje to temat trudny. Jestem w stanie napisać ten tekst, a zarazem nie jestem w stanie tego uczynić. Muszę doświadczyć bólu pieszej drogi z Katmandu na Rongbuk, żeby wyobrazić sobie to, co przeżywali Polacy w roku 1939. Czy będą mnie tak bolały nogi? Czy dam radę wycisnąć z mojego przyzwyczajonego do dobrego życia ciała taką energię? Czy nie przestraszę się konsekwencji skręcenia nogi na 4500 metrów? Czy podołam wydolnościowo? Czy choroba wysokościowa nie zaatakuje mnie na 5000, przed śmiertelnie groźną ścianą Icefallu?  Boję się. Ale ten strach jest też ceną samotnej decyzji. Nie podjąłem jej jeszcze: mam wciąż wybór.

Intryguje mnie pytanie o wybór Mallory`ego.  Mówimy ciągle o nim, bo to jego ciało wmarznięte w skałę znalazł w roku 1999 amerykański himalaista Conrad Anker na wysokości 8300 metrów. To strefa śmierci. Ta, która spotkała Anglika nigdy nie zostanie w pełni wyjaśniona. Jest jednak jeszcze drugi bohater, który w czerwcu 1924 roku był widziany z przełęczy południowej na wysokości 8600 razem z naszym bohaterem. Mówię o Irwinie, młodym, entuzjastycznym chłopaku, który nigdy nie wrócił, tak jak owładnięty obsesją Everestu Mallory. Czy umarli razem? Czy czekan znaleziony po północnej stronie Everestu był Mallory`ego, czy należał do Irwina?

Pociąga mnie bardzo narracja mozaikowa. Tak napisałem „Taniec Szarańczy”, w dwu planach, współczesnym i tym wojennym. Czy owa hipotetyczna nowela o Himalajach powinna mieć dwie, może trzy osie czasowe, jak robi to z powodzeniem Innaritu, ów genialny Meksykanin w swoich filmach, które nieustannie rozkochują Hollywood? Mallory miał już swoją drugą śmierć. Książkę poświęcił mu Messner. Irwin jej nie ma. Jego pamięć wymaga tego tekstu. Mój umysł szuka tylko odpowiedniej matrycy zanim wprawię w ruch pióro.

Papier jest cierpliwy. Czeka na mnie zawsze w piątek, kiedy wracam z Gliwic do domu. Te kartki zbyt długo znosiły moje milczenie. Mam wobec nich spory dług. Muszę go spłacić.

Informacje o Wojciech Dutka

Pisarz, doktor historii (ur. 1979). W marcu 2014 roku obronił doktorat na Wydziale Historycznym UJ dotyczący Stanisława Koźmiana, znanego polityka galicyjskiego z XIX wieku, współautora Teki Stańczyka, pisarza, publicysty i historyka. Stypendysta Jewish Foundation for the Righteous i Departamentu Stanu USA na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku w czerwcu 2014 roku. Publikował w najważniejszych polskich czasopismach naukowych, "Kwartalniku Historycznym", "Przeglądzie Historycznym", "Przeglądzie Humanistycznym", "Czasach Nowożytnych", "Klio", "Kwartalniku Historii Żydów", "Roczniku Historii Prasy Polskiej" i wielu innych. Interesuje się przede wszystkim historią historiografii, formami narracji historycznej. W 2011 nagrodzony nagrodą Ministra Zdrowia za publikację w "American Journal of Public Health". Opublikował także 5 powieści historycznych nakładem wydawnictwa Albatros: "Krew Faraonów" w 2005, "Taniec Szarańczy" w 2007, "Bractwo Mandylionu" w 2009, i "Czerń i Purpura" w 2013. W roku 2015 ukazała się powieść "Kartagińskie ostrze" nakładem tego samego wydawnictwa. Pisze następne książki, i uczy historii w programie matury międzynarodowej.
Ten wpis został opublikowany w kategorii autobiografia, Himalaje, Literatura, spowiedź, Wielkanoc, wyznanie i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Himalaje – impresja o nienapisanym opowiadaniu

  1. ~korek pisze:

    No właśnie, dlaczego ludzie idą na 8000 m? Co ich do tego pcha? Jeszcze pierwszych wspinaczy rozumiem, ludzie zawsze chcą zdobyć jakiś szczyt pierwsi, ale ci następni? I te tysiące następnych? Chyba chodzi o sprawdzenie samego siebie, a może w pewnym momencie już się tak zakręcają na celu, że nic ich więcej nie obchodzi, nawet możliwość własnej śmierci?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>