„TO”, na podstawie Stephena Kinga, reż. Andres Muschietti (oraz obrazoburcza refleksja o powieści)

10626_1.7

Czytelniku,

Proza Stephena Kinga z pozoru wydaje się doskonałym tworzywem na fabuły filmowe. Jednak po dogłębnym przyjrzeniu się jednemu z najsłynniejszych utworów pisarza, dochodzę do wniosku, że niemożliwe jest stworzenie filmowego arcydzieła z gatunku grozy, jeśli film ma być wierną adaptacją książki „To” Kinga. Przyczyna tkwi nie w filmie , ale w samym Kingu. Ale wyjaśnię to poniżej. Zdaję sobie sprawę, że istnieje liczne grono czytelników i wielbicieli pisarza i z pewnością mój krytyczny wpis może spotkać się ze sprzeciwem. Przyznaję się – nie cenię dosłowności horrorów Kinga, ponieważ jestem sceptycznym konserwatywnym liberałem i nie wierzę w duchy, strachy, strzygi i tym podobne idiotyzmy.

Jednak Andres Muschetti zdecydował się nakręcić wtórny film (przed 27 laty powstałą już ekranizacja powieści), który jednak serwuje danie dość strawne do pewnego momentu. Z uwagi na fakt, że wypowiadam się jednocześnie o filmie i książce, muszę przyznać, że pod względem aktorskim, „To” AD 2017 jest pierwszorzędnie zrobione. Gra dzieciaków płynna i autentyczna. Duży podziw budzi dojrzałość nastoletnich aktorów – jąkały Billa (Jeaden Lieberher), hipochondryka Eddiego ( świetny Jack Grazer), czy Beverly (Sophia Lillis) w scenach, które wymagały pewnej odwagi, ukazaniu słabości, czy niezgulstwa.

Słabość „To” Kinga - przyznaję, że nie byłem w stanie przebrnąć przez obsesyjnie rozwlekłe 1000 stron powieści – wynika z koncepcji Zła, jako istoty zewnętrznej w stosunku do świata, dla którego ma być jakąś metaforą. Immanencja tego Zła jest nieudana, ponieważ King ma tendencję do irytującego dydaktyzmu. Oczywiście u Kinga kontekst społeczny końca lat osiemdziesiątych jest dość dobrze zarysowany – są to napięcia rasowe, nietolerancja wobec mniejszości seksualnych, kult macho, przemoc wobec kobiet i zwierząt. Po prostu słabością intelektualną tej książki jest dosłowny kicz…. zła pajęczyca z kosmosu, która okazuje się być „TYM”. Tysiąc stron, by na końcu dać coś tak niepoważnego, jako wyjaśnienie mrożącej krew w żyłach historii. Ja tego nie kupuję. To jest kpina z czytelnika. 

„TO” w reżyserii Muschiettiego jest jednak opowieścią o dojrzewaniu. Świetne są sceny z dzieciakami oraz chłopięcego napięcia jakiego nawzajem udzielają sobie rówieśnicy podkochujący się w American dream girl, jaką jest Beverly. Wszyscy przecież chodziliśmy kiedyś do szkoły i podkochiwaliśmy się w jakiejś Beverly jako dzieciaki. To jest autentyczne w tym filmie. Tylko to. Ta sama Beverly nosi w sobie rysę, naznaczenie – jest wszak ofiarą molestowania. Ale w filmie jej dramat nie wybrzmiał tak dobrze jak nienawiść do kobiet w pierwszej części „Millenium” Larssonna. Widać, że scenarzyści (Gary Douberman, Chase Palmer) próbowali ratować społeczny wymiar filmu, jednak rasizm, czy molestowanie nie zostało mocno wyartykułowane. Jest jedynie zasygnalizowane. I tak ma się z innymi wątkami filmu. Na przykład świetna jest scena otwierająca, kiedy George w padającym deszczu próbuje gonić stateczek i natrafia na Pennywise`a w kanale ściekowym. To jest chyba najlepsza scena filmu, rzeczywiście pełna grozy i tajemnicy. Cierpienie dziecka z odgryzioną rączką. Potem jest już gorzej.

