Madonna ze Stalingradu

Blogu,

Tym razem zamieszczam opowiadanie/nowelę, jaką napisałem ponad 10 lat temu w Lublinie.

MADONNA ZE STALINGRADU

17 czerwca 1942 roku

Od czterech dni wszyscy w naszym pułku mówią tylko o ofensywie. Mój przyjaciel Johann, jest zdania, że wojna skończy się do Świąt Bożego Narodzenia i wszyscy wrócimy do domu. Ja też chciałbym znów zobaczyć matkę, brata Gilberta, który w listopadzie będzie miał 6 lat, wuja Paula i moją Elke. Ale łapię się, że nie potrafię myśleć zbyt często o rodzinie jak czyniłem to dawniej. Od trzech tygodni, kiedy jestem w Rosji, całe moje życie obraca się wśród tych bezkresnych pól jak liść, który zerwany z drzewa spada na ziemię i nie wie, kto go podniesie.

Ale upał rosyjski jest tak wykańczający, że leżysz i nie ruszasz się nie, dlatego że ci się nie chce, tylko, dlatego że nawet nogi zamieniają się w osobne istoty, obdarzone inteligencją, które nie chcą tracić sił. Starzy żołnierze, w tym Wolff z 297 dywizji mówią, że ruskie lato jest tak jak zima – krańcowo wykańczające, ekstremalne a dodatkowego smaczku dodaje fakt, że zewsząd czyhają sowieccy snajperzy, których jedynym marzeniem jest to, żeby rozwalić Ci łeb. Zazdroszczę starym żołnierzom, bo widzieli już takie rzeczy, których ja nie widziałem i byli tam, gdzie ja nie byłem. Wolff na przykład był we Francji, potem w Jugosławii i Grecji i teraz jest w Rosji. Zawsze opowiada, że właściwie mógł zwiedzić za darmo większość Europy. Zapytałem go kiedyś, czy z tego powodu jest wdzięczny wobec fűhrera. Ale Wolff popatrzył na mnie ze zdziwionym wyrazem twarzy, ale nic nie odpowiedział. Ja jednak nalegałem i człowiek, który właściwie mógłby być moim ojcem, w końcu odpowiedział „Gówniarz jeszcze jesteś”.

A ja myślę, że jak tylko Rosja skapituluje, to dostanę pewnie trochę ziemi i tutaj zbuduję mój dom. Każdy Niemiec powinien mieć rodzinę i zbudować dom. Tak mówił mi Ojciec, a ja wierzę memu Ojcu. W ogóle nasza kompania jest w miarę równa, nie ma takich, których bym nie lubił, wszyscy w większości byliśmy z Nadrenii z małych miasteczek leniwie ciągnących się na prawym brzegi wielkiej rzeki, która kiedyś nawet przekraczali Rzymianie

Stary Wolff, który u nas jest w zastępstwie za zabitego kaprala Hirchfelda, mówi nam, że jesteśmy smarki i żebyśmy dziękowali, że do tej pory mamy trzymały nas pod różowiutkim cycuszkiem i dawały popić mleczka. Wszyscy wtedy się śmiejemy – cała nasza paczka: Michael Wintz, przystojny chłopak, który jeszcze w gimnazjum chwalił się, że przespał się ze wszystkimi koleżankami z żeńskiego gimnazjum, chichy, spokojny Karlheinz Knopp, student teologii, który jest dla mnie prawie jak brat. Na Karla wszyscy mówimy „poeta”, bo pisze najpiękniejsze wiersze do dziewczyny, chociaż miedzy nami mówiąc, nigdy się nawet nie całował, i Winfried Scholl „Wini” – chłopak, któremu w szkole szło najgorzej, na którego koleżeństwie nigdy się nie zawiodłem i ja, Robert Deibbe, najmłodszy w naszej paczce, któremu wszyscy wróżyli przyszłość księdza, paradoksalnie wszyscy prócz mnie samego. Dla mnie przyszłością była moja skromna i piegata Elke, której zapachu włosów nigdy nie zapomnę.

W drodze na front dołączył do nas Austriak Johann Strawitzky, który formalnie jest w austriackiej 100 dywizji. Wszyscy polubiliśmy, bo potrafił nam dawać nadzieję. Był po skończonych studiach wyższych z malarstwa na Uniwersytecie Wiedeńskim i jako jedyny z nas był z przekonania narodowym socjalistą, chodził na pogadanki partyjne dla żołnierzy i powtarzał nam ciągle, że instynkt fűhrera nie zawiedzie i teraz latem na pewno Rosja się załamie. Mówiąc szczerze, kiedy na Boże Narodzenie 1941 byłem jeszcze w domu, dopiero po nowym roku dowiedzieliśmy się, że nasi cofnęli się spod Moskwy, co bardzo nas zaskoczyło, bo nikt nie przypuszczał żeby cała ta Moskwa, tak dla nas odległa, mogła się oprzeć niemieckiemu wojsku, które położyło na kolana całą Europę.

Zdziwiłem się potem bardzo, kiedy stary Wolff, który był szewcem spod Heidelbergu i miał ze czterdzieści lat zaczął pewnego wieczora w jakiejś szopie w maju na zgrupowaniu pułku w Polsce opowiadać o Moskwie – o przerażającym zimnie, o zmasakrowanych trupach, o setkach naszych ciał, z których kruki wyjadały oczy i o tym, że Rosjanie z Syberii są strasznymi żołnierzami. Wolff mówił, że setki naszych umarło z zimna, bo nie było wcale zimowych mundurów i koledzy Wolffa zabierali ubrania miejscowym Rosjanom, którzy potem masowo umierali. We wszystko to nie wierzyliśmy, bo ruski Iwan to nie mógł być dobrym żołnierzem Zresztą Michael zaczął traktować Wolffa jako defetystę, bo przecież wiemy, że bolszewicy to na wpół oszalałe dzikie zwierzęta i my jedziemy dać im cywilizację. Potem powiedzieliśmy Wolffowi, że nie zameldujemy o tym sierżantowi, który wcześniej dał nam broszurki o Rosjanach. Szewc nic nie odpowiedział, popatrzył tylko na przystojną twarz Michaela i przez moment zdało mi się, że mógłby mieć syna w naszym wieku. Skinął tylko głową. Ale mnie zrobiło się go żal, bo przecież, jeśli stchórzył, to, po co chce jechać jeszcze raz do Rosji? Dlatego chciałem za wszelką cenę dowiedzieć się o nim więcej i o jego przygodach we Francji, Grecji i właśnie Rosji. Myślę, że jeśli był, chociaż cień prawdy w tym, co mówił Wolff, to chyba, dlatego osiwiał.

22 czerwca 1942

Już rok trwa wojna z bolszewikami, która ma nam przynieść przestrzeń życiową. Około południa porucznik Hamann wbiegł podniecony jak nigdy i powiedział, że za pół godziny mamy być gotowi do wymarszu. Idziemy na pociąg, który podstawią i pojedziemy do Charkowa. Mój Boże, wreszcie początek przygody! Ale oprócz radości, czuję, że będę jeszcze tęsknił do tego lasku.

29 czerwca 1942

Okazało się, że o walkach, jakie od 28 toczyły się wokół Woroneża dowiedzieliśmy się z opóźnieniem, które było wynikiem naszego odizolowania od reszty dywizji. Lasek, w jakim leżeliśmy, był nie tylko miejscem gdzie żarły nas komary, ale miejscem gdzie diabeł mówił dobranoc. W pociągu rozdali nam gazetkę. Pod Woroneżem front rosyjski został rozerwany, choć na kilka dni dywizje grenadierów pancernych utknęły w walkach o miasto. Oficerowie naszego pułku, w tym pułkownik Otto Glaube, są zdania, że bolszewicy uciekają na wschód i nam pozostanie ich tylko gonić. Wszyscy są w dobrych nastrojach, a Michael wręcz podchodzi do rzeczy entuzjastycznie. Ja jednak boję się tych strasznych rosyjskich przestrzeni, które migają przed oczyma jak jakieś wielkie morze. Chociaż trudno oceniać Rosję z perspektywy pędzącego pociągu. Im bardziej myślę o tym wielkim kraju, tym bardziej mam mieszane uczucia.

