Marcin Kącki, Białystok. Biała siła, czarna pamięć, wyd. Czarne, Wołowiec 2015

Białystok

Czytelniku!

Książka Marcina Kąckiego „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” znalazła się, o ile się nie mylę, w szerokim gronie książek nominowanych do literackiej nagrody Nike w tym roku. Abstrahując od faktu, czym w istocie jest nagroda Nike, okazałem się czytelnikiem na tyle zainteresowanym, by kupić tę książkę i przeczytać ją naprawdę i do końca. Postanowiłem podzielić się recenzją z Państwem, byście sami mogli ocenić, czy rzeczywiście książka Kąckiego jest arcydziełem reportażu zasługującym na miano nominowanej do prestiżowej nagrody literackiej.

Na studiach dziennikarskich przed wieloma laty uczono mnie ( a miałem dobrego nauczyciela. red. Łętowskiego na KUL), że reportaż jest najwyższym gatunkiem wypowiedzi dziennikarskiej, i wymaga ogromnego kunsztu literackiego, jak i warsztatu dziennikarskiego. Reportaż nie może być stronniczy. Jeśli taki jest, nie jest reportażem, nazwijcie go jak chcecie, literaturą zaangażowaną, pamfletem, byle nie reportażem. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że żyjąc w epoce po zwrocie lingwistycznym, cała humanistyka zawdzięcza wiele językowi i że każdy pisarz, literat, czy historyk nie może do końca uciec z własnego światopoglądu. Ja też, ale tym bardziej redaktor Kącki, który z niego nie wyszedł, nie zadał sobie pytań o kondycję Innego z jego perspektywy – czyli katolika właśnie.

Słówko o konstrukcji książki. Nie przyjmuję do wiadomości style „zamiast wstępu”, lub „zamiast zakończenia”. Jest albo go nie ma. Ta książka nie ma ani tego, ani tego. Jest za to zamknięta w cztery części/rozdziały, co ma swoje znaczenie metaforyczne. Pierwsza to „Dybuk”, co jest bezpośrednim nawiązaniem do żydowskiej przeszłości, zapomnianej i  nieobecnej w pamięci Białegostoku. Druga część odnosi się do artefaktów tej żydowskiej pamięci, w tym do postaci Zamenhoffa, twórcy esperanto. Im dalej, tym gorzej. Nie dla emocji, bo tych książka dostarcza mnóstwo, ale dla samego reportażu. Bo dwie ostatnie części „White – Power”, bynajmniej reportażem, nie są. Książka Kąckiego zamienia się w manifest skierowany przeciwko skinom, skrajnej prawicy, Kościołowi Katolickiemu, PiS-owi, oazie, i Bóg wie jeszcze komu. Manifest manifestem, w końcu Karol Marks swój z 1848 roku napisał po coś; Kącki nie wiem, czemu miesza porządki, przykłada pałą na oślep, co obraca się przeciw samej książce.

Jednak do rzeczy. O tym, że Polacy nie chcą pamiętać o Żydach i nie przyjmują en masse do wiadomości, że 6600 sprawiedliwych wśród narodów świata nie przekreśla kilkudziesięciu, jeśli nie kilkuset tysięcy Polaków, którzy zachowali się wobec Żydów w sposób podły w czasie II wojny, nie mam problemu, czemu wiele razy dawałem wyraz na tym blogu. Zawsze uważałem, że było więcej Polaków wydających Żydów niż ratujących. Jednak nie czas i miejsce by prowadzić o tym dysputę. W odniesieniu do „Dybuka”, pierwszej części książki Kąckiego, uważam ją za najciekawszą i najbardziej reporterską…jest bowiem tajemnica i są ludzie z nią związani, wydobyci z niepamięci, z niesamowicie skomplikowanymi życiorysami, połamanym życiem, bo życie uratowanego z Holokaustu wcale nie jest łatwym doświadczeniem. Jest w tej części książki ból, rozpacz i pragnienie zrozumienia i ponownego odkrycia swojej utraconej tożsamości, nawet jeśli cena bycia Żydem w dzisiejszej Polsce jest bardzo wysoka. W części drugiej poświęconej zapomnianym, lub nigdy nie powstałym pomnikom pamięci, jak kamienica Zamenhoffa, stary żydowski cmentarz, który po wojnie zasypano, tworząc coś na kształt sztucznego wzgórza porośniętego lasem, tablica poświęcona pomordowanym Żydom białostockim zaczyna się wkraczanie na obszary polityczne. To jest dość znośne, miejscami ciekawe, śmieszno-straszne.

Porządek reportażu załamuje się całkowicie, gdy redaktor Kącki zaczyna swój odlot. Po co poświęcać kilkadziesiąt stron na opis środowiska skinów białostockich? Jak oni mają się do ponad trzystutysięcznej populacji miasta? Są dla niej reprezentatywni? Co jest w nich tak ciekawego, że przybliża się nam ich z wiwisekcyjnym i obsesyjnym zadęciem? Pozostawiam te pytania bez odpowiedzi. Inne tematy są pochodną osi narracyjnej, uwarunkowanej ideologicznie. Tu właśnie jest ukryty jest podstawowy ideologiczny błąd tej książki. A priori założono, że „Biała siła, czarna pamięć” ma być maczugą bijącą po głowie. Kogo? Bo tych, w których bije, w żaden sposób nie dotknie. Żaden idiotyczny skin opisany na kartach tej książki jej nie przeczyta.