To zarzucam Kingowi – w miejsce tajemnicy otaczającej klauna jest kicz. Bo groza jest pochodną tajemnicy, jak pisze o istocie Zła święta Teresa z Awila. Zło w swej istocie jest mimetyczne, małpuje bowiem Boga. Jednak nawet oddzielając Zło powieściowe od strony religijnej, co wydaje się koniecznością, nie można stworzyć takiego Zła, które zarazem nie byłoby metafizyczne. Proszę mnie zrozumieć. Horrory Wesa Cravena dziś są już tylko śmieszne, choć Freddy Krueger naprawdę straszył na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, w epoce odtwarzaczy video. Śmieszne są filmy grozy z okresu międzywojennego. Ale na przykład „Twin Peaks” Lyncha jest pełne grozy po dziś dzień, a Bob, straszliwy demon żywiący się strachem i krwią, opętujący Lylanda Palmera mordującego własną córkę, jest dlatego tak straszny, bo otacza go „groza i tajemnica”. Nie wiadomo skąd jest Bob. My wiemy, że z „Czarnej Chaty” czyli piekła, gdzie tańczy mały karzeł. Ale to jest meastria Lyncha, a nie King.

Kluczem do powodzenia horroru jest groza i tajemnica. Z początku „To” trzyma się owej zasady, lecz w miarę jak w książce wątek z lat osiemdziesiątych, kiedy bohaterowie byli dziećmi, ustępuje współczesności, z grozą jest już słabo. King stwarza jedną z najbardziej niezwykłych postaci gatunku grozy, dorównującą Nosferatu i Drakuli Stokera, czyli klauna Pennywise`a, który snuje się po Derry mimo upływu czasu, by potem utopić ją w ….idiotycznej kosmitce-pająku.

Dam Państwu dowód następny. Najlepszym filmem na podstawie prozy Kinga jest „Lśnienie” Stanleya Kubricka z Jackiem Nicolsonem. Kubrick zdystansował się od książki Kinga i zrezygnował z dosłowności. Widzimy szaleństwo pisarza, wklepującego w maszynę do pisania jedno zdanie. Atmosferę grozy robią zdjęcia kręcone z perspektywy dzieciaka, jadącego po korytarzach hotelu Overlook, i…. jest też tajemnica. Gdy pisarz po kłótni z żoną idzie do pustej sali balowej i mówi „Oddałbym duszę za drinka”, demony materializują się i są na zawołanie. Potem jest już tylko siekiera i groza. King nie lubi jednak tego filmu. Nakręcił własny mini serial, który jest dosłowny i dlatego nie do oglądania.

Uważam, że aktorsko nowe „To” jest świetnie zagrane, choć młody Bill Skarksgaard nie dotrzymuje kroku Timowi Curry`emu. Jest straszny, ale nie ekspresyjny. Poza tym klaun z XIX wieku nie jest amerykański, a „To” ma przecież w myśl samego Kinga uosabiać amerykańskie lęki, fobie i traumy. Curry był śmieszny i straszny zarazem. Gdy potraktować ten film jako powieść o dorastaniu, o paczce dzieciaków z których każdy ma jakąś traumę, możemy spróbować odnaleźć w tych dzieciakach siebie. Jednak metafizyka (zdaje sobie sprawę z amorficzności tego pojęcia) Zła w tej książce ustępuje przerysowanemu kiczowi. Całe szczęście, że nie pokazano do końca dosłowności tego zła w tym filmie. Bo śmieszne są sceny, gdy Eddiego goni trędowaty trup. Bez tej dosłowności….byłoby lepiej.

Ale już wiadomo, że będzie druga część. Jednak już nie dla mnie.

Informacje o Wojciech Dutka

Pisarz, doktor historii (ur. 1979). W marcu 2014 roku obronił doktorat na Wydziale Historycznym UJ dotyczący Stanisława Koźmiana, znanego polityka galicyjskiego z XIX wieku, współautora Teki Stańczyka, pisarza, publicysty i historyka. Stypendysta Jewish Foundation for the Righteous i Departamentu Stanu USA na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku w czerwcu 2014 roku. Publikował w najważniejszych polskich czasopismach naukowych, "Kwartalniku Historycznym", "Przeglądzie Historycznym", "Przeglądzie Humanistycznym", "Czasach Nowożytnych", "Klio", "Kwartalniku Historii Żydów", "Roczniku Historii Prasy Polskiej" i wielu innych. Interesuje się przede wszystkim historią historiografii, formami narracji historycznej. W 2011 nagrodzony nagrodą Ministra Zdrowia za publikację w "American Journal of Public Health". Opublikował także 5 powieści historycznych nakładem wydawnictwa Albatros: "Krew Faraonów" w 2005, "Taniec Szarańczy" w 2007, "Bractwo Mandylionu" w 2009, i "Czerń i Purpura" w 2013. W roku 2015 ukazała się powieść "Kartagińskie ostrze" nakładem tego samego wydawnictwa. Pisze następne książki, i uczy historii w programie matury międzynarodowej.
Ten wpis został opublikowany w kategorii horror, Literatura, Millenium, opowieść grozy, rasizm, recenzja, śmierć i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>