30 czerwca 1942

Pociąg dotarł na miejsce bez niespodzianki. Nasza kompania dotarła już do reszty pułku, który wchodził w skład 29 dywizji zmotoryzowanej. Jest szansa, że nie będziemy musieli maszerować przez rosyjskie stepy pieszo. Koledzy z piechoty otwarcie nam tego zazdroszczą, mówią na pancerniaków, że są czarni i jest to prawda. Maja czarne mundury i są bez przerwy umorusani smarami, jak tylko sobie pomyślę, jak jest bardzo gorąco w takim czołgu przy trzydziestu pięciu stopniach upału, to mnie mdli.

Pierwsze dni marszu nie były zbyt uciążliwe, wroga prawie nie napotkaliśmy. Nie mogę powiedzieć dokładnie, w jakim miejscu rozpoczęliśmy marsz ku przygodzie, ale było to na pewno gdzieś na południe od Woroneża. Dzisiaj przejeżdżaliśmy przez kilka rosyjskich wsi – dosyć przykre wrażenie ludzi, którzy wychodzili z domów i patrzyli na nas jak na dziwolągi. Jakby nie mieściło im się w głowach, że maszerują Niemcy. Jakiś chłop chciał dać jednemu podoficerowi bochen chleba, ale nie bardzo ten kolega chciał go przyjąć. Może bał się, że chleb był zatruty, ale mnie i Winiemu wydawało się, że ten rosyjski chłop odnosi się do nas z sympatią, dlatego ten chleb wzięliśmy. Chłop uśmiechnął się i zza izby wyjrzały jego dzieci nie mniej zdziwione i przestraszone niż ojciec. Wtedy przypomniałem sobie, jak stary Wolff opowiadał, że podczas walk w zeszłym roku na Ukrainie witano naszych żołnierzy kwiatami. Im bardziej zastanawiam się nad tym wszystkim, tym bardziej mam wrażenie, że nie rozumiem wielu rzeczy na tej wojnie

8 lipca 1942

Płoną stepy, morze płomieni. Nie można dalej iść. Skręcamy na południowy – wschód. Dym przesłania momentami słońce. I wtedy padają strzały. Stałem koło motocykla, kiedy Wini Scholl rzucił się na mnie. Obaj padliśmy na ziemię. Kule tłukły jak wściekłe. Nie wiem skąd strzelano, ale kilku naszych leżało w pule drogi okrwawionych jak cielęta w rzeźni. Inne kompanie tłuką z karabinów maszynowych w pola dojrzewającej pszenicy, która momentami staje w płomieniach. Piekło. Potem okazuje się, że strzelali dwaj żołnierze bolszewiccy schowani w zbożu. Jednego przytroczono do samochodu, niski brudny rosyjski Iwan. Po raz pierwszy widziałem trupa. Mój Knopp popatrzył tylko na mnie i wiedziałem, co znaczył jego wzrok. Czułem to samo. Po co robić z ciała trofeum? Ale pierwszy szok ustąpił, kiedy kilkanaście kilometrów dalej, zobaczyłem nasze trupy. Jakaś kompania dostała się pod gniazdo samotnego karabinu maszynowego, ukrytego w zbożu, podobnie jak strzelcy, których my zabiliśmy. Nigdy nie przypuszczałem, żeby trupy mogły być tak zmasakrowane. Potem widziałem wiele ciał i musze powiedzieć, że następne nie robiły takiego wrażenia.

12 lipca 1942

Wpadliśmy na jakąś bolszewicką dywizję wczoraj wieczorem. Cały dzień stukasy podchodziły bardzo nisko i w momencie, gdy pilot podrywał tego niesamowitego ptaka do góry, ruskie pozycje wybuchały gejzerem ogni i ziemi. Stukasy robią wielkie wrażenie, ryk syreny jest uderzający. Knoppi powiedział, że niemożliwe żeby po takim bombardowaniu ktokolwiek mógł tam przeżyć. W nocy mamy okrążyć Rosjan z lewej strony z uwagi na szybkość naszego pułku. Glaube jest bardzo zadowolony, bo mieliśmy ponoć tylko 18 zabitych na tysiąc żołnierzy. Gdy patrzę na rosyjskie pozycje wybuchające raz po raz pomarańczowymi językami ognia i wysokimi na kilkanaście metrów gejzerami ziemi, wiem, że ta wojna jest także moja. To, co widzę, dzieje się w mojej obecności i jest też we mnie.

Powiedziałem Knoppowi, że nie często się ogląda bombardowania, przy pięknej pogodzie, że może wyglądać to jak teatr. Knoppi ze znaną tylko sobie emfazą odpowiedział, że jestem walnięty, bo nikt nie myśli w takiej chwili o krajobrazie. Zrozumiałem, że Knoppi się wtedy bał. Tak po prostu, bo będzie musiał pójść i zabić kogoś, kogo nie zna. W jednej chwili bardzo pragnąłem, żeby samoloty zabiły wszystkich Rosjan, bo nie chciałem żebyśmy musieli do kogoś strzelać. Ja jeszcze nie wystrzeliłem, bo nie było nawet, kiedy. Pędzimy przez te pola już prawie dwa tygodnie i na razie nie widać tego końca. Nie liczyłem, ale myślę, że dziennie robimy ponad czterdzieści kilometrów i stajemy w momencie, kiedy motocykle, ciężarówki i lekkie transportery nie mają w bakach benzyny. Te chwile są najpiękniejsze, można wyjść i rozprostować nogi. Cudowne uczucie po kilku godzinach spędzonych w transporterze. Michael powiedział, że nie ma nic piękniejszego niż odlać się po całym dniu na czubki rosyjskich traw. Muszę powiedzieć, że to prawda. Knopp powiedział, że wielka armia niemiecka pruje przez rosyjskie stepy tylko po to, żeby robić zawody w szczaniu na odległość. Dobrze, że Strawitzky tego nie słyszał.

Koło północy dojechały czołgi z pułków 16 dywizji pancernej generała porucznika Angerna z 14 korpusu pancernego generała Hubego. Czołgi zaczęły strzelać salwami w miejsca oświetlone przez race. Huk był tak wielki, że niektórzy nasi ludzie zatykali sobie uszy trawą. Cała noc zamieniła się w jeden wielki cyrk dudniący odgłosami wybuchów i seriami karabinów maszynowych, który wyglądał podświetlony przez race i pożary niczym stada owadów idące na lep światła. Nad ranem okazało się, że nie była to dywizja, tylko cztery kompanie wyposażone w kilka dział przeciwpancernych.

16 lipca 1942

Idziemy dalej na południe. Wszyscy zaczynają mówić, że ma to związek z naszym zamiarem dotarcia do Kaukazu i tamtejszej ropy. Nasze samochody i transportery jadą przez bezkresne morza rosyjskiego zboża. Mój Boże, ile ludzi ten kraj mógłby wyżywić, a zawsze, kiedy wchodziliśmy do jakiejś wioski, ludzie przyjmowali nas serdecznie i nie sposób było robić im jakieś utrudnienia. Zauważyłem, że Ci ludzie są większości głodni. Wprawdzie uczęszczałem tylko jeden semestr na medycynę, bo wezwano mnie do wojska, ale umiem odróżnić człowieka, który żyje dzięki minimum pożywienia. Straszny jest chyba los rosyjskich dzieci, które zapewne mają problemy z przeżyciem zimy. Ale nikomu tego nie mówię, co czuję. Widziałem jak nasi żołnierze zabijali dzieci.