Mamy więc opowieść o odtrąconym Teatrze, którego największym dziełem jest wystawienie na Podlasiu „Golgoty Picnic” (ja sam, choć uważam się za katolickiego liberała mam dreszcz obrzydzenia na samą myśl o tym przedstawieniu) i mnóstwo biadolenia, użalania się nad sobą, jakiegoś nieszczęśliwego geja, który nie może znaleźć sobie w Białymstoku chłopaka (to trzeba wyjechać do Warszawy) i jest powszechnie nienawidzony. W Białymstoku wszyscy nienawidzą wszystkich, ale na pewno katolicy prawosławnych. Nie odwrotnie. Mamy opowieść o parafii i księdzu i na sam koniec tekst o cudzie eucharystycznym w Sokółce, a raczej o pewnej profesor patolog, która badała próbkę. I w zasadzie tylko dostojna forma książki nominowanej do Nike sprawia, że nie poleciały bluzgi.

Nawet jeśli autor jest niewierzący (ja skłaniam się do pewnego dystansu poznawczego wobec „cudów”), nic nie usprawiedliwia pisania tylko po to, by ośmieszyć. Profesorka, rozmówczyni została groteskowo sportretowana jako fanatyczka, która nie dosłownie, ale w ukryciu sfałszowała badania mające dowodzić cudu. Przecież nie o cudzie w Sokółce ta książka traktuje. Książka nie ma klamry spajającej ją w całość. Rozdział o Sokółce wpada do tej książki…jak diabeł z kapelusza. Na kartach książki daje się wyczuć jawną, zimną niechęć do Kościoła Katolickiego w ogóle (ja na przykład nie lubię biskupów, ale nie piszę o tym, bo to moja prywatna sprawa), która w ostatnim rozdziale zamienia się w ledwo skrywaną nienawiść. Dezawuuje sam siebie redaktor Kącki. Niech mi wybaczy, ale tak czytam jego książkę. 

Przecież miarą katolicyzmu nie są ci, którzy podpalali stodołę w Jedwabnem (tak tak, o tym też Kącki pisze wszystko), tylko rodzina Ulmów spalona razem z Żydami. Ja mam świadomość, że ktoś musiał Ulmów wydać, najprawdopodobniej kolejny dobry Polak  (polska nieoceniona Wikipedia podaje, że ten który wydał Ulmów był Ukraińcem). Katolicyzm jest w tej książce strasznie sportretowany. Nie ma ani jednego normalnego katolika na kartach książki redaktora Kąckiego. To albo fanatycy, albo ludzie mierni inteligencją, mierni moralnie. To jest błąd pars pro toto, który z perspektywy bezstronności reportażu jest nie do obrony. Ani jeden skin sportretowany w książce Kąckiego nie pochodzi z katolickiego domu. Ale to już redaktorowi umknęło.

Podsumowując książka Marcina Kąckiego jest książką straconej szansy. Jest zaprzepaszczoną przez ideologiczną furię szansą na wielką literaturę. Mogła to być literackie remedium na „Sąsiadów” Grossa. A wyszło, sami oceńcie. Wydaje mi się, że na studiach dziennikarskich książkę redaktora Kąckiego można i trzeba pokazać i mówić, jako przykład jak nie należy prowadzić reportażu. Jest bowiem pozycja ta obarczona błędem niechęci tak jawnej i i tak obsesyjnej – szczególnie w części III i IV – dezawuuje się jako reportaż w ogóle.

 

Informacje o Wojciech Dutka

Pisarz, doktor historii (ur. 1979). W marcu 2014 roku obronił doktorat na Wydziale Historycznym UJ dotyczący Stanisława Koźmiana, znanego polityka galicyjskiego z XIX wieku, współautora Teki Stańczyka, pisarza, publicysty i historyka. Stypendysta Jewish Foundation for the Righteous i Departamentu Stanu USA na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku w czerwcu 2014 roku. Publikował w najważniejszych polskich czasopismach naukowych, "Kwartalniku Historycznym", "Przeglądzie Historycznym", "Przeglądzie Humanistycznym", "Czasach Nowożytnych", "Klio", "Kwartalniku Historii Żydów", "Roczniku Historii Prasy Polskiej" i wielu innych. Interesuje się przede wszystkim historią historiografii, formami narracji historycznej. W 2011 nagrodzony nagrodą Ministra Zdrowia za publikację w "American Journal of Public Health". Opublikował także 5 powieści historycznych nakładem wydawnictwa Albatros: "Krew Faraonów" w 2005, "Taniec Szarańczy" w 2007, "Bractwo Mandylionu" w 2009, i "Czerń i Purpura" w 2013. W roku 2015 ukazała się powieść "Kartagińskie ostrze" nakładem tego samego wydawnictwa. Pisze następne książki, i uczy historii w programie matury międzynarodowej.
Ten wpis został opublikowany w kategorii antysemityzm, Czarna Ziemia, dyskurs historyczny, faszyzm, Holokaust, komunizm w Polsce, kultura, polityka, PRL, rasizm, religia, reportaż, Szoah, totalitaryzm, zbrodnie II wojny światowej i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>