Madonna ze Stalingradu

Blogu,

Tym razem zamieszczam opowiadanie/nowelę, jaką napisałem ponad 10 lat temu w Lublinie.

MADONNA ZE STALINGRADU

17 czerwca 1942 roku

Od czterech dni wszyscy w naszym pułku mówią tylko o ofensywie. Mój przyjaciel Johann, jest zdania, że wojna skończy się do Świąt Bożego Narodzenia i wszyscy wrócimy do domu. Ja też chciałbym znów zobaczyć matkę, brata Gilberta, który w listopadzie będzie miał 6 lat, wuja Paula i moją Elke. Ale łapię się, że nie potrafię myśleć zbyt często o rodzinie jak czyniłem to dawniej. Od trzech tygodni, kiedy jestem w Rosji, całe moje życie obraca się wśród tych bezkresnych pól jak liść, który zerwany z drzewa spada na ziemię i nie wie, kto go podniesie.

Ale upał rosyjski jest tak wykańczający, że leżysz i nie ruszasz się nie, dlatego że ci się nie chce, tylko, dlatego że nawet nogi zamieniają się w osobne istoty, obdarzone inteligencją, które nie chcą tracić sił. Starzy żołnierze, w tym Wolff z 297 dywizji mówią, że ruskie lato jest tak jak zima – krańcowo wykańczające, ekstremalne a dodatkowego smaczku dodaje fakt, że zewsząd czyhają sowieccy snajperzy, których jedynym marzeniem jest to, żeby rozwalić Ci łeb. Zazdroszczę starym żołnierzom, bo widzieli już takie rzeczy, których ja nie widziałem i byli tam, gdzie ja nie byłem. Wolff na przykład był we Francji, potem w Jugosławii i Grecji i teraz jest w Rosji. Zawsze opowiada, że właściwie mógł zwiedzić za darmo większość Europy. Zapytałem go kiedyś, czy z tego powodu jest wdzięczny wobec fűhrera. Ale Wolff popatrzył na mnie ze zdziwionym wyrazem twarzy, ale nic nie odpowiedział. Ja jednak nalegałem i człowiek, który właściwie mógłby być moim ojcem, w końcu odpowiedział „Gówniarz jeszcze jesteś”.

A ja myślę, że jak tylko Rosja skapituluje, to dostanę pewnie trochę ziemi i tutaj zbuduję mój dom. Każdy Niemiec powinien mieć rodzinę i zbudować dom. Tak mówił mi Ojciec, a ja wierzę memu Ojcu. W ogóle nasza kompania jest w miarę równa, nie ma takich, których bym nie lubił, wszyscy w większości byliśmy z Nadrenii z małych miasteczek leniwie ciągnących się na prawym brzegi wielkiej rzeki, która kiedyś nawet przekraczali Rzymianie

Stary Wolff, który u nas jest w zastępstwie za zabitego kaprala Hirchfelda, mówi nam, że jesteśmy smarki i żebyśmy dziękowali, że do tej pory mamy trzymały nas pod różowiutkim cycuszkiem i dawały popić mleczka. Wszyscy wtedy się śmiejemy – cała nasza paczka: Michael Wintz, przystojny chłopak, który jeszcze w gimnazjum chwalił się, że przespał się ze wszystkimi koleżankami z żeńskiego gimnazjum, chichy, spokojny Karlheinz Knopp, student teologii, który jest dla mnie prawie jak brat. Na Karla wszyscy mówimy „poeta”, bo pisze najpiękniejsze wiersze do dziewczyny, chociaż miedzy nami mówiąc, nigdy się nawet nie całował, i Winfried Scholl „Wini” – chłopak, któremu w szkole szło najgorzej, na którego koleżeństwie nigdy się nie zawiodłem i ja, Robert Deibbe, najmłodszy w naszej paczce, któremu wszyscy wróżyli przyszłość księdza, paradoksalnie wszyscy prócz mnie samego. Dla mnie przyszłością była moja skromna i piegata Elke, której zapachu włosów nigdy nie zapomnę.

W drodze na front dołączył do nas Austriak Johann Strawitzky, który formalnie jest w austriackiej 100 dywizji. Wszyscy polubiliśmy, bo potrafił nam dawać nadzieję. Był po skończonych studiach wyższych z malarstwa na Uniwersytecie Wiedeńskim i jako jedyny z nas był z przekonania narodowym socjalistą, chodził na pogadanki partyjne dla żołnierzy i powtarzał nam ciągle, że instynkt fűhrera nie zawiedzie i teraz latem na pewno Rosja się załamie. Mówiąc szczerze, kiedy na Boże Narodzenie 1941 byłem jeszcze w domu, dopiero po nowym roku dowiedzieliśmy się, że nasi cofnęli się spod Moskwy, co bardzo nas zaskoczyło, bo nikt nie przypuszczał żeby cała ta Moskwa, tak dla nas odległa, mogła się oprzeć niemieckiemu wojsku, które położyło na kolana całą Europę.

Zdziwiłem się potem bardzo, kiedy stary Wolff, który był szewcem spod Heidelbergu i miał ze czterdzieści lat zaczął pewnego wieczora w jakiejś szopie w maju na zgrupowaniu pułku w Polsce opowiadać o Moskwie – o przerażającym zimnie, o zmasakrowanych trupach, o setkach naszych ciał, z których kruki wyjadały oczy i o tym, że Rosjanie z Syberii są strasznymi żołnierzami. Wolff mówił, że setki naszych umarło z zimna, bo nie było wcale zimowych mundurów i koledzy Wolffa zabierali ubrania miejscowym Rosjanom, którzy potem masowo umierali. We wszystko to nie wierzyliśmy, bo ruski Iwan to nie mógł być dobrym żołnierzem Zresztą Michael zaczął traktować Wolffa jako defetystę, bo przecież wiemy, że bolszewicy to na wpół oszalałe dzikie zwierzęta i my jedziemy dać im cywilizację. Potem powiedzieliśmy Wolffowi, że nie zameldujemy o tym sierżantowi, który wcześniej dał nam broszurki o Rosjanach. Szewc nic nie odpowiedział, popatrzył tylko na przystojną twarz Michaela i przez moment zdało mi się, że mógłby mieć syna w naszym wieku. Skinął tylko głową. Ale mnie zrobiło się go żal, bo przecież, jeśli stchórzył, to, po co chce jechać jeszcze raz do Rosji? Dlatego chciałem za wszelką cenę dowiedzieć się o nim więcej i o jego przygodach we Francji, Grecji i właśnie Rosji. Myślę, że jeśli był, chociaż cień prawdy w tym, co mówił Wolff, to chyba, dlatego osiwiał.

22 czerwca 1942

Już rok trwa wojna z bolszewikami, która ma nam przynieść przestrzeń życiową. Około południa porucznik Hamann wbiegł podniecony jak nigdy i powiedział, że za pół godziny mamy być gotowi do wymarszu. Idziemy na pociąg, który podstawią i pojedziemy do Charkowa. Mój Boże, wreszcie początek przygody! Ale oprócz radości, czuję, że będę jeszcze tęsknił do tego lasku.

29 czerwca 1942

Okazało się, że o walkach, jakie od 28 toczyły się wokół Woroneża dowiedzieliśmy się z opóźnieniem, które było wynikiem naszego odizolowania od reszty dywizji. Lasek, w jakim leżeliśmy, był nie tylko miejscem gdzie żarły nas komary, ale miejscem gdzie diabeł mówił dobranoc. W pociągu rozdali nam gazetkę. Pod Woroneżem front rosyjski został rozerwany, choć na kilka dni dywizje grenadierów pancernych utknęły w walkach o miasto. Oficerowie naszego pułku, w tym pułkownik Otto Glaube, są zdania, że bolszewicy uciekają na wschód i nam pozostanie ich tylko gonić. Wszyscy są w dobrych nastrojach, a Michael wręcz podchodzi do rzeczy entuzjastycznie. Ja jednak boję się tych strasznych rosyjskich przestrzeni, które migają przed oczyma jak jakieś wielkie morze. Chociaż trudno oceniać Rosję z perspektywy pędzącego pociągu. Im bardziej myślę o tym wielkim kraju, tym bardziej mam mieszane uczucia.

30 czerwca 1942

Pociąg dotarł na miejsce bez niespodzianki. Nasza kompania dotarła już do reszty pułku, który wchodził w skład 29 dywizji zmotoryzowanej. Jest szansa, że nie będziemy musieli maszerować przez rosyjskie stepy pieszo. Koledzy z piechoty otwarcie nam tego zazdroszczą, mówią na pancerniaków, że są czarni i jest to prawda. Maja czarne mundury i są bez przerwy umorusani smarami, jak tylko sobie pomyślę, jak jest bardzo gorąco w takim czołgu przy trzydziestu pięciu stopniach upału, to mnie mdli.