Coraz częściej łapię się, że zastanawiają mnie rzeczy, które pozostają obojętne dla moich kolegów. Śmierć straszliwie jakoś staniała w naszych oczach i widok rozerwanego trupa nie robi już na starszych żołnierzach jakiegoś większego znaczenia, jakby patrzyli na zwłoki padniętej świni lub psa. Jeszcze kilka miesięcy temu, byłem pewny, że życie ludzkie jest wiele warte. Dzisiaj nie umiem już tak powiedzieć. Zapytałem Winiego, co by zrobił gdyby kazali mu zabić. Popatrzył na mnie po raz pierwszy mocno zdziwiony i odparł „A po co innego my tutaj jesteśmy?”.

20 lipca 1942

I znów Rosja – bezkresne pola migoczące zbożem, widok jest niesamowity. Ponoć czołgi Hotha stają niekiedy w miejscu, żeby zorientować się gdzie są i żeby przypadkiem nie zostać zbombardowane przez własne lotnictwo. Jesteśmy codziennie w drodze po kilkadziesiąt kilometrów i wierzę, że dzięki temu wojna się skończy. Kierujemy się teraz na południe, prawdopodobnie w stronę gór Kaukazu, choć nikt tego głośno nie mówi. Zauważyłem, że kiedy czołówka naszej dywizji zatrzymuje się z braku paliwa, pojawiają się jacyś dziwni jeźdźcy na koniach i zawzięcie coś naszym tłumaczą. Potem dowiedziałem się, że byli to Kozacy.

Nigdy nie przypuszczałem, że Rosja może być taka ogromna. Człowiek jest jak kamyk wrzucony do głębokiej studni. Tym jest chyba Rosja.

23 lipca 1942

Wreszcie odmiana  – miasteczko Sowieckoje. Straszna dziura, budynek poczty, mała szkoła i mnóstwo chałup krytych słomą. Michael zszedł z motocykla pierwszy, zobaczył jakieś dwie rosyjskie baby, które zachowywały się bardzo dziwnie. Stały w miejscu i żywo ze sobą rozmawiały. Wyszły też jakieś dzieci – brudne i umorusane. Jeden rosyjski chłopiec podbiegł do Michaela i dał mu jabłko. Tym razem Michael stanął jak wryty. Nie zdarzyło się to po raz pierwszy, kiedy ludzie z rosyjskich wiosek dobrze nas witają. Schodzimy z motocykli, bardzo przyjemne uczucie rozprostować zgięte nogi.

Połowa lipca to w Rosji czas niezwykłych upałów, które w takim samym stopniu dają się we znaki ludziom i zwierzętom. Niedaleko jednej z chałup, w cieniu rzucanym przez okap słomianego dachu, siedział kot. Właściwie leżał, bo nawet, kiedy zawarczały nasze motocykle, nie wstał i nie sprawdził, kim mogą być goście. Nawet dachy pokryte słomą nie były chyba od dłuższego czasu naprawiane, bo sypały się na samo dotknięcie ręki. Dziwiło mnie zawsze, kiedy przyjeżdżaliśmy do rosyjskich wiosek, że czas biegnie tam jakby innym utartym torem odmierzanym nędzą i brakiem kontaktu z innym światem.

Po jakiś dwu godzinach dotarły też forpoczty 14 dywizji pancernej i trochę żołnierzy SS z Eisantzkomanndo. Kilku naszych oficerów było poirytowanych tym, że te rosyjskie baby wciąż stały. I wtedy pojawił się Kurt Heinz, student z Berlina, który jak się okazało mówił po rosyjsku. Baby sądziły, że przyjechali jacyś towarzysze z kołchozu naddońskiego. Heinz powiedział, że jesteśmy Niemcami, a baby stały dalej nie mogą wyjść z podziwu, że po raz pierwszy w życiu widzą Niemców, ale skąd przyszliśmy, nie miały zielonego pojęcia. Zapytały Heinzego jak to się stało, że wielki Stalin tak po prostu nas wpuścił. Heinz z sobie tylko znanym poczuciem humoru odparł, że wielki Stalin nie miał wyboru.

Kurt Heinz jest człowiekiem, który dał mi bardzo dużo. A całą sowiecką wiochę przywołałem, dlatego, bo tam po raz pierwszy rozmawialiśmy. Kurt otworzył mi oczy na pewne rzeczy, których wcześniej nie widziałem. Zaczęliśmy rozmawiać o tym jak to się stało, że jesteśmy gdzieś pośrodku Rosji, zamiast być na uczelni, kochać dziewczyny i wybierać się wieczorami na dobre pszeniczne piwo. I zaczęliśmy sobie opowiadać całe życie. Heinz był protestantem, podobnie jak ja i zaczął mi opowiadać jak wyglądało życie Berlina przed wojną. Prawie poczułem zapach tanich piwiarni i wesołej dekadenckiej atmosfery na uniwersytecie i Kurt mógłby opowiadać dużo, ale kiedy powiedział, że zaczął mieć wątpliwości, kiedy wyrzucili z uniwersytetu wszystkich Żydów gdzieś w połowie 1937 roku. Słuchałem go z zapartym tchem.

- Słuchaj to nie jest tak, że oni zachowywali się jak zawsze. Ale pewne rzeczy były dla mnie nie do zrozumienia, kiedy poszedłem na wiec. Stało tam tysiące ludzi z S.A, świeciły pochodnie i czuło się, że dzieję się coś ważnego, a Ty, choć czasami nie miałeś czego włożyć do garnka, wiedziałeś gdzieś podświadomie, że to będzie początek czegoś nowego i wielkiego. I wtedy uwierzyłem, że wszystkim Niemcom może być lepiej.

- A tamci wyrzuceni?

- Nie myślałem o tym. Berlin wyglądał wtedy najpiękniej i liczyła się atmosfera chwili, czegoś podniosłego. W takich momentach jesteś jak wszyscy i chcesz czuć się szczęśliwy jak wszyscy. W jednej chwili pomyślałem, że śmierć mojego ojca w drugiej bitwie nad Marną nie będzie zmarnowana. Przez cały czas mama mówiła, że ojciec z umarł nadaremno. Wtedy nie liczyła się gorycz. Wierzyłem im jak wszyscy.

- Czujesz się teraz zawiedziony?

Kurt popatrzył na mnie przez chwilę jak czasami nauczyciel matematyki patrzy na swego ucznia, który nie rozumie rachunku prawdopodobieństwa. Nie miałem odwagi po raz drugi zadać tego pytania.

- Robert, nie wiem, czy słyszałeś o wielkim kotle pod Kijowem latem zeszłego roku.

- Tak, czytałem w prasie i słyszałem w radiu. To było wielkie zwycięstwo Rzeszy nad bolszewikami.

- Milion jeńców. Szarych brudnych, zwierzęcych bolszewików, których potem pognano do czegoś, co oni nazywają obozami jenieckimi. Tak się składa, że kiedyś brałem udział w wizytacji takiego ośrodka jako kierowca kapitana z 16 pancernej. Był listopad, a pewnie słyszałeś, jakie w tym przeklętym kraju potrafią być zimy. Połowa jeńców na jakieś czterdzieści tysięcy nie żyła, gówna leżało grubo w barakach prawie na metr i połowa Iwanów pozjadała się nawzajem, a tych, którzy przeżyli, SS zapakowała do pociągów i słuch o nich zaginął. Wiesz, jaki z tego wniosek?

- Nie, nie wiem.

- Odpowiem Ci. Dzisiaj widziałeś jak jakiś chłopiec dał jednemu z naszych jabłko, mimo że sam nie miał drugiego. Wiesz, co Ci ludzie dostaną w zamian od kolegów z Eisantzkomanndo, kiedy tylko ruszycie dalej?

- Co?

- Kulkę w tył głowy. A wiesz, dlaczego? Bo to są rosyjskie zwierzęta, a nie ludzie. Podłe rosyjskie zwierzęta, albo polskie szczury, albo jakieś inne gady. Tak jest od trzech lat. Dlatego nie wygramy tej wojny, po prostu nie możemy jej wygrać.

- Co Ty mówisz?

- Ciszej gołąbku, ciszej. Nie wiesz, co to jest za wojna i zapewniam Cię, że my jej nie wygramy, jeśli nastawimy do siebie miejscową ludność wrogo. Stalin się z nimi nie cackał. Ten chłopiec powiedział Ci o swojej nadziei w tym jabłku, które dał twojemu kumplowi. Dlatego błagam Cię Robert, pomyśl, zanim przez przypadek powiesicie jakąś kobietę z dzieckiem, bo nie będzie miała włosów jak prawdziwa Niemka.

Popatrzyłem wtedy na Kurta inaczej. Bardzo chciałem być jego przyjacielem, bo po raz pierwszy spotkałem człowieka, który myślał. Nie uchybiając Winiemu ani Knoppowi, którzy byli dla mnie jak bracia. Chciałem po prostu, żebyśmy patrzyli tak jak ten uśmiechnięty chłopak z Prus Wschodnich, którego nie zapomnę nigdy. Dwie godziny potem dowieźli benzynę. Mieliśmy ruszać. Idąc w stronę motocykla zobaczyłem tego samego rosyjskiego chłopca, który dał Michaelowi jabłko. Patrzył zaciekawiony i bardzo ufny. Pojechaliśmy, choć w głębi serca czułem, co się stanie. Jakieś dziesięć kilometrów za Sowieckoje usłyszeliśmy serie z karabinów maszynowych, odwróciłem głowę.

Widziałem tylko ogień i dym.

27 lipca 1942

Ponoć jest tak po każdorazowym przejściu oddziałów Wehrmachtu, przychodzi SS i wyławia natychmiast wszystkich podejrzanych o udział w partii bolszewickiej, albo o pochodzenie żydowskie. Zabijają wtedy wszystkich, niezależnie czy są to dziesięcioletni chłopcy, czy osiemdziesięcioletni starcy. Nie próbuję już nawet chcieć rozmawiać o tym ani ze Strawitzkym, ani z naszym Michaelem. Czujemy to wszyscy i myślę, że wszyscy żołnierze wiedzą, co się dzieje na tyłach. Ale mówi się za to ciągle o bandach partyzantów sowieckich, którzy strzelają ponoć do wszystkiego, co się rusza i na drzewo nie ucieka. Koledzy, którzy po kampanii 1941 roku zostali wycofani na Białoruś opowiadali, że pierwsze takie grupy pojawiały się zimą zeszłego roku i dawały się okolicznej ludności tak bardzo we znaki, że z naszą żandarmerią współdziałali chłopi ukraińscy i niektórzy Polacy. Ale jest to dla mnie coś, co znam tylko z opowiadań innych, a teraz widzę inne rzeczy. Bez przerwy pola zboża, czasami wjeżdżamy w jakieś wielkie pastwiska ciągnące się na kilkadziesiąt kilometrów, wydeptane suche i spalone bezlitosnym słońcem. Czołgi są jak jakieś wielkie żuki, które wolno idą ku swemu przeznaczeniu.

Dzisiaj Glaube otrzymał wiadomość o konieczności zatrzymania się. Ponoć oddziały pancerne i zmotoryzowane wyprzedziły piechotę o jakieś sto kilometrów i teraz powstała przerwa. Wszyscy mówią ze zdziwieniem, że sowieckich wojsk poza nielicznymi oddziałami, które nie zdążyły się jak widać wycofać wcześniej, nikt nie widział. Dlatego znaleźliśmy sobie nową pasję – obserwowania pojedynków powietrznych. Nasi asi myśliwców mają na kontach po kilkadziesiąt zestrzeleń i zakładamy się, który samolot, migoczący na niebie niczym wielki ptak jest naszym Messerschmittem, a który sowiecką maszyną. Michael oczywiście świetnie wie, który jest nasz. Widzisz punkt na niebie, który wybucha i nagle następny, który omija go i ulatuje w przestworza. Potrafimy tak patrzeć po dwie, trzy godziny, jednak najlepiej jest patrzeć jak samolot trafiony serią spada z warkoczem ciemnego dymu i kończy swój żywot wielką kula ognia gdzieś w bezkresnym rosyjskim stepie.

4 sierpnia 1942

Dzisiaj rano obok mnie usiadł wróbel. Leżałem obok motocykla, tuż obok Knoppa. Ptak przez chwilą przyglądał mi się spokojnie, dużo spokojniej niż ludzie, po czym zaczął szukać czegoś koło koła. Właśnie wstawało słońce, pomarańczowe języki poranka lekko prześlizgiwały się po rosyjskich polach zboża, a ja wpatrzony w twarz poranka próbowałem znaleźć takie miejsce, gdzie nie byłoby wojny i tego, że idziemy wgłąb tego wielkiego kraju. Patrzyłem to na słońce, to na wróbla i przez moment chciałem być tak mały jak on, tak nic nie znaczący, że prawdziwy. Dużo prawdziwszy niż ja. Zdałem sobie sprawę, że jeśli ten koszmar będzie ciągnął się bez końca, to ten wróbel będzie jedyną normalną rzeczą, jaka ostanie się pod słońcem.

Dzisiaj rozmawiałem, z Knoppem. Ma poważny kryzys. Płakał niemal bez powodu. Nie wiem, czy człowiek w nienormalnych warunkach pragnie odreagować wszystkie rzeczy, które weszły wgłąb jego świadomości, czy dlatego że w beznadziejnych sytuacjach przez płacz stajemy się bardziej twardzi. Zapytałem, dlaczego tak mu ciężko. Odpowiedział, że zastrzelił dwa dni temu rosyjskiego żołnierza, który ruszył się w zbożu i wziął go za zwierzę.

10 sierpnia 1942

Znów w drodze. Glaube dostał wiadomość, że Oberkommanndo der Wehrmacht wydało rozkaz zmiany marszu z południa na południowy – wschód, aby lewe ramię 6 armii mogło szybciej od Rosjan przekroczyć Don. Nigdy nie jechaliśmy jeszcze przez stepy z taką szybkością, tego dnia pod wieczór czułem, że tyłek przypalił mi się od gorąca do siedzenia motocykla.

Natomiast zupełnie niesamowite jest patrzeć na płonące trawy. Pożar zaczyna się dosyć przypadkowo. Lekkie zaczerwienienie, trochę dymku i trawy, które natychmiast gną się jak rozgrzana do czerwoności blacha w hucie. Potem języki czerwieni szybko przerzucają się na inne chwasty i dalej, krok po kroku, pożar spaceruje wierzchołkami traw, niczym jakiś lekkoatleta wyprężający się do skoku o tyczce, zmierzający w górę byle delikatniej i dokładniej. Pożar jest inteligentny i omija te miejsca, gdzie zebrało się trochę wilgoci, nad którą nie ma władzy i sunie dalej niosąc śmierć i zniszczenie wszystkim owadom, które nie mogą uciec. My też idziemy przez te rosyjskie pola jak pożar, tylko, że zamiast owadów giną ludzie.

13 sierpnia 1942

Idziemy jednak na południowy wschód. Przez ostatnie dni zastanawiałem się nad celem naszej wędrówki przez te cholerne stepy. Mieliśmy przeciąć Rosję na pół i zakończyć tę wojnę, ale coraz częściej nachodzi mnie przeczucie, że jest przed nami coś, co odbije się nas wszystkich. Dzisiaj z Schollem mieliśmy rozmowę o dziewczynach. Wini chce ożenić się zaraz jak wyjdzie z wojska. Mówię mu, żeby się ożenić, to trzeba mieć z kim, a on dziewczyny nie miał. Popatrzył na mnie i powiedział, że jak żołnierz wraca z frontu, to kobietki sikają na jego widok. Myślę sobie skąd u niego takie pomysły na życie? I odpowiedź jest chyba ukryta w bogatych doświadczeniach Michaela.