Pierwsze dni marszu nie były zbyt uciążliwe, wroga prawie nie napotkaliśmy. Nie mogę powiedzieć dokładnie, w jakim miejscu rozpoczęliśmy marsz ku przygodzie, ale było to na pewno gdzieś na południe od Woroneża. Dzisiaj przejeżdżaliśmy przez kilka rosyjskich wsi – dosyć przykre wrażenie ludzi, którzy wychodzili z domów i patrzyli na nas jak na dziwolągi. Jakby nie mieściło im się w głowach, że maszerują Niemcy. Jakiś chłop chciał dać jednemu podoficerowi bochen chleba, ale nie bardzo ten kolega chciał go przyjąć. Może bał się, że chleb był zatruty, ale mnie i Winiemu wydawało się, że ten rosyjski chłop odnosi się do nas z sympatią, dlatego ten chleb wzięliśmy. Chłop uśmiechnął się i zza izby wyjrzały jego dzieci nie mniej zdziwione i przestraszone niż ojciec. Wtedy przypomniałem sobie, jak stary Wolff opowiadał, że podczas walk w zeszłym roku na Ukrainie witano naszych żołnierzy kwiatami. Im bardziej zastanawiam się nad tym wszystkim, tym bardziej mam wrażenie, że nie rozumiem wielu rzeczy na tej wojnie

8 lipca 1942

Płoną stepy, morze płomieni. Nie można dalej iść. Skręcamy na południowy – wschód. Dym przesłania momentami słońce. I wtedy padają strzały. Stałem koło motocykla, kiedy Wini Scholl rzucił się na mnie. Obaj padliśmy na ziemię. Kule tłukły jak wściekłe. Nie wiem skąd strzelano, ale kilku naszych leżało w pule drogi okrwawionych jak cielęta w rzeźni. Inne kompanie tłuką z karabinów maszynowych w pola dojrzewającej pszenicy, która momentami staje w płomieniach. Piekło. Potem okazuje się, że strzelali dwaj żołnierze bolszewiccy schowani w zbożu. Jednego przytroczono do samochodu, niski brudny rosyjski Iwan. Po raz pierwszy widziałem trupa. Mój Knopp popatrzył tylko na mnie i wiedziałem, co znaczył jego wzrok. Czułem to samo. Po co robić z ciała trofeum? Ale pierwszy szok ustąpił, kiedy kilkanaście kilometrów dalej, zobaczyłem nasze trupy. Jakaś kompania dostała się pod gniazdo samotnego karabinu maszynowego, ukrytego w zbożu, podobnie jak strzelcy, których my zabiliśmy. Nigdy nie przypuszczałem, żeby trupy mogły być tak zmasakrowane. Potem widziałem wiele ciał i musze powiedzieć, że następne nie robiły takiego wrażenia.

12 lipca 1942

Wpadliśmy na jakąś bolszewicką dywizję wczoraj wieczorem. Cały dzień stukasy podchodziły bardzo nisko i w momencie, gdy pilot podrywał tego niesamowitego ptaka do góry, ruskie pozycje wybuchały gejzerem ogni i ziemi. Stukasy robią wielkie wrażenie, ryk syreny jest uderzający. Knoppi powiedział, że niemożliwe żeby po takim bombardowaniu ktokolwiek mógł tam przeżyć. W nocy mamy okrążyć Rosjan z lewej strony z uwagi na szybkość naszego pułku. Glaube jest bardzo zadowolony, bo mieliśmy ponoć tylko 18 zabitych na tysiąc żołnierzy. Gdy patrzę na rosyjskie pozycje wybuchające raz po raz pomarańczowymi językami ognia i wysokimi na kilkanaście metrów gejzerami ziemi, wiem, że ta wojna jest także moja. To, co widzę, dzieje się w mojej obecności i jest też we mnie.

Powiedziałem Knoppowi, że nie często się ogląda bombardowania, przy pięknej pogodzie, że może wyglądać to jak teatr. Knoppi ze znaną tylko sobie emfazą odpowiedział, że jestem walnięty, bo nikt nie myśli w takiej chwili o krajobrazie. Zrozumiałem, że Knoppi się wtedy bał. Tak po prostu, bo będzie musiał pójść i zabić kogoś, kogo nie zna. W jednej chwili bardzo pragnąłem, żeby samoloty zabiły wszystkich Rosjan, bo nie chciałem żebyśmy musieli do kogoś strzelać. Ja jeszcze nie wystrzeliłem, bo nie było nawet, kiedy. Pędzimy przez te pola już prawie dwa tygodnie i na razie nie widać tego końca. Nie liczyłem, ale myślę, że dziennie robimy ponad czterdzieści kilometrów i stajemy w momencie, kiedy motocykle, ciężarówki i lekkie transportery nie mają w bakach benzyny. Te chwile są najpiękniejsze, można wyjść i rozprostować nogi. Cudowne uczucie po kilku godzinach spędzonych w transporterze. Michael powiedział, że nie ma nic piękniejszego niż odlać się po całym dniu na czubki rosyjskich traw. Muszę powiedzieć, że to prawda. Knopp powiedział, że wielka armia niemiecka pruje przez rosyjskie stepy tylko po to, żeby robić zawody w szczaniu na odległość. Dobrze, że Strawitzky tego nie słyszał.

Koło północy dojechały czołgi z pułków 16 dywizji pancernej generała porucznika Angerna z 14 korpusu pancernego generała Hubego. Czołgi zaczęły strzelać salwami w miejsca oświetlone przez race. Huk był tak wielki, że niektórzy nasi ludzie zatykali sobie uszy trawą. Cała noc zamieniła się w jeden wielki cyrk dudniący odgłosami wybuchów i seriami karabinów maszynowych, który wyglądał podświetlony przez race i pożary niczym stada owadów idące na lep światła. Nad ranem okazało się, że nie była to dywizja, tylko cztery kompanie wyposażone w kilka dział przeciwpancernych.

16 lipca 1942

Idziemy dalej na południe. Wszyscy zaczynają mówić, że ma to związek z naszym zamiarem dotarcia do Kaukazu i tamtejszej ropy. Nasze samochody i transportery jadą przez bezkresne morza rosyjskiego zboża. Mój Boże, ile ludzi ten kraj mógłby wyżywić, a zawsze, kiedy wchodziliśmy do jakiejś wioski, ludzie przyjmowali nas serdecznie i nie sposób było robić im jakieś utrudnienia. Zauważyłem, że Ci ludzie są większości głodni. Wprawdzie uczęszczałem tylko jeden semestr na medycynę, bo wezwano mnie do wojska, ale umiem odróżnić człowieka, który żyje dzięki minimum pożywienia. Straszny jest chyba los rosyjskich dzieci, które zapewne mają problemy z przeżyciem zimy. Ale nikomu tego nie mówię, co czuję. Widziałem jak nasi żołnierze zabijali dzieci.

Coraz częściej łapię się, że zastanawiają mnie rzeczy, które pozostają obojętne dla moich kolegów. Śmierć straszliwie jakoś staniała w naszych oczach i widok rozerwanego trupa nie robi już na starszych żołnierzach jakiegoś większego znaczenia, jakby patrzyli na zwłoki padniętej świni lub psa. Jeszcze kilka miesięcy temu, byłem pewny, że życie ludzkie jest wiele warte. Dzisiaj nie umiem już tak powiedzieć. Zapytałem Winiego, co by zrobił gdyby kazali mu zabić. Popatrzył na mnie po raz pierwszy mocno zdziwiony i odparł „A po co innego my tutaj jesteśmy?”.

20 lipca 1942

I znów Rosja – bezkresne pola migoczące zbożem, widok jest niesamowity. Ponoć czołgi Hotha stają niekiedy w miejscu, żeby zorientować się gdzie są i żeby przypadkiem nie zostać zbombardowane przez własne lotnictwo. Jesteśmy codziennie w drodze po kilkadziesiąt kilometrów i wierzę, że dzięki temu wojna się skończy. Kierujemy się teraz na południe, prawdopodobnie w stronę gór Kaukazu, choć nikt tego głośno nie mówi. Zauważyłem, że kiedy czołówka naszej dywizji zatrzymuje się z braku paliwa, pojawiają się jacyś dziwni jeźdźcy na koniach i zawzięcie coś naszym tłumaczą. Potem dowiedziałem się, że byli to Kozacy.

Nigdy nie przypuszczałem, że Rosja może być taka ogromna. Człowiek jest jak kamyk wrzucony do głębokiej studni. Tym jest chyba Rosja.

23 lipca 1942

Wreszcie odmiana  – miasteczko Sowieckoje. Straszna dziura, budynek poczty, mała szkoła i mnóstwo chałup krytych słomą. Michael zszedł z motocykla pierwszy, zobaczył jakieś dwie rosyjskie baby, które zachowywały się bardzo dziwnie. Stały w miejscu i żywo ze sobą rozmawiały. Wyszły też jakieś dzieci – brudne i umorusane. Jeden rosyjski chłopiec podbiegł do Michaela i dał mu jabłko. Tym razem Michael stanął jak wryty. Nie zdarzyło się to po raz pierwszy, kiedy ludzie z rosyjskich wiosek dobrze nas witają. Schodzimy z motocykli, bardzo przyjemne uczucie rozprostować zgięte nogi.

Połowa lipca to w Rosji czas niezwykłych upałów, które w takim samym stopniu dają się we znaki ludziom i zwierzętom. Niedaleko jednej z chałup, w cieniu rzucanym przez okap słomianego dachu, siedział kot. Właściwie leżał, bo nawet, kiedy zawarczały nasze motocykle, nie wstał i nie sprawdził, kim mogą być goście. Nawet dachy pokryte słomą nie były chyba od dłuższego czasu naprawiane, bo sypały się na samo dotknięcie ręki. Dziwiło mnie zawsze, kiedy przyjeżdżaliśmy do rosyjskich wiosek, że czas biegnie tam jakby innym utartym torem odmierzanym nędzą i brakiem kontaktu z innym światem.