20 sierpnia 1942

Nie pisałem przez ostatnie dziesięć dni, bo nic ciekawego się nie działo. Wciąż jedziemy z dużą szybkością naprzód. Przyszedł w południe rozkaz od Glaubego, że kierujemy się na rzekę Don. I na samą myśl o tym przechodzi mnie mrowie po plecach. Cóż to za niezwykły czas, kiedy Niemcy maszerują na Don. W naszej kompanii atmosfera jest wspaniała. Porucznik Paul Hamman mówi, że sukces jest blisko, bo jeszcze nigdy nie byliśmy tak daleko na wschodzie.

Zastanawiam się, co robi teraz mama i mały Gilbert. W zeszłym roku o tej porze siedziałem w domu po zakończonym semestrze i wiedziałem już, że nie wrócę na uniwersytet. Razem z Knoppem dostaliśmy wtedy powołanie do wojska i mieliśmy wyjechać do jednostki początkiem września na pierwsze przeszkolenie. Piszą, bo dzisiaj mija rok, kiedy moja Elke dowiedziała się, że wyjadę. Byliśmy wtedy na festiwalu niemieckiej piosenki i pamiętam dokładnie jej twarz, kiedy powiedziałem, że idą do wojska. Elke popłakała się i od razu rzuciła mi się na szyję. Czułem oszałamiający zapach jej skóry i włosów i wiedziałem, że cieszyła się z tego, że będę żołnierzem. Czułem, że Elke zazdrościła starszym koleżankom, które miały chłopaków w wojsku.

Teraz patrzę na wypalone rosyjskie stepy, które są dla nas drogą w nieznane, widzę inną trawę i krzaki malin nad rzeką, gdzie wspólnie z Elke chodziliśmy na spacery z jej bratem, Hermanem, który teraz podobno jest we Francji. Dobrze mu. Ale wtedy nad rzeką, wśród malin, które wybuchały sokiem w ustach i pod językiem, nam było też dobrze. Tam gdzie spadła malina, próbowaliśmy zanurzyć się w jej wnętrze, wilgotne i słodkie, które oszałamiało i sprawiało, że zmysły chcą biec ku słońcu, wznieść się ponad to wszystko, czym żyliśmy dotychczas. Knoppi pisze miłosne wierze dalej. Wiem, że chciałby skosztować malin, ale nie mogłem mu powiedzieć, że jej już znam ten smak..

23 sierpnia 1942

Gruchnęła wiadomość, że oddziały piechoty z 51 korpusu von Seydlitza przeprawiały się przez Don. Mój Boże, okazało się również, że będziemy pierwszą jednostką zmotoryzowaną, która przeprawi się przez tę rzekę. Wszyscy się cieszą. Jedziemy wśród płonących siół na prawym brzegu rzeki, saperzy postawili most dość szybko zważywszy, że ponoć jeszcze dwa dni temu, kiedy przeprawiali się chłopcy z 51 korpusu, z brzegu sowieckiego strzelały karabiny maszynowe.

Don jest wielką rzeką, niemal tak dużą jak Ren w środkowym biegu, płynąca wolno i spokojnie, woda ma kolor ciemny, tak jakby rzeka starała się ukryć przed nami swoje podwoje, jakby nie chciała nas puścić dalej. Przez most pontonowy jadą oddziały naszej dywizji i czołgi Hotha, przed nami jest już tylko Wołga. Na lewym brzegu staliśmy z Schollem, kiedy podszedł do nas porucznik Hamman, zagadał jak zwykle uprzejmie, bez pruskiego drylu, który tak lubią Ci okropni Prusacy z Brandenburgii, zapytał nas czy wiemy, gdzie idziemy. Scholl mówi bez wahania „na Kaukaz”, porucznik jakoś dziwnie się uśmiechnął, zapalił papierosa i powiedział patrząc na ciche i spokojne wody Donu, „Nie chłopaki. Idziemy na Stalingrad, fűhrer pragnie zając miasto”. Obydwaj popatrzyliśmy na siebie jak dwaj uczniowie, którzy za chwilę dostaną pasem, ale porucznik szybko to zauważył i powiedział coś, czego nigdy nie zapomnę „Nie przejmujcie się. Lepiej pochodzić po mieście niż biegać na Kaukazie w śniegu jak niedźwiedzie”.

Zauważyłem, że stepy nad Donem są jeszcze bardziej puste i przerażające swoja przestrzenią niż te na Ukrainie i ludzie, którzy tam mieszkają nie są chyba jakoś tak specjalnie zapatrzeni w system sowiecki. Dzisiaj do naszych oficerów zgłosiło się kilkudziesięciu kałmuków z wielbłądami i końmi prosząc, byśmy pozwolili strzelać im do Rosjan, których nienawidzą i uważają za swych odwiecznych wrogów. Na szczęście pułkownik Glaube nie jest w ciemię bitym facetem i natychmiast zapowiedział komórkom Gestapo, które idą za nami, żeby nie ruszali tych ludzi. Jak się okazało dzięki nim, czołgi Hotha mogły w drodze objeżdżać pozycje ukrytych w trawie żołnierzy sowieckich i wytłuc ich do nogi. Knoppa uderzyło to, że wielu ludzi, którzy mieszkają w państwie Stalina i którzy nie są Rosjanami, najchętniej wbiliby ruskim nóż pod żebra. Hamman i Kurt Heinze mówią, że to jest nasza jedyna szansa, żeby wygrać tą wojnę. Mimo że Strawitzky był wściekły i otwarcie mówił, że Glaube zdradził ideał narodowosocjalistycznego żołnierza, nieodparcie mam wrażenie, że pułkownik miał rację. Scholl i Knopp są tego samego zdania. Michael….a zresztą nieważne.

28 sierpnia 1942

Mamy iść na Stalingrad. Wiem, że uczestniczymy w czymś, co jest zupełnie niezwykłe. Dzisiaj po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać znów nad kwestią Boga. Choć przestałem praktykować regularnie jakieś dwa lata temu, to jednak czułem, że wszystko nie może być tylko kwestią przypadku. Do takiego myślenia skłania mnie to, co robią Niemcy na tym froncie. Zabijamy mnóstwo ludzi, tak jakby życie ludzkie zupełnie się nie liczyło, a we mnie coraz bardziej wszystko wyje z rozpaczy. Knopp odczuwa to samo, wiem to na pewno. Myślę, że w naszej kompanii znalazłoby się kilku chłopaków, którzy nie pogodzili się z tym, co się tutaj dzieje. Ale nikt nie chce mówić o tym głośno, wszyscy się boją takich jak Strawitzky, nikt nie chce nawet głośno pomyśleć, co się stanie z naszymi Niemcami, gdybyśmy nie zdołali wygrać tej wojny.

Bardzo chciałbym, chociaż na chwile się zatrzymać. Mundur przylepia się do ciała i nie czujesz nawet, że po tygodniu marszu z nóg robią się ciężkie młoty, pulsują i niektórym krwawią, jeśli ktoś nie miał dobrych, grubych skarpet. Na szczęście mam jeszcze 4 pary takich skarpet, które zrobiła mi moja mama. Jedne dałem Schollowi…bo fajtłapa zgubił gdzieś swoje, albo ktoś mu ukradł. Upał jest straszny, niebo ma białawy odcień. Dzisiaj zauważyłem, że moja skóra zbrązowiała, podobnie jak Schollowi i Knoppowi. Śmiejemy się z Knoppa, że teraz nie musi już pisać wierszy do dziewczyn, bo wystarczyłoby żeby wszedł do żeńskiego gimnazjum, tak jak teraz stoi – opalony na Indianina, w mundurze rozpiętym do połowy i z przerzuconym przez plecy automatem. Na pewno wyszedłby z takiego gimnazjum z żoną – albo dwiema. Knopp też się śmieje, śmiech to zdrowie.