Po jakiś dwu godzinach dotarły też forpoczty 14 dywizji pancernej i trochę żołnierzy SS z Eisantzkomanndo. Kilku naszych oficerów było poirytowanych tym, że te rosyjskie baby wciąż stały. I wtedy pojawił się Kurt Heinz, student z Berlina, który jak się okazało mówił po rosyjsku. Baby sądziły, że przyjechali jacyś towarzysze z kołchozu naddońskiego. Heinz powiedział, że jesteśmy Niemcami, a baby stały dalej nie mogą wyjść z podziwu, że po raz pierwszy w życiu widzą Niemców, ale skąd przyszliśmy, nie miały zielonego pojęcia. Zapytały Heinzego jak to się stało, że wielki Stalin tak po prostu nas wpuścił. Heinz z sobie tylko znanym poczuciem humoru odparł, że wielki Stalin nie miał wyboru.

Kurt Heinz jest człowiekiem, który dał mi bardzo dużo. A całą sowiecką wiochę przywołałem, dlatego, bo tam po raz pierwszy rozmawialiśmy. Kurt otworzył mi oczy na pewne rzeczy, których wcześniej nie widziałem. Zaczęliśmy rozmawiać o tym jak to się stało, że jesteśmy gdzieś pośrodku Rosji, zamiast być na uczelni, kochać dziewczyny i wybierać się wieczorami na dobre pszeniczne piwo. I zaczęliśmy sobie opowiadać całe życie. Heinz był protestantem, podobnie jak ja i zaczął mi opowiadać jak wyglądało życie Berlina przed wojną. Prawie poczułem zapach tanich piwiarni i wesołej dekadenckiej atmosfery na uniwersytecie i Kurt mógłby opowiadać dużo, ale kiedy powiedział, że zaczął mieć wątpliwości, kiedy wyrzucili z uniwersytetu wszystkich Żydów gdzieś w połowie 1937 roku. Słuchałem go z zapartym tchem.

- Słuchaj to nie jest tak, że oni zachowywali się jak zawsze. Ale pewne rzeczy były dla mnie nie do zrozumienia, kiedy poszedłem na wiec. Stało tam tysiące ludzi z S.A, świeciły pochodnie i czuło się, że dzieję się coś ważnego, a Ty, choć czasami nie miałeś czego włożyć do garnka, wiedziałeś gdzieś podświadomie, że to będzie początek czegoś nowego i wielkiego. I wtedy uwierzyłem, że wszystkim Niemcom może być lepiej.

- A tamci wyrzuceni?

- Nie myślałem o tym. Berlin wyglądał wtedy najpiękniej i liczyła się atmosfera chwili, czegoś podniosłego. W takich momentach jesteś jak wszyscy i chcesz czuć się szczęśliwy jak wszyscy. W jednej chwili pomyślałem, że śmierć mojego ojca w drugiej bitwie nad Marną nie będzie zmarnowana. Przez cały czas mama mówiła, że ojciec z umarł nadaremno. Wtedy nie liczyła się gorycz. Wierzyłem im jak wszyscy.

- Czujesz się teraz zawiedziony?

Kurt popatrzył na mnie przez chwilę jak czasami nauczyciel matematyki patrzy na swego ucznia, który nie rozumie rachunku prawdopodobieństwa. Nie miałem odwagi po raz drugi zadać tego pytania.

- Robert, nie wiem, czy słyszałeś o wielkim kotle pod Kijowem latem zeszłego roku.

- Tak, czytałem w prasie i słyszałem w radiu. To było wielkie zwycięstwo Rzeszy nad bolszewikami.

- Milion jeńców. Szarych brudnych, zwierzęcych bolszewików, których potem pognano do czegoś, co oni nazywają obozami jenieckimi. Tak się składa, że kiedyś brałem udział w wizytacji takiego ośrodka jako kierowca kapitana z 16 pancernej. Był listopad, a pewnie słyszałeś, jakie w tym przeklętym kraju potrafią być zimy. Połowa jeńców na jakieś czterdzieści tysięcy nie żyła, gówna leżało grubo w barakach prawie na metr i połowa Iwanów pozjadała się nawzajem, a tych, którzy przeżyli, SS zapakowała do pociągów i słuch o nich zaginął. Wiesz, jaki z tego wniosek?

- Nie, nie wiem.

- Odpowiem Ci. Dzisiaj widziałeś jak jakiś chłopiec dał jednemu z naszych jabłko, mimo że sam nie miał drugiego. Wiesz, co Ci ludzie dostaną w zamian od kolegów z Eisantzkomanndo, kiedy tylko ruszycie dalej?

- Co?

- Kulkę w tył głowy. A wiesz, dlaczego? Bo to są rosyjskie zwierzęta, a nie ludzie. Podłe rosyjskie zwierzęta, albo polskie szczury, albo jakieś inne gady. Tak jest od trzech lat. Dlatego nie wygramy tej wojny, po prostu nie możemy jej wygrać.

- Co Ty mówisz?

- Ciszej gołąbku, ciszej. Nie wiesz, co to jest za wojna i zapewniam Cię, że my jej nie wygramy, jeśli nastawimy do siebie miejscową ludność wrogo. Stalin się z nimi nie cackał. Ten chłopiec powiedział Ci o swojej nadziei w tym jabłku, które dał twojemu kumplowi. Dlatego błagam Cię Robert, pomyśl, zanim przez przypadek powiesicie jakąś kobietę z dzieckiem, bo nie będzie miała włosów jak prawdziwa Niemka.

Popatrzyłem wtedy na Kurta inaczej. Bardzo chciałem być jego przyjacielem, bo po raz pierwszy spotkałem człowieka, który myślał. Nie uchybiając Winiemu ani Knoppowi, którzy byli dla mnie jak bracia. Chciałem po prostu, żebyśmy patrzyli tak jak ten uśmiechnięty chłopak z Prus Wschodnich, którego nie zapomnę nigdy. Dwie godziny potem dowieźli benzynę. Mieliśmy ruszać. Idąc w stronę motocykla zobaczyłem tego samego rosyjskiego chłopca, który dał Michaelowi jabłko. Patrzył zaciekawiony i bardzo ufny. Pojechaliśmy, choć w głębi serca czułem, co się stanie. Jakieś dziesięć kilometrów za Sowieckoje usłyszeliśmy serie z karabinów maszynowych, odwróciłem głowę.

Widziałem tylko ogień i dym.

27 lipca 1942

Ponoć jest tak po każdorazowym przejściu oddziałów Wehrmachtu, przychodzi SS i wyławia natychmiast wszystkich podejrzanych o udział w partii bolszewickiej, albo o pochodzenie żydowskie. Zabijają wtedy wszystkich, niezależnie czy są to dziesięcioletni chłopcy, czy osiemdziesięcioletni starcy. Nie próbuję już nawet chcieć rozmawiać o tym ani ze Strawitzkym, ani z naszym Michaelem. Czujemy to wszyscy i myślę, że wszyscy żołnierze wiedzą, co się dzieje na tyłach. Ale mówi się za to ciągle o bandach partyzantów sowieckich, którzy strzelają ponoć do wszystkiego, co się rusza i na drzewo nie ucieka. Koledzy, którzy po kampanii 1941 roku zostali wycofani na Białoruś opowiadali, że pierwsze takie grupy pojawiały się zimą zeszłego roku i dawały się okolicznej ludności tak bardzo we znaki, że z naszą żandarmerią współdziałali chłopi ukraińscy i niektórzy Polacy. Ale jest to dla mnie coś, co znam tylko z opowiadań innych, a teraz widzę inne rzeczy. Bez przerwy pola zboża, czasami wjeżdżamy w jakieś wielkie pastwiska ciągnące się na kilkadziesiąt kilometrów, wydeptane suche i spalone bezlitosnym słońcem. Czołgi są jak jakieś wielkie żuki, które wolno idą ku swemu przeznaczeniu.

Dzisiaj Glaube otrzymał wiadomość o konieczności zatrzymania się. Ponoć oddziały pancerne i zmotoryzowane wyprzedziły piechotę o jakieś sto kilometrów i teraz powstała przerwa. Wszyscy mówią ze zdziwieniem, że sowieckich wojsk poza nielicznymi oddziałami, które nie zdążyły się jak widać wycofać wcześniej, nikt nie widział. Dlatego znaleźliśmy sobie nową pasję – obserwowania pojedynków powietrznych. Nasi asi myśliwców mają na kontach po kilkadziesiąt zestrzeleń i zakładamy się, który samolot, migoczący na niebie niczym wielki ptak jest naszym Messerschmittem, a który sowiecką maszyną. Michael oczywiście świetnie wie, który jest nasz. Widzisz punkt na niebie, który wybucha i nagle następny, który omija go i ulatuje w przestworza. Potrafimy tak patrzeć po dwie, trzy godziny, jednak najlepiej jest patrzeć jak samolot trafiony serią spada z warkoczem ciemnego dymu i kończy swój żywot wielką kula ognia gdzieś w bezkresnym rosyjskim stepie.

4 sierpnia 1942

Dzisiaj rano obok mnie usiadł wróbel. Leżałem obok motocykla, tuż obok Knoppa. Ptak przez chwilą przyglądał mi się spokojnie, dużo spokojniej niż ludzie, po czym zaczął szukać czegoś koło koła. Właśnie wstawało słońce, pomarańczowe języki poranka lekko prześlizgiwały się po rosyjskich polach zboża, a ja wpatrzony w twarz poranka próbowałem znaleźć takie miejsce, gdzie nie byłoby wojny i tego, że idziemy wgłąb tego wielkiego kraju. Patrzyłem to na słońce, to na wróbla i przez moment chciałem być tak mały jak on, tak nic nie znaczący, że prawdziwy. Dużo prawdziwszy niż ja. Zdałem sobie sprawę, że jeśli ten koszmar będzie ciągnął się bez końca, to ten wróbel będzie jedyną normalną rzeczą, jaka ostanie się pod słońcem.

Dzisiaj rozmawiałem, z Knoppem. Ma poważny kryzys. Płakał niemal bez powodu. Nie wiem, czy człowiek w nienormalnych warunkach pragnie odreagować wszystkie rzeczy, które weszły wgłąb jego świadomości, czy dlatego że w beznadziejnych sytuacjach przez płacz stajemy się bardziej twardzi. Zapytałem, dlaczego tak mu ciężko. Odpowiedział, że zastrzelił dwa dni temu rosyjskiego żołnierza, który ruszył się w zbożu i wziął go za zwierzę.

10 sierpnia 1942

Znów w drodze. Glaube dostał wiadomość, że Oberkommanndo der Wehrmacht wydało rozkaz zmiany marszu z południa na południowy – wschód, aby lewe ramię 6 armii mogło szybciej od Rosjan przekroczyć Don. Nigdy nie jechaliśmy jeszcze przez stepy z taką szybkością, tego dnia pod wieczór czułem, że tyłek przypalił mi się od gorąca do siedzenia motocykla.

Natomiast zupełnie niesamowite jest patrzeć na płonące trawy. Pożar zaczyna się dosyć przypadkowo. Lekkie zaczerwienienie, trochę dymku i trawy, które natychmiast gną się jak rozgrzana do czerwoności blacha w hucie. Potem języki czerwieni szybko przerzucają się na inne chwasty i dalej, krok po kroku, pożar spaceruje wierzchołkami traw, niczym jakiś lekkoatleta wyprężający się do skoku o tyczce, zmierzający w górę byle delikatniej i dokładniej. Pożar jest inteligentny i omija te miejsca, gdzie zebrało się trochę wilgoci, nad którą nie ma władzy i sunie dalej niosąc śmierć i zniszczenie wszystkim owadom, które nie mogą uciec. My też idziemy przez te rosyjskie pola jak pożar, tylko, że zamiast owadów giną ludzie.

13 sierpnia 1942

Idziemy jednak na południowy wschód. Przez ostatnie dni zastanawiałem się nad celem naszej wędrówki przez te cholerne stepy. Mieliśmy przeciąć Rosję na pół i zakończyć tę wojnę, ale coraz częściej nachodzi mnie przeczucie, że jest przed nami coś, co odbije się nas wszystkich. Dzisiaj z Schollem mieliśmy rozmowę o dziewczynach. Wini chce ożenić się zaraz jak wyjdzie z wojska. Mówię mu, żeby się ożenić, to trzeba mieć z kim, a on dziewczyny nie miał. Popatrzył na mnie i powiedział, że jak żołnierz wraca z frontu, to kobietki sikają na jego widok. Myślę sobie skąd u niego takie pomysły na życie? I odpowiedź jest chyba ukryta w bogatych doświadczeniach Michaela.

20 sierpnia 1942

Nie pisałem przez ostatnie dziesięć dni, bo nic ciekawego się nie działo. Wciąż jedziemy z dużą szybkością naprzód. Przyszedł w południe rozkaz od Glaubego, że kierujemy się na rzekę Don. I na samą myśl o tym przechodzi mnie mrowie po plecach. Cóż to za niezwykły czas, kiedy Niemcy maszerują na Don. W naszej kompanii atmosfera jest wspaniała. Porucznik Paul Hamman mówi, że sukces jest blisko, bo jeszcze nigdy nie byliśmy tak daleko na wschodzie.

Zastanawiam się, co robi teraz mama i mały Gilbert. W zeszłym roku o tej porze siedziałem w domu po zakończonym semestrze i wiedziałem już, że nie wrócę na uniwersytet. Razem z Knoppem dostaliśmy wtedy powołanie do wojska i mieliśmy wyjechać do jednostki początkiem września na pierwsze przeszkolenie. Piszą, bo dzisiaj mija rok, kiedy moja Elke dowiedziała się, że wyjadę. Byliśmy wtedy na festiwalu niemieckiej piosenki i pamiętam dokładnie jej twarz, kiedy powiedziałem, że idą do wojska. Elke popłakała się i od razu rzuciła mi się na szyję. Czułem oszałamiający zapach jej skóry i włosów i wiedziałem, że cieszyła się z tego, że będę żołnierzem. Czułem, że Elke zazdrościła starszym koleżankom, które miały chłopaków w wojsku.

Teraz patrzę na wypalone rosyjskie stepy, które są dla nas drogą w nieznane, widzę inną trawę i krzaki malin nad rzeką, gdzie wspólnie z Elke chodziliśmy na spacery z jej bratem, Hermanem, który teraz podobno jest we Francji. Dobrze mu. Ale wtedy nad rzeką, wśród malin, które wybuchały sokiem w ustach i pod językiem, nam było też dobrze. Tam gdzie spadła malina, próbowaliśmy zanurzyć się w jej wnętrze, wilgotne i słodkie, które oszałamiało i sprawiało, że zmysły chcą biec ku słońcu, wznieść się ponad to wszystko, czym żyliśmy dotychczas. Knoppi pisze miłosne wierze dalej. Wiem, że chciałby skosztować malin, ale nie mogłem mu powiedzieć, że jej już znam ten smak..

23 sierpnia 1942

Gruchnęła wiadomość, że oddziały piechoty z 51 korpusu von Seydlitza przeprawiały się przez Don. Mój Boże, okazało się również, że będziemy pierwszą jednostką zmotoryzowaną, która przeprawi się przez tę rzekę. Wszyscy się cieszą. Jedziemy wśród płonących siół na prawym brzegu rzeki, saperzy postawili most dość szybko zważywszy, że ponoć jeszcze dwa dni temu, kiedy przeprawiali się chłopcy z 51 korpusu, z brzegu sowieckiego strzelały karabiny maszynowe.

Don jest wielką rzeką, niemal tak dużą jak Ren w środkowym biegu, płynąca wolno i spokojnie, woda ma kolor ciemny, tak jakby rzeka starała się ukryć przed nami swoje podwoje, jakby nie chciała nas puścić dalej. Przez most pontonowy jadą oddziały naszej dywizji i czołgi Hotha, przed nami jest już tylko Wołga. Na lewym brzegu staliśmy z Schollem, kiedy podszedł do nas porucznik Hamman, zagadał jak zwykle uprzejmie, bez pruskiego drylu, który tak lubią Ci okropni Prusacy z Brandenburgii, zapytał nas czy wiemy, gdzie idziemy. Scholl mówi bez wahania „na Kaukaz”, porucznik jakoś dziwnie się uśmiechnął, zapalił papierosa i powiedział patrząc na ciche i spokojne wody Donu, „Nie chłopaki. Idziemy na Stalingrad, fűhrer pragnie zając miasto”. Obydwaj popatrzyliśmy na siebie jak dwaj uczniowie, którzy za chwilę dostaną pasem, ale porucznik szybko to zauważył i powiedział coś, czego nigdy nie zapomnę „Nie przejmujcie się. Lepiej pochodzić po mieście niż biegać na Kaukazie w śniegu jak niedźwiedzie”.

Zauważyłem, że stepy nad Donem są jeszcze bardziej puste i przerażające swoja przestrzenią niż te na Ukrainie i ludzie, którzy tam mieszkają nie są chyba jakoś tak specjalnie zapatrzeni w system sowiecki. Dzisiaj do naszych oficerów zgłosiło się kilkudziesięciu kałmuków z wielbłądami i końmi prosząc, byśmy pozwolili strzelać im do Rosjan, których nienawidzą i uważają za swych odwiecznych wrogów. Na szczęście pułkownik Glaube nie jest w ciemię bitym facetem i natychmiast zapowiedział komórkom Gestapo, które idą za nami, żeby nie ruszali tych ludzi. Jak się okazało dzięki nim, czołgi Hotha mogły w drodze objeżdżać pozycje ukrytych w trawie żołnierzy sowieckich i wytłuc ich do nogi. Knoppa uderzyło to, że wielu ludzi, którzy mieszkają w państwie Stalina i którzy nie są Rosjanami, najchętniej wbiliby ruskim nóż pod żebra. Hamman i Kurt Heinze mówią, że to jest nasza jedyna szansa, żeby wygrać tą wojnę. Mimo że Strawitzky był wściekły i otwarcie mówił, że Glaube zdradził ideał narodowosocjalistycznego żołnierza, nieodparcie mam wrażenie, że pułkownik miał rację. Scholl i Knopp są tego samego zdania. Michael….a zresztą nieważne.

28 sierpnia 1942

Mamy iść na Stalingrad. Wiem, że uczestniczymy w czymś, co jest zupełnie niezwykłe. Dzisiaj po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać znów nad kwestią Boga. Choć przestałem praktykować regularnie jakieś dwa lata temu, to jednak czułem, że wszystko nie może być tylko kwestią przypadku. Do takiego myślenia skłania mnie to, co robią Niemcy na tym froncie. Zabijamy mnóstwo ludzi, tak jakby życie ludzkie zupełnie się nie liczyło, a we mnie coraz bardziej wszystko wyje z rozpaczy. Knopp odczuwa to samo, wiem to na pewno. Myślę, że w naszej kompanii znalazłoby się kilku chłopaków, którzy nie pogodzili się z tym, co się tutaj dzieje. Ale nikt nie chce mówić o tym głośno, wszyscy się boją takich jak Strawitzky, nikt nie chce nawet głośno pomyśleć, co się stanie z naszymi Niemcami, gdybyśmy nie zdołali wygrać tej wojny.