31 sierpnia 1942

Idziemy do przodu, wszyscy wiedzą już, że przed nami jest Stalingrad – wielkie sowieckie miasto. Scholl – ku memu zdumieniu, nie mówiąc już o Strawitzkym i Michaelu widzą w tym koniec wojny. Bardzo chciałbym, żeby mieli rację.

Dzisiaj wieczorem, kiedy na cztery godziny mogliśmy się położyć na ziemi, nagle zdałem sobie sprawę, że jesteśmy jakiś tysiąc pięćset kilometrów od domu. Przestrzeń. Tego po prostu nie rozumiałem, ale gdy widzi się setki transporterów i czołgów jak suną do przodu po stepie, spod gąsienic wznoszą się tumany kurzu, wtedy liczy się tylko zwycięstwo. To jest tylko jedna strona rzeczywistości. Druga jest taka, że zabijamy codziennie setki ludzi. Ostatnie walki nad Donem dały mi do zrozumienia jedno: nigdy nie pokonamy Rosjan, wszyscy mówili jeszcze na wiosnę, że bolszewicy gonią resztkami sił, więc jak to możliwe żeby, co jakiś czas przychodziły coraz to nowsze pułki tęgich ruskich Iwanów, którzy dostają się pod karabiny maszynowe jak barany na rzeź, a ci, którzy zdecydują się bronić, wkopują się jak dziki w ziemię i walczą tak zaciekle, że ludzie ci przypominają niemal zwierzęta, oszalałe, wściekłe i gotowe na wszystko. Niektórzy nasi ludzie zupełnie zatracili ludzkie odruchy – rozstrzelać jeńca, dziecko, czy ciężarną kobietę, to już bez znaczenia. Zabijanie jest drugorzędne, tak jak jedzenie w przypadku bardzo głodnego człowieka: jesz żeby przeżyć, wydalasz, bo musisz, zabijasz, bo to już bez znaczenia.

Coraz częściej poszczególne plutony, zmęczone, pokryte kurzem, niemyte, gdy tylko dostają jakiś rosyjskich jeńców zmieniają się nie do poznania. Widziałem dziś jedno takie przedstawienie; kilku ruskich z unieruchomionego czołgu KW wyciągnęli chłopcy z kompanii porucznika Selle. Kazano im stanąć tyłem do siebie, aby głowy były blisko. Potem wiązano ich sznurem. To byli jacyś młodzi ludzie, krzyczeli coś po rusku, na co nikt nie zwracał uwagi. Potem losowano, kto ma strzelać, a ten, kto wygrał, zbliżył się z pistoletem i strzelał w oczy jednemu. Kula przechodziła przez miażdżoną głowę i drugi jeniec dostawał ją w potylicę. Jeżeli kula tylko poharatała mu gardło, dławił się w słońcu własną krwią. Michael też tak zabijał. Scholl bez przerwy się śmieje, cieszy się, że jest słońce i że jest ciepło. Knopp na szczęście trzymał się od tego z daleka

7 września 1942

Step był jak zwykle cichy, spokojny, tylko gdzieś na południowym niebie jedna z wielkich stepowych wron, które leciały za nami przez trzy miesiące, wzbiła się w powietrze niemal bez szelestu. Wstałem z posłania na ziemi i w pierwszej chwili pomyślałem, że słońce jakoś dziwnie dziś wschodzi. Niebo jarzyło się krwawą czerwienią, od spodu jasną jak krew z roztrzaskanej tętnicy, a u góry jak morze ognia. Niebo, choć jeszcze na zachodzie ciemne jak w nocy, na wschodzie paliło się jakoś nienaturalnie, a błękit, którego w ostatnich upalnych dniach tak bardzo mi brakowało, był teraz nad wyraz błękitny i jakby podświetlony wielką lampą, którą Bóg zapalił, żeby pobudzić tych, którzy nie widzą jego cudu. Bez wątpienia myślałem, że zobaczyłem jeden z tych cudów, na które w zawszonym mundurze, brudnym od potu i kurzu, nie zwracałem prawie wcale uwagi. Bo z cudami jest chyba tak, że tych najprostszych wcale nie dostrzegamy – jak na wiosnę kwitną jabłonie w sadzie mego dziadka, a u sąsiadów latem pachnący niemiecki chmiel idzie po tyczkach do góry ku słońcu.

Teraz tez widziałem cud wschodzącego słońca, które miało świecić nam w twarz i do którego zmierzaliśmy. Na twarzy poczułem zapach świeżego wiatru, tak orzeźwiający jak nigdy dotąd. Ranki od kilku dni stały się niemal chłodne, upał tężeje za dnia, kiedy słońce operuje wysoko. Gdzieś w dali, na równinach rosyjskiego stepu zapiszczał ptak. A ja patrzyłem dalej na ten wschód słońca, tak piękny, że aż nienaturalny. Z zaskoczenia wyrwała mnie ręka Knoppa, który wstał tak jak ja, wiedziony jakimś przeczuciem, które wyrwało i mnie ze snu.

-Robert, na co Ty patrzysz? – usłyszałem ciepły głos Karla

-Na wschód słońca

-Wschód słońca będzie za godzinę

Odwróciłem się jak uderzony kijem w głowę

-Jak to?

-Stalingrad płonie – odparł Knopp

Odwróciłem głowę jeszcze raz. To, co zdało mi się cudem zesłanym przez Boga, nie było cudem. W jednej chwili przeszedł mnie zimny dreszcz od stóp do głowy. Patrzyłem na płonący Stalingrad, który znajdował się jeszcze jakieś dobre kilkadziesiąt kilometrów na wschód. To pożar miasta oświetlił niebo.

13 września 1942

Nasz dywizja ma iść na Stalingrad w drugim rzucie. Bo miasto bombardowano bez przerwy od kilku dni. Ponoć czołgi 14 pancernej były wczoraj na rogatkach miasta, ale nie wiem, czy to plotki, czy prawda. W naszej kompani marazm. Ludzie nie bardzo chcą walczyć w ulicach o miasto. Są u nas tacy, którzy przeżyli walki o Kijów w zeszłym roku – drogo nas to kosztowało i byli też tacy, którzy przeżyli piekło rosyjskiej zimy. Wini Scholl powiedział dzisiaj, że samoloty zamienią Stalingrad w kupę gruzów i bolszewicy na pewno się poddadzą. Chciałbym żeby tak było.

19 września 1942

Dzisiaj zobaczyłem piekło. Mój Boże wcale nie trzeba go szukać daleko, gdzieś poza granicami ludzkiej świadomości i nieświadomości. Wszyscy moi koledzy z kompanii śpiewali dzisiaj „Wolganlied”, bo staliśmy na wielkim brzegu Wołgi. Ale ja nie mogłem. Patrzyłem na to, co było na prawo ode mnie – pełgające ludzkie piekło. Każdy budynek, każdy kawał cegły płonął. Wszystko zlewało się w jeden wielki migotliwy błysk ognia, który wypełniał wszystko, a kikuty białych bloków mieszkalnych stały nad brzegiem rzeki jak jakieś wielkie prehistoryczne zwierzęta.

A Wołga płynęła wolno, spokojnie i majestatycznie, jak gdyby wraz z nurtem rzeki odpływało w niebyt wszelkie człowieczeństwo, jak gdyby wraz z nurtem wielkiej rzeki wszystko zdążało ku jakiemuś celowi, który wychodził poza to, co mogliśmy czuć. Knopp na przykład dzisiaj płakał, bo byliśmy tysiąc pięćset kilometrów od domu. Scholl wraz z innymi krzyczał, że Niemcy teraz będą wielkie, bo doszliśmy do Wołgi. Hamman z innymi oficerami patrzyli to na rzekę, to na płonące miasto. Michael był wzruszony i razem ze Strawitzkym opowiadali jak bardzo teraz zwycięstwo jest bliskie, jeszcze teraz tylko kilka dni walk w mieście i koniec. Inni, których poznałem, myślę, że też byli pod wrażeniem. Wiem, że cześć 6 armii walczyła już w mieście, a część 14 pancernej weszła do południowych dzielnic. Radio dzisiaj trąbiło o tym bez przerwy. A ja po raz pierwszy w życiu pomyślałem, że nie wejdziemy z tego żywi.

21 września 1942

To już nie jest miasto, to nawet nie są gruzy. Każda ulica to jakaś niedostępna twierdza, gdzie nie możesz wejść, bo inaczej padasz nieżywy. Każda ulica to jakiś inny świat – krańcowo bezlitosny i nienawistny. Ale nie napisałbym tego, gdybym nie rozmawiał z ludźmi z 44 dywizji austriackiej, którzy walczyli o północne dzielnice miasta wespół z chłopakami z 60 zmotoryzowanej. Wszyscy są bardzo przygnębieni, wydało się, że wejdziemy do miasta tak po prostu i że będzie wszystko dobrze, ale to złudzenie okazało się o wiele bardziej mordercze, niż nawet sen o śmierci. Ludzie z 44 dywizji weszli do jednej z wypalonej ulic i faktycznie nikt nie mógłby przypuszczać, że w takim miejscu jest wciąż jeszcze ktoś żywy. Ci z chłopaków, którzy z 44 zginęli wtedy na tej ulicy, myślę, że nie wiedzieli, że to koniec. Ulicy nie udało się zdobyć, mimo że wypalaliśmy te domy jeden po drugim miotaczami ognia. Nikt w Niemczech nie ma pojęcia jak bolszewicy bronią Stalingradu – jak wściekłe psy.

Myślę, że najgorsze są tutaj wszy. Każdy je ma, są wszędzie w mundurach, w miejscach intymnych, w butach, we włosach i niczym nie można ich wytępić. Gdyby tylko ruscy tak się nie bronili. Nie wiem, jak to się dzieje, że oni jeszcze walczą. Zabiliśmy ich tysiące w drodze pod to miasto i ciągle idą nowi, ciągle są nowe pułki.

Walki o miasto są zacięte, ale myślę, że w końcu dojdziemy do Wołgi w miejsce przystani i rozetniemy bolszewików na dwie części, które odizolowane będą musiały paść.

24 września 1942

Jesteśmy wciąż na zewnątrz frontu. Do walk w mieście poszło kilka dywizji, a nasza 29 zmotoryzowana jest na południowej rubieży wielkiego miasta, gdzie bez przerwy dokuczają nam sowieccy snajperzy. Wszyscy jednak wierzą, że miasto padnie i będzie po wszystkim. Ja patrzyłem dzisiaj na Wołgę, wielką rzekę, która tak naprawdę sama jest zapewne bogiem tej krainy. Tak jak w czasach starożytnych lasy i rzeki miały swoje duchy, tak samo myślę, że Wołga ma w sobie jakieś siły, które odczłowieczają krajobraz. Wyobraźcie sobie wielką rzekę i po jej prawym brzegu wielkie płonące miasto. Zwykle ludzie nie oglądają takich rzeczy.

Zastrzeliliśmy dzisiaj kilkudziesięciu cywilów. Nigdy nie przypuszczałem, żeby Ruscy potrafili być tak bezwzględni wobec swoich ludzi. Puścili dzieci i kobiety przed czołgi, kiedy szli dzisiaj rano do ataku na przedpolach miasta. Nie będę pisał, co się stało z tymi ludźmi i z tymi czołgami.

28 września 1942

Wielki szturm. Bombardowano Stalingrad przez trzy dni bez przerwy, nigdy nie widziałem, żeby jakakolwiek armia miała przeżyć w zburzonym mieście, ale kiedy dywizje 51 korpusu ruszyły naprzód, napotkały zacięty opór. Doszło do takich sytuacji, że nasi ludzie byli na parterze budynku, a bolszewicy na piętrach. Walka trwała w kurzu, pyle, smrodzie zniszczonych bombami szamb. Nie uwierzy nikt w Niemczech, że tutaj wojna toczy się o każdy ogródek, o każdy parszywy bolszewicki sracz, o szopy, o wraki samochodów i o kamienie.

Dzisiaj po raz pierwszy zazdrościłem kamieniom. Masz w ręce przedmiot, który cały od wewnątrz jest wobec Ciebie zamknięty, jest jakimś wewnętrznym ciałem, w którym każda przestrzeń jest tajemnicą. Myślą, że te kamienie, to sedno tajemnicy Rosji. Tutaj przestrzenie są tak wielkie, że nawet czas biegnie jakoś inaczej, zaczynasz się przyzwyczajać do rzeczy, do których w Niemczech miałbyś stosunek obojętny. Dlatego myślą, że jedynym stałym składnikiem tej ziemi są kamienie. One tutaj maja trwalsze i ważniejsze znaczenie od ludzi. Człowieka można zarżnąć jak świnię, a kamieni i gruzów wypalonego miasta broni się bez względu na ludzkie życie.

Coraz częściej widzę ruskich jeńców. Bardzo dużo ruskich się poddaje, ale jeszcze większa ilość walczy zażarcie do końca, zdarzały się dzisiaj przypadki, kiedy ruskim skończyła się amunicja, zrzucali na naszych kamienie, cegły i fragmenty poręczy. Pisze o tym, dlatego, ponieważ zauważyłem dzisiaj po raz pierwszy ludzi mówiących po rosyjsku w naszych mundurach. W każdej dywizji jest ich sporo. Mają na lewym ramieniu trójkątne naszywki niebiesko-biało-czerwone. Walczą zacięcie ze swoimi i potrafią to, czego nasi ludzie nie potrafią. Idzie takich kilku ruskich na stronę sowiecką, zbliżają się do obsługi działa albo karabinu maszynowego i rozwalają wszystkich. Są postrachem dla Armii Czerwonej.

Dziwne jest to, jak słońce ze swoimi bladymi promieniami potrafi ślizgać się po zawalonych ruinach. Dotyka delikatnie, światło sprawia, że to martwe miasto nabiera czasami jakieś poświaty, która stara Ci się powiedzieć, że istnieje w tym mieście zapomnianym przez Boga jakaś nadzieja. Wracam dzisiaj do swoich. Scholl i Knoppi czekali na mnie z gotowaną rosyjską kaszą. Patrzę na mych przyjaciół i widzę jak bardzo są zmęczeni, mundury przyniszczone, twarze poszarzałe ze zmęczenia. Stoimy przy południowym krańcu elewatora zbożowego, gdzie jest jeszcze sporo prosa i pszenicy. Poza tym trzeba uważać, bo w nocy podchodzą tam cywile ze Stalingradu. Nie dalej jak wczoraj rano podszedł do mnie, kiedy udawałem się z Knoppem na wartę, jakiś chłopiec – blady, chudy rosyjski chłopiec. Z tego, co zrozumiałem, chciał zboża. Nigdy wcześniej nie widziałem w twarzy dzieciaka takiej apatii, beznadziei. Dla niego nie miało znaczenia, że jesteśmy Niemcami i że o jego miasto toczy się wciąż straszna bitwa. Dla niego głód, który powoduje straszny ból brzucha był tą górną granicą rozumienia świata. Każda cząstka jego twarzy mówiła, że jest głodny. Knopp pokazał mu drogę do wyburzonej ściany, gdzie między gruzami potworzyły się leje pełne wysypanego ziarna. Nie rozumiał od razu, co chcieliśmy mu powiedzieć. Bał się, że zostanie zastrzelony. W końcu Knopp wyciągnął swoją menażkę, gdzie miał jeszcze sporo gotowanego ziarna i pokazał mi ręką, gdzie ma iść. Pobiegł, aż się kurzyło. A my staliśmy jeszcze trochę ogłupiali. Knopp poczęstował mnie papierosem.