Bardzo chciałbym, chociaż na chwile się zatrzymać. Mundur przylepia się do ciała i nie czujesz nawet, że po tygodniu marszu z nóg robią się ciężkie młoty, pulsują i niektórym krwawią, jeśli ktoś nie miał dobrych, grubych skarpet. Na szczęście mam jeszcze 4 pary takich skarpet, które zrobiła mi moja mama. Jedne dałem Schollowi…bo fajtłapa zgubił gdzieś swoje, albo ktoś mu ukradł. Upał jest straszny, niebo ma białawy odcień. Dzisiaj zauważyłem, że moja skóra zbrązowiała, podobnie jak Schollowi i Knoppowi. Śmiejemy się z Knoppa, że teraz nie musi już pisać wierszy do dziewczyn, bo wystarczyłoby żeby wszedł do żeńskiego gimnazjum, tak jak teraz stoi – opalony na Indianina, w mundurze rozpiętym do połowy i z przerzuconym przez plecy automatem. Na pewno wyszedłby z takiego gimnazjum z żoną – albo dwiema. Knopp też się śmieje, śmiech to zdrowie.

31 sierpnia 1942

Idziemy do przodu, wszyscy wiedzą już, że przed nami jest Stalingrad – wielkie sowieckie miasto. Scholl – ku memu zdumieniu, nie mówiąc już o Strawitzkym i Michaelu widzą w tym koniec wojny. Bardzo chciałbym, żeby mieli rację.

Dzisiaj wieczorem, kiedy na cztery godziny mogliśmy się położyć na ziemi, nagle zdałem sobie sprawę, że jesteśmy jakiś tysiąc pięćset kilometrów od domu. Przestrzeń. Tego po prostu nie rozumiałem, ale gdy widzi się setki transporterów i czołgów jak suną do przodu po stepie, spod gąsienic wznoszą się tumany kurzu, wtedy liczy się tylko zwycięstwo. To jest tylko jedna strona rzeczywistości. Druga jest taka, że zabijamy codziennie setki ludzi. Ostatnie walki nad Donem dały mi do zrozumienia jedno: nigdy nie pokonamy Rosjan, wszyscy mówili jeszcze na wiosnę, że bolszewicy gonią resztkami sił, więc jak to możliwe żeby, co jakiś czas przychodziły coraz to nowsze pułki tęgich ruskich Iwanów, którzy dostają się pod karabiny maszynowe jak barany na rzeź, a ci, którzy zdecydują się bronić, wkopują się jak dziki w ziemię i walczą tak zaciekle, że ludzie ci przypominają niemal zwierzęta, oszalałe, wściekłe i gotowe na wszystko. Niektórzy nasi ludzie zupełnie zatracili ludzkie odruchy – rozstrzelać jeńca, dziecko, czy ciężarną kobietę, to już bez znaczenia. Zabijanie jest drugorzędne, tak jak jedzenie w przypadku bardzo głodnego człowieka: jesz żeby przeżyć, wydalasz, bo musisz, zabijasz, bo to już bez znaczenia.

Coraz częściej poszczególne plutony, zmęczone, pokryte kurzem, niemyte, gdy tylko dostają jakiś rosyjskich jeńców zmieniają się nie do poznania. Widziałem dziś jedno takie przedstawienie; kilku ruskich z unieruchomionego czołgu KW wyciągnęli chłopcy z kompanii porucznika Selle. Kazano im stanąć tyłem do siebie, aby głowy były blisko. Potem wiązano ich sznurem. To byli jacyś młodzi ludzie, krzyczeli coś po rusku, na co nikt nie zwracał uwagi. Potem losowano, kto ma strzelać, a ten, kto wygrał, zbliżył się z pistoletem i strzelał w oczy jednemu. Kula przechodziła przez miażdżoną głowę i drugi jeniec dostawał ją w potylicę. Jeżeli kula tylko poharatała mu gardło, dławił się w słońcu własną krwią. Michael też tak zabijał. Scholl bez przerwy się śmieje, cieszy się, że jest słońce i że jest ciepło. Knopp na szczęście trzymał się od tego z daleka

7 września 1942

Step był jak zwykle cichy, spokojny, tylko gdzieś na południowym niebie jedna z wielkich stepowych wron, które leciały za nami przez trzy miesiące, wzbiła się w powietrze niemal bez szelestu. Wstałem z posłania na ziemi i w pierwszej chwili pomyślałem, że słońce jakoś dziwnie dziś wschodzi. Niebo jarzyło się krwawą czerwienią, od spodu jasną jak krew z roztrzaskanej tętnicy, a u góry jak morze ognia. Niebo, choć jeszcze na zachodzie ciemne jak w nocy, na wschodzie paliło się jakoś nienaturalnie, a błękit, którego w ostatnich upalnych dniach tak bardzo mi brakowało, był teraz nad wyraz błękitny i jakby podświetlony wielką lampą, którą Bóg zapalił, żeby pobudzić tych, którzy nie widzą jego cudu. Bez wątpienia myślałem, że zobaczyłem jeden z tych cudów, na które w zawszonym mundurze, brudnym od potu i kurzu, nie zwracałem prawie wcale uwagi. Bo z cudami jest chyba tak, że tych najprostszych wcale nie dostrzegamy – jak na wiosnę kwitną jabłonie w sadzie mego dziadka, a u sąsiadów latem pachnący niemiecki chmiel idzie po tyczkach do góry ku słońcu.

Teraz tez widziałem cud wschodzącego słońca, które miało świecić nam w twarz i do którego zmierzaliśmy. Na twarzy poczułem zapach świeżego wiatru, tak orzeźwiający jak nigdy dotąd. Ranki od kilku dni stały się niemal chłodne, upał tężeje za dnia, kiedy słońce operuje wysoko. Gdzieś w dali, na równinach rosyjskiego stepu zapiszczał ptak. A ja patrzyłem dalej na ten wschód słońca, tak piękny, że aż nienaturalny. Z zaskoczenia wyrwała mnie ręka Knoppa, który wstał tak jak ja, wiedziony jakimś przeczuciem, które wyrwało i mnie ze snu.

-Robert, na co Ty patrzysz? – usłyszałem ciepły głos Karla

-Na wschód słońca

-Wschód słońca będzie za godzinę

Odwróciłem się jak uderzony kijem w głowę

-Jak to?

-Stalingrad płonie – odparł Knopp

Odwróciłem głowę jeszcze raz. To, co zdało mi się cudem zesłanym przez Boga, nie było cudem. W jednej chwili przeszedł mnie zimny dreszcz od stóp do głowy. Patrzyłem na płonący Stalingrad, który znajdował się jeszcze jakieś dobre kilkadziesiąt kilometrów na wschód. To pożar miasta oświetlił niebo.

13 września 1942

Nasz dywizja ma iść na Stalingrad w drugim rzucie. Bo miasto bombardowano bez przerwy od kilku dni. Ponoć czołgi 14 pancernej były wczoraj na rogatkach miasta, ale nie wiem, czy to plotki, czy prawda. W naszej kompani marazm. Ludzie nie bardzo chcą walczyć w ulicach o miasto. Są u nas tacy, którzy przeżyli walki o Kijów w zeszłym roku – drogo nas to kosztowało i byli też tacy, którzy przeżyli piekło rosyjskiej zimy. Wini Scholl powiedział dzisiaj, że samoloty zamienią Stalingrad w kupę gruzów i bolszewicy na pewno się poddadzą. Chciałbym żeby tak było.

19 września 1942

Dzisiaj zobaczyłem piekło. Mój Boże wcale nie trzeba go szukać daleko, gdzieś poza granicami ludzkiej świadomości i nieświadomości. Wszyscy moi koledzy z kompanii śpiewali dzisiaj „Wolganlied”, bo staliśmy na wielkim brzegu Wołgi. Ale ja nie mogłem. Patrzyłem na to, co było na prawo ode mnie – pełgające ludzkie piekło. Każdy budynek, każdy kawał cegły płonął. Wszystko zlewało się w jeden wielki migotliwy błysk ognia, który wypełniał wszystko, a kikuty białych bloków mieszkalnych stały nad brzegiem rzeki jak jakieś wielkie prehistoryczne zwierzęta.

A Wołga płynęła wolno, spokojnie i majestatycznie, jak gdyby wraz z nurtem rzeki odpływało w niebyt wszelkie człowieczeństwo, jak gdyby wraz z nurtem wielkiej rzeki wszystko zdążało ku jakiemuś celowi, który wychodził poza to, co mogliśmy czuć. Knopp na przykład dzisiaj płakał, bo byliśmy tysiąc pięćset kilometrów od domu. Scholl wraz z innymi krzyczał, że Niemcy teraz będą wielkie, bo doszliśmy do Wołgi. Hamman z innymi oficerami patrzyli to na rzekę, to na płonące miasto. Michael był wzruszony i razem ze Strawitzkym opowiadali jak bardzo teraz zwycięstwo jest bliskie, jeszcze teraz tylko kilka dni walk w mieście i koniec. Inni, których poznałem, myślę, że też byli pod wrażeniem. Wiem, że cześć 6 armii walczyła już w mieście, a część 14 pancernej weszła do południowych dzielnic. Radio dzisiaj trąbiło o tym bez przerwy. A ja po raz pierwszy w życiu pomyślałem, że nie wejdziemy z tego żywi.

21 września 1942

To już nie jest miasto, to nawet nie są gruzy. Każda ulica to jakaś niedostępna twierdza, gdzie nie możesz wejść, bo inaczej padasz nieżywy. Każda ulica to jakiś inny świat – krańcowo bezlitosny i nienawistny. Ale nie napisałbym tego, gdybym nie rozmawiał z ludźmi z 44 dywizji austriackiej, którzy walczyli o północne dzielnice miasta wespół z chłopakami z 60 zmotoryzowanej. Wszyscy są bardzo przygnębieni, wydało się, że wejdziemy do miasta tak po prostu i że będzie wszystko dobrze, ale to złudzenie okazało się o wiele bardziej mordercze, niż nawet sen o śmierci. Ludzie z 44 dywizji weszli do jednej z wypalonej ulic i faktycznie nikt nie mógłby przypuszczać, że w takim miejscu jest wciąż jeszcze ktoś żywy. Ci z chłopaków, którzy z 44 zginęli wtedy na tej ulicy, myślę, że nie wiedzieli, że to koniec. Ulicy nie udało się zdobyć, mimo że wypalaliśmy te domy jeden po drugim miotaczami ognia. Nikt w Niemczech nie ma pojęcia jak bolszewicy bronią Stalingradu – jak wściekłe psy.

Myślę, że najgorsze są tutaj wszy. Każdy je ma, są wszędzie w mundurach, w miejscach intymnych, w butach, we włosach i niczym nie można ich wytępić. Gdyby tylko ruscy tak się nie bronili. Nie wiem, jak to się dzieje, że oni jeszcze walczą. Zabiliśmy ich tysiące w drodze pod to miasto i ciągle idą nowi, ciągle są nowe pułki.

Walki o miasto są zacięte, ale myślę, że w końcu dojdziemy do Wołgi w miejsce przystani i rozetniemy bolszewików na dwie części, które odizolowane będą musiały paść.

24 września 1942

Jesteśmy wciąż na zewnątrz frontu. Do walk w mieście poszło kilka dywizji, a nasza 29 zmotoryzowana jest na południowej rubieży wielkiego miasta, gdzie bez przerwy dokuczają nam sowieccy snajperzy. Wszyscy jednak wierzą, że miasto padnie i będzie po wszystkim. Ja patrzyłem dzisiaj na Wołgę, wielką rzekę, która tak naprawdę sama jest zapewne bogiem tej krainy. Tak jak w czasach starożytnych lasy i rzeki miały swoje duchy, tak samo myślę, że Wołga ma w sobie jakieś siły, które odczłowieczają krajobraz. Wyobraźcie sobie wielką rzekę i po jej prawym brzegu wielkie płonące miasto. Zwykle ludzie nie oglądają takich rzeczy.

Zastrzeliliśmy dzisiaj kilkudziesięciu cywilów. Nigdy nie przypuszczałem, żeby Ruscy potrafili być tak bezwzględni wobec swoich ludzi. Puścili dzieci i kobiety przed czołgi, kiedy szli dzisiaj rano do ataku na przedpolach miasta. Nie będę pisał, co się stało z tymi ludźmi i z tymi czołgami.

28 września 1942

Wielki szturm. Bombardowano Stalingrad przez trzy dni bez przerwy, nigdy nie widziałem, żeby jakakolwiek armia miała przeżyć w zburzonym mieście, ale kiedy dywizje 51 korpusu ruszyły naprzód, napotkały zacięty opór. Doszło do takich sytuacji, że nasi ludzie byli na parterze budynku, a bolszewicy na piętrach. Walka trwała w kurzu, pyle, smrodzie zniszczonych bombami szamb. Nie uwierzy nikt w Niemczech, że tutaj wojna toczy się o każdy ogródek, o każdy parszywy bolszewicki sracz, o szopy, o wraki samochodów i o kamienie.

Dzisiaj po raz pierwszy zazdrościłem kamieniom. Masz w ręce przedmiot, który cały od wewnątrz jest wobec Ciebie zamknięty, jest jakimś wewnętrznym ciałem, w którym każda przestrzeń jest tajemnicą. Myślą, że te kamienie, to sedno tajemnicy Rosji. Tutaj przestrzenie są tak wielkie, że nawet czas biegnie jakoś inaczej, zaczynasz się przyzwyczajać do rzeczy, do których w Niemczech miałbyś stosunek obojętny. Dlatego myślą, że jedynym stałym składnikiem tej ziemi są kamienie. One tutaj maja trwalsze i ważniejsze znaczenie od ludzi. Człowieka można zarżnąć jak świnię, a kamieni i gruzów wypalonego miasta broni się bez względu na ludzkie życie.

Coraz częściej widzę ruskich jeńców. Bardzo dużo ruskich się poddaje, ale jeszcze większa ilość walczy zażarcie do końca, zdarzały się dzisiaj przypadki, kiedy ruskim skończyła się amunicja, zrzucali na naszych kamienie, cegły i fragmenty poręczy. Pisze o tym, dlatego, ponieważ zauważyłem dzisiaj po raz pierwszy ludzi mówiących po rosyjsku w naszych mundurach. W każdej dywizji jest ich sporo. Mają na lewym ramieniu trójkątne naszywki niebiesko-biało-czerwone. Walczą zacięcie ze swoimi i potrafią to, czego nasi ludzie nie potrafią. Idzie takich kilku ruskich na stronę sowiecką, zbliżają się do obsługi działa albo karabinu maszynowego i rozwalają wszystkich. Są postrachem dla Armii Czerwonej.

Dziwne jest to, jak słońce ze swoimi bladymi promieniami potrafi ślizgać się po zawalonych ruinach. Dotyka delikatnie, światło sprawia, że to martwe miasto nabiera czasami jakieś poświaty, która stara Ci się powiedzieć, że istnieje w tym mieście zapomnianym przez Boga jakaś nadzieja. Wracam dzisiaj do swoich. Scholl i Knoppi czekali na mnie z gotowaną rosyjską kaszą. Patrzę na mych przyjaciół i widzę jak bardzo są zmęczeni, mundury przyniszczone, twarze poszarzałe ze zmęczenia. Stoimy przy południowym krańcu elewatora zbożowego, gdzie jest jeszcze sporo prosa i pszenicy. Poza tym trzeba uważać, bo w nocy podchodzą tam cywile ze Stalingradu. Nie dalej jak wczoraj rano podszedł do mnie, kiedy udawałem się z Knoppem na wartę, jakiś chłopiec – blady, chudy rosyjski chłopiec. Z tego, co zrozumiałem, chciał zboża. Nigdy wcześniej nie widziałem w twarzy dzieciaka takiej apatii, beznadziei. Dla niego nie miało znaczenia, że jesteśmy Niemcami i że o jego miasto toczy się wciąż straszna bitwa. Dla niego głód, który powoduje straszny ból brzucha był tą górną granicą rozumienia świata. Każda cząstka jego twarzy mówiła, że jest głodny. Knopp pokazał mu drogę do wyburzonej ściany, gdzie między gruzami potworzyły się leje pełne wysypanego ziarna. Nie rozumiał od razu, co chcieliśmy mu powiedzieć. Bał się, że zostanie zastrzelony. W końcu Knopp wyciągnął swoją menażkę, gdzie miał jeszcze sporo gotowanego ziarna i pokazał mi ręką, gdzie ma iść. Pobiegł, aż się kurzyło. A my staliśmy jeszcze trochę ogłupiali. Knopp poczęstował mnie papierosem.

-Boże, skąd masz prawdziwy tytoń? – zapytałem

-Czy to ważne? Hamman dał mi dziesięć papierosów z filtrem. Ruscy tego nie palą.

Zaciągnąłem się głęboko. Nagłe uderzenie dymu w płuca obezwładnia Cię tak, że zaczynasz kaszleć. Ale to lepsze niż patrzeć na to zniszczone miasto. Patrzę na Knoppa spod kłębów dymu papierosowego. Bardzo się zmienił. Zabijanie zmienia wnętrze człowieka. Nawet, jeżeli sam nie zabijasz dzieci, kobiet albo jeńców, to atmosfera, w której to się dzieje, oddziaływuje na Ciebie w jakiś przedziwny sposób. Twarze zabitych ludzi nie odchodzą. Zostają i powracają w snach, który zlewa się z rzeczywistością. Knopp powiedział, że czasami ma wrażenie, że ruski, którego zastrzelił przy wylocie z jakiegoś bloku, następnego dnia wyleci na niego z bagnetem znowu, tylko, że nie będzie go można zastrzelić. Zamierzamy pójść na wartę blisko elewatora zbożowego. Choć trudno to nazwać wartę. Siedzimy po kilka godzin razem z obsługą karabinów maszynowych zamontowanych na gruzach biur, karabiny maszynowe ustawione są tak, że strzelają do wszystkiego w obrębie czterystu metrów dawnego parku. Gdy już tam doszliśmy, obsługa spała. Tacy jak Strawitzky postawiliby ich przed sądem polowym, a ja ich rozumiem. Bo przecież nie można nie spać. Budzimy ich i w mgnieniu oka zaczyna toczyć się rozmowa – gadka szmatka o wszystkim, tylko nie o tym przeklętym mieście, które musimy zdobywać.