-Boże, skąd masz prawdziwy tytoń? – zapytałem

-Czy to ważne? Hamman dał mi dziesięć papierosów z filtrem. Ruscy tego nie palą.

Zaciągnąłem się głęboko. Nagłe uderzenie dymu w płuca obezwładnia Cię tak, że zaczynasz kaszleć. Ale to lepsze niż patrzeć na to zniszczone miasto. Patrzę na Knoppa spod kłębów dymu papierosowego. Bardzo się zmienił. Zabijanie zmienia wnętrze człowieka. Nawet, jeżeli sam nie zabijasz dzieci, kobiet albo jeńców, to atmosfera, w której to się dzieje, oddziaływuje na Ciebie w jakiś przedziwny sposób. Twarze zabitych ludzi nie odchodzą. Zostają i powracają w snach, który zlewa się z rzeczywistością. Knopp powiedział, że czasami ma wrażenie, że ruski, którego zastrzelił przy wylocie z jakiegoś bloku, następnego dnia wyleci na niego z bagnetem znowu, tylko, że nie będzie go można zastrzelić. Zamierzamy pójść na wartę blisko elewatora zbożowego. Choć trudno to nazwać wartę. Siedzimy po kilka godzin razem z obsługą karabinów maszynowych zamontowanych na gruzach biur, karabiny maszynowe ustawione są tak, że strzelają do wszystkiego w obrębie czterystu metrów dawnego parku. Gdy już tam doszliśmy, obsługa spała. Tacy jak Strawitzky postawiliby ich przed sądem polowym, a ja ich rozumiem. Bo przecież nie można nie spać. Budzimy ich i w mgnieniu oka zaczyna toczyć się rozmowa – gadka szmatka o wszystkim, tylko nie o tym przeklętym mieście, które musimy zdobywać.

Nagle przed lufa karabinu maszynowego majaczy niewyraźny kształt. Ruch jest natychmiastowy. Karabin odbezpieczony. Krótka seria i ludzki kształt wybucha gejzerem krwi. Dopiero teraz zrozumiałem, że zabiliśmy tego chłopca, który dźwigał zboże w worku. Jego ciało zostanie na tym placu, bo nikt nie przyjdzie żeby go zabrać, jego rodzina o ile żyje, nigdy nie dowie się jak zginął. Zajmą się nim szczury, dziwni przyjaciele śmierci.

6 października 1942

Chciałbym wiedzieć, czym jest chwila, czym jest wrażenie, kiedy mróz skrzypi na śniegu pod butami i człowiek idzie i przechodzi gdzieś dalej idąc po wodę lub śmierć, co powoli dla wielu ludzi zaczyna być bez specjalnego znaczenia. Czasami zasypiam gdzieś oparty o mur i słyszę jak gdzieś w głębi mnie, gdzie nigdy sam wejść nie mogłem rozlega się przeciągłe skrzeczenia wron zwiastujących jakąś inną rzeczywistość, jakiś inny nurt Wołgi, lub Styksu, lub rzeki, która wiedzie mnie ku wieczności. Bardzo chciałbym wiedzieć, jaką cenę ma ta chwila, kiedy człowiek dostawszy kulę w brzuch zapomina o wszystkim i w oczach można tylko poznać jedno: strach, jak gdyby wraz z bólem ranionego organizmu wpełzał bocznymi drzwiami strach, tak przejmujący, że aż zimny i gorący jednocześnie. Wiele rzeczy, które do tej pory stały na dwu krańcowo przeciwstawnych biegunach w Stalingradzie zaczęło nabierać niezrozumiałej dla mnie dwoistości. Nagle okazuje się, że strach to druga strona odwagi, a okrucieństwo to twarz ludzkiej natury. Można by tak wyliczać, a przecież nie o to chodzi, by cokolwiek z tego, co mamy, i co nam się wydaje, że mamy nie poszło w niebyt ze śmiercią. Wielu kolegów już odeszło i śmierć jest zewsząd. Każdy kamień i każdy zwalony mur zwalonego przez bomby budynku zwiastuje śmierć.

Dzisiaj rano zginał nasz pułkownik Otto Glaube. Kula sowieckiego snajpera zabiła go, kiedy szedł na kwatery na spoczynek. Nie mogę powiedzieć, że coś czuję. Najbardziej przerażające jest to, co powiedział mi Knopp. Kiedy ginie kogoś, kogo znałeś nic nie czujesz, nawet płakać się nie chce. I wiem, że jutro mogę zginać ja lub, których z chłopaków, bo to miasto to nie jest nawet bitwa, tylko jedno wielkie piekło, które przyszło między nas. Chciałbym bardzo porozmawiać znów z Hainzem, który podobno walczy ze swoimi ludźmi o fabrykę traktorów. Dzisiaj odwieziono na polowy cmentarz szesnaście ciężarówek po brzegi wyładowanych naszymi trupami. Szturm się nie udał. Ruscy trzymają się wściekle nad rzeką. I nie wydaje mi się, żeby mieli ją nam oddać.

Wszystkim natomiast bardzo chce się pić. Wody z ujęć miejskich pić się nie da., bo pływają w niej szczury, a Wołga spływa ciałami. Wolałbym już zimę, byle tylko wydostać się stąd przed Bożym Narodzeniem i wrócić do domu.

17 października 1942

Jest strasznie zimno. Widziałem jak niebezpieczne mogą być kruki. Ptak wydawałoby się spokojny, siedzi tylko, kracze i patrzy na wszystkie strony. Tylko, że bardzo lubi ludzi. Zazwyczaj są to spotkanie pośmiertne, bo lubi martwych ludzi.

Spotkałem wczoraj Kurta Heinze na południowym krańcu kurhanu Mamaja. Wyglądał źle, na pierwszy rzut oka człowiek, którego podziwiałem, stał się zaprzeczeniem siebie samego. Ale to nie był Heinze. To była jego fizyczność powodowana głodem. Ale jego oczy mówiły aż nadto o tym świecie, w którym się znaleźliśmy. Chciałem go zapytać o granicę, jaka przebiega miedzy życiem i śmiercią, o granicę, którą wszyscy przekroczyliśmy w imię budowanie lepszego świata, w którym nie będzie niesprawiedliwości. Ale granica ta w moim przekonaniu nie jest jedynie uzewnętrznieniem jakiejś totalnej przestrzeni na zewnątrz ludzkiego serca, tylko jest wewnątrz niego. Zauważyłem jak bardzo wiele rzeczy, z których nie zdawałem sobie sprawy, weszło we mnie gdzieś, gdzie została tylko obojętność. Heinze patrzył na mnie i wydawało mi się, że chciał mi coś powiedzieć.

-Jak się czujesz? – zapytałem

-A ty?

-Żyję

-Mylisz się. Wszyscy jesteśmy martwi, nawet jeśli będziemy dalej żyli. Popatrz wokół siebie. -Czy widzisz jakikolwiek fragment świata, który byłby tam, gdzie być powinien?

-Widzę ruiny

-To dobrze. Ruiny nie są najgorsze, bo milczą. Trupy też nie są najgorsze, bo milczą.

-A co według Ciebie jest ?

-Właśnie to, że szukamy czegoś, co byłoby niezwykłe. Zło jest banalne, i śmierć stała się tańsza od wody i tłuszczowej konserwy. Nie rozumiesz?

Przez