Nagle przed lufa karabinu maszynowego majaczy niewyraźny kształt. Ruch jest natychmiastowy. Karabin odbezpieczony. Krótka seria i ludzki kształt wybucha gejzerem krwi. Dopiero teraz zrozumiałem, że zabiliśmy tego chłopca, który dźwigał zboże w worku. Jego ciało zostanie na tym placu, bo nikt nie przyjdzie żeby go zabrać, jego rodzina o ile żyje, nigdy nie dowie się jak zginął. Zajmą się nim szczury, dziwni przyjaciele śmierci.

6 października 1942

Chciałbym wiedzieć, czym jest chwila, czym jest wrażenie, kiedy mróz skrzypi na śniegu pod butami i człowiek idzie i przechodzi gdzieś dalej idąc po wodę lub śmierć, co powoli dla wielu ludzi zaczyna być bez specjalnego znaczenia. Czasami zasypiam gdzieś oparty o mur i słyszę jak gdzieś w głębi mnie, gdzie nigdy sam wejść nie mogłem rozlega się przeciągłe skrzeczenia wron zwiastujących jakąś inną rzeczywistość, jakiś inny nurt Wołgi, lub Styksu, lub rzeki, która wiedzie mnie ku wieczności. Bardzo chciałbym wiedzieć, jaką cenę ma ta chwila, kiedy człowiek dostawszy kulę w brzuch zapomina o wszystkim i w oczach można tylko poznać jedno: strach, jak gdyby wraz z bólem ranionego organizmu wpełzał bocznymi drzwiami strach, tak przejmujący, że aż zimny i gorący jednocześnie. Wiele rzeczy, które do tej pory stały na dwu krańcowo przeciwstawnych biegunach w Stalingradzie zaczęło nabierać niezrozumiałej dla mnie dwoistości. Nagle okazuje się, że strach to druga strona odwagi, a okrucieństwo to twarz ludzkiej natury. Można by tak wyliczać, a przecież nie o to chodzi, by cokolwiek z tego, co mamy, i co nam się wydaje, że mamy nie poszło w niebyt ze śmiercią. Wielu kolegów już odeszło i śmierć jest zewsząd. Każdy kamień i każdy zwalony mur zwalonego przez bomby budynku zwiastuje śmierć.

Dzisiaj rano zginał nasz pułkownik Otto Glaube. Kula sowieckiego snajpera zabiła go, kiedy szedł na kwatery na spoczynek. Nie mogę powiedzieć, że coś czuję. Najbardziej przerażające jest to, co powiedział mi Knopp. Kiedy ginie kogoś, kogo znałeś nic nie czujesz, nawet płakać się nie chce. I wiem, że jutro mogę zginać ja lub, których z chłopaków, bo to miasto to nie jest nawet bitwa, tylko jedno wielkie piekło, które przyszło między nas. Chciałbym bardzo porozmawiać znów z Hainzem, który podobno walczy ze swoimi ludźmi o fabrykę traktorów. Dzisiaj odwieziono na polowy cmentarz szesnaście ciężarówek po brzegi wyładowanych naszymi trupami. Szturm się nie udał. Ruscy trzymają się wściekle nad rzeką. I nie wydaje mi się, żeby mieli ją nam oddać.

Wszystkim natomiast bardzo chce się pić. Wody z ujęć miejskich pić się nie da., bo pływają w niej szczury, a Wołga spływa ciałami. Wolałbym już zimę, byle tylko wydostać się stąd przed Bożym Narodzeniem i wrócić do domu.

17 października 1942

Jest strasznie zimno. Widziałem jak niebezpieczne mogą być kruki. Ptak wydawałoby się spokojny, siedzi tylko, kracze i patrzy na wszystkie strony. Tylko, że bardzo lubi ludzi. Zazwyczaj są to spotkanie pośmiertne, bo lubi martwych ludzi.

Spotkałem wczoraj Kurta Heinze na południowym krańcu kurhanu Mamaja. Wyglądał źle, na pierwszy rzut oka człowiek, którego podziwiałem, stał się zaprzeczeniem siebie samego. Ale to nie był Heinze. To była jego fizyczność powodowana głodem. Ale jego oczy mówiły aż nadto o tym świecie, w którym się znaleźliśmy. Chciałem go zapytać o granicę, jaka przebiega miedzy życiem i śmiercią, o granicę, którą wszyscy przekroczyliśmy w imię budowanie lepszego świata, w którym nie będzie niesprawiedliwości. Ale granica ta w moim przekonaniu nie jest jedynie uzewnętrznieniem jakiejś totalnej przestrzeni na zewnątrz ludzkiego serca, tylko jest wewnątrz niego. Zauważyłem jak bardzo wiele rzeczy, z których nie zdawałem sobie sprawy, weszło we mnie gdzieś, gdzie została tylko obojętność. Heinze patrzył na mnie i wydawało mi się, że chciał mi coś powiedzieć.

-Jak się czujesz? – zapytałem

-A ty?

-Żyję

-Mylisz się. Wszyscy jesteśmy martwi, nawet jeśli będziemy dalej żyli. Popatrz wokół siebie. -Czy widzisz jakikolwiek fragment świata, który byłby tam, gdzie być powinien?

-Widzę ruiny

-To dobrze. Ruiny nie są najgorsze, bo milczą. Trupy też nie są najgorsze, bo milczą.

-A co według Ciebie jest ?

-Właśnie to, że szukamy czegoś, co byłoby niezwykłe. Zło jest banalne, i śmierć stała się tańsza od wody i tłuszczowej konserwy. Nie rozumiesz?

Przez myśl przemknęło mi, że Heinz mimo głodu i coraz bardziej przenikliwego ruskiego zimna stał się dla mnie kimś bardzo ważnym. Kimś, kto sprawił, ze każdy kształt i widok stały się dla mnie wyrzutem sumienia. Nie, dlatego, że była wojna i byłem Niemcem, ale dlatego, że widząc takich ludzi jak Heinze, czułem, że nic nie będzie takie same. Jeżeli człowiek pewny swego losu, potrafi zabić, to nie dzieje się tak, dlatego, że jest zły, lecz dlatego że jego świat ewokował takie, a nie inne zmiany w nim samym. Jeszcze trzy lata temu miałem wrażenie, że Niemcy są w stanie zbudować nowego człowieka, który przekroczyłby chrześcijaństwo. Od kilku tygodni wiem, że bardzo się myliłem. Kurt pokazał mi, że nawet w tym przeklętym mieście można być człowiekiem. Jego twarz była dla mnie wyrzutem.

- Kurt, jak myślisz, ile to potrwa?

- Kiedy pojedziemy do domu?

- Chcesz jechać do domu? Robert, my nie wrócimy do domu…

Gdzieś wewnętrznie nie wierzyłem w to, co powiedział. Pożegnaliśmy się. Miałem nadzieję, że będę w stanie go przekonać, że nie jest i nie może być tak jak mówił. Ale pozostało to jedynie marzeniem. Kurt umarł trzy dni później. Nie od kuli sowieckiego snajpera, tylko od zepsutej konserwy rybnej. Jego ciało wrzucono do dołu wraz z ciałami żołnierzy, którzy zginęli w rejonie dworca kolejowego.

30 października 1942

W nocy mróz był dzisiaj tak straszny, że zwykłe kałuże pokryte tłustymi plamami smarów i benzyny zamarzają na kość. Lód tworzy się za dotknięciem jakiejś ręki. Najpierw woda uspokaja się jak kobieta z dzieckiem. Na tafli wody lśnią pierwsze kryształki lodu, zamykające w sobie przestrzeń, czas i powietrze. Delikatnie, lekko lód obejmuje brzegi kałuży i idzie do jej wnętrza, by zamknąć i to w swoim nierozerwalnym i mocnym uścisku. Tak samo śmierć przychodzi do człowieka. Początkowo drętwieją palce i nogi, a twarz pozostaje jeszcze na powierzchni, usta i oczy mówią o życiu, tak jakby miało się nigdy nie skończyć. Tak właśnie umarł porucznik Paul Hamann, którego postrzelono przy kurhanie Mamaja. W ogóle Stalingrad wprowadził zupełnie nową jakość bytu. Człowiek i kałuża zamarzają tak samo cicho i samotnie.

15 listopada 1942

Straszna zima. Wołga jest jeszcze w pewnych miejscach żeglowna, ale za to bez przerwy ostrzeliwana przez artylerię i lotnictwo. Śnieg leży już gruby na prawie dwadzieścia centymetrów, ale za to mróz ma jedną niewiarygodnie dobrą cechę – wszy przestają być tak straszliwie dokuczliwe. Wszyscy chodzimy pogryzieni i nie sposób pozbyć się tego paskudztwa. Knopp zaczął chodzić w ruskich ubraniach, które zabrał jakiemuś cywilowi. Za ponad miesiąc będziemy mieli Boże Narodzenie. Zastanawiam się jak żyją w domu. Dostałem znów listy od matki. Kilka słów napisał też mały Gilbert. Zabawne jak dzieci mogą ufać w świat i Boga. Ale wiara Gilberta musi ten świat ocalić. Gdyby wraz ze Stalingradem umarł pewnego dnia Bóg, piekło stałoby się czymś tak prostym jak śnieg.

24 listopada 1942

Od kilku dni szaleje bitwa. Knopp dowiedział się, że 19 listopada bolszewicy w nie notowanych dotąd skalach zaatakowali armie włoską i rumuńską, które znajdują się na brzegach frontu 6 armii. Walki są tak zażarte, że huk dział słuchać nawet w nocy. Zauważyłem, że Ci spośród Ruskich, którzy walczą jeszcze w mieście krzyczą, że teraz tutaj zdechniemy. Ale to przecież niemożliwe. Niemcy nie zostawią swoich najlepszych żołnierzy w Rosji. Michael wpadł dzisiaj do naszej piwnicy, gdzie mieszkam z Knoppem wrzeszcząc, że bolszewicy zostali pobici i teraz, kiedy wystawieni jesteśmy na próbę, musimy pokazać wszystkim Niemcom jak wielkie jest poświęcenie żołnierzy dla narodowosocjalistycznych ideałów i że nie ma odwrotu z drogi, jaką dla Niemiec obrał fűhrer. Dzisiaj po raz pierwszy przez cały dzień nadawano przemówienie dr Goebbelsa, który powtarzał ciągle to, co tak irytowało kilku naszych oficerów, że Niemcy już nigdy nie cofną się znad Wołgi. Obydwaj z Knoppem okryliśmy się szmatami i kocami, które znosiliśmy przez trzy tygodnie. Spać można w nocy tylko w takich pomieszczeniach jak nasze, gdzie zasłonięci jesteśmy od mrozu i zimna. Stad nic dziwnego, że wieli kolegów śpi z nami. Gdy w pomieszczeniu jest większą liczba ludzi jest całkiem znośnie. Tylko, że wówczas potwornie gryzą wszy. Rano mam kilkanaście nowych ran.

3 grudnia 1942

Jesteśmy podobno okrążeni, ale ja w to nie wierzę. Kiedy tylko pomyślę sobie jak bardzo to wszystko jest obce i świadomość tego, że bolszewicy mogli nas otoczyć, to płakać się chce ze wściekłości. Wszyscy wierzą, że to tylko chwilowe osłabienie spowodowane przede wszystkim przez Rumunów i zimę, którą co tu dużo mówić o wiele lepiej znoszą Ruscy. Dzisiaj znów zacząłem się modlić. Po raz pierwszy od trzech lat. Lekarz Kurt Reuber podobno maluje jakiś obraz na Boże Narodzenie. Wszyscy chcą go zobaczyć.

13 grudnia 1942

Wiadomości o czasowej blokadzie potwierdzają się. Jesteśmy okrążeni. Taka świadomość jest straszna, dużo straszniejsza niż możliwość zamarznięcia w nocy. Wpływa to bardzo deprymująco na wszystkich żołnierzy, którzy są jeszcze w stanie nosić broń, a takich jest coraz mniej. Cała nasza dywizja latem kończącego się roku licząca prawie szesnaście tysięcy ludzi ma w tej chwili pod bronią zaledwie tysiąc dwustu. Reszta nie żyje, jest ranna, a to jeszcze gorsze od szybkiej śmierci, zamarza w piwnicach na południu Stalingradu. Ci, którzy są jeszcze w stanie walczyć wyglądają jak manekiny obciągnięte dla bardziej zaskakującego efektu jakąś żółtą substancją.

Ostatnie dni były dla mnie bardzo ciężkie. Wczoraj zginęło znów kilku kolegów i bardzo mało jest nadziei, ale chciałbym żeby ona umarła ostatnia. Raczej z Knoppem nie wychodzimy z naszej piwnicy. W ogóle Karl chyba jakoś wewnętrznie ogorzał i stał się twardy, dużo twardszy niż ja.

Rozmawialiśmy dzisiaj z Schollem – on też wewnętrznie przeistoczył się w innego, nowego człowieka. Gdybym go nie znał wcześniej, powiedziałbym, że to głupi sukinsyn. Wiem, że nauczył się kraść w ciągu kilku tygodni. Włóczy się gdzieś i wygląda lepiej od nas, bo lepiej chyba je.

W nocy znów byłem głodny. Bałem się uczucia, które się we mnie rodziło. Nienawidziłem Scholla, za to, że jemu się udaje lepiej żyć. Ale z drugiej strony…

24 grudnia 1942

Jeść. Wszystko, czego człowiek chce na tym mrozie to jeść. Ciężki zrobił się nawet karabin, nie mówiąc już o tym, żeby chodzić obwieszony granatami, tak jak było to latem. Ale mimo wszystko musiałem dzisiaj wyjść. Gdy przechodziłem obok rozwalonych zakładów mięsnych, które zbombardowano jeszcze w październiku, zobaczyłem jak kilkunastoosobowa grupa żołnierzy w łachmanach, klęczy wokół płachty, na której Kurt Reuber namalował obraz Madonny. Wizerunek jest właściwie szary, przytłumiony, nie widziałem go dokładnie.

W tym momencie poczułem jak bardzo się zaplątałem. Gdzieś w głębi wybuchł we mnie wodospad i huczało jezioro wieczności. Przez tę jedną chwilę poczułem się wyzwolony. Wiedziałem, ze Polacy, Rosjanie, Ukraińcy mają pełne prawo, żeby napluć nam w twarz. Ale czuję, że poza granicą nienawiści nie ma już człowieczeństwa, zostaje tylko pustka. Bardzo chcę wrócić do domu. Chciałbym, żeby moja droga do tego pustego i przeklętego miasta, zaprowadziła mnie gdzie indziej.

25 grudnia 1942

Dzisiaj jest Boże Narodzenie. Knopp przygotował choinkę, jakiś zeschły badyl obwieszony sreberkami po czekoladkach, jakie dostarczają samoloty. Zamiast naboi do dział, przysyłają nam czekoladki…Mówią, że Manstein się przebił. Ale to chyba nieprawda, bo nawet teraz słyszę z megafonu przemówienie Goebbelsa.

3 stycznia 1943

Umieramy. Nikt nie przyjdzie nam z pomocą. Dzisiaj patrzyłem na Karla po raz ostatni. W południe, kiedy wracaliśmy z warty przy elewatorze zbożowym, Knopp powiedział, że idzie po jakieś jedzenie, które obiecał dostarczyć mu ktoś z resztek 14 pancernej. Czekałem na niego do wieczora. Wszystko we mnie krzyczało. Znalazłem go rano. Leżał skulony na śniegu, jak dziecko. Powinienem płakać. Nie mogłem. Nie płacze się na widok jednego trupa.

5 stycznia 1943

Myślę, że nie wszyscy pójdziemy do niewoli. Ruska niewola jest gorsza od śmierci. O jutrze nic nie wiem. Nie chcę już nic wiedzieć. Nie chcę już nic czuć.

8 stycznia 1943.

Ojcze nasz

Patrzysz na miasto jak na rękę przeoraną bruzdami

z których jedną jest linią życia a druga linią śmierci

każda bruzda została przez Ciebie odmierzona

każda kula policzona

każdy jęk usłyszany

 

Proszę,

żebyś przyszedł z watą na ropę z ran

flakonem na wodę

z pasem na kule i odrobiną soli,

bo czymże jest potrawa bez soli

przynieś nam mundury,

ucięte wstążki,

pukle włosów kobiet, worek na śmieci,

kota na myszy, grabarza, fryzjera,

kilof do kopania w ziemi na mrozie,

olej silnikowy

 

tylko szum wody gdzieś wewnątrz uderza

i mówi :

Gdy na początku było słowo

wszystko było uśrednione

wszędzie były przecinki na miejscach kropek,

zdarzały się nawet noce długich noży

gdyby nie dość potworom mitologii

stadionom pełnym pochodni

i brakującego

przebaczenia

W DNIU 3 LUTEGO 1943 ROKU PO KAPITULACJI 6.ARMII CIAŁO NIEMIECKIEGO SZEREGOWCA ROBERTA DEIBBE ZOSTAŁO ZNALEZIONE PRZEZ OFICERA NKWD KPT. ROWIZENCEWA. W DŁONI ŚCISKAŁ DZIENNIK.

Informacje o Wojciech Dutka

Pisarz, doktor historii (ur. 1979). W marcu 2014 roku obronił doktorat na Wydziale Historycznym UJ dotyczący Stanisława Koźmiana, znanego polityka galicyjskiego z XIX wieku, współautora Teki Stańczyka, pisarza, publicysty i historyka. Stypendysta Jewish Foundation for the Righteous i Departamentu Stanu USA na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku w czerwcu 2014 roku. Publikował w najważniejszych polskich czasopismach naukowych, "Kwartalniku Historycznym", "Przeglądzie Historycznym", "Przeglądzie Humanistycznym", "Czasach Nowożytnych", "Klio", "Kwartalniku Historii Żydów", "Roczniku Historii Prasy Polskiej" i wielu innych. Interesuje się przede wszystkim historią historiografii, formami narracji historycznej. W 2011 nagrodzony nagrodą Ministra Zdrowia za publikację w "American Journal of Public Health". Opublikował także 5 powieści historycznych nakładem wydawnictwa Albatros: "Krew Faraonów" w 2005, "Taniec Szarańczy" w 2007, "Bractwo Mandylionu" w 2009, i "Czerń i Purpura" w 2013. W roku 2015 ukazała się powieść "Kartagińskie ostrze" nakładem tego samego wydawnictwa. Pisze następne książki, i uczy historii w programie matury międzynarodowej.
Ten wpis został opublikowany w kategorii front wschodni, II Wojna Światowa, kultura, literatura historyczna, Madonna, Matka Boża, Niemcy, Opowiadanie, Rosja, Stalingrad, wojna, zbrodnie II wojny światowej, Związek Radziecki i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Madonna ze Stalingradu

  1. ~Czytelniczka pisze:

    Bardzo fajnie Pan pisze. W stylu „Na zachodzie bez zmian”, ale drapieżniej, bardziej dosadnie. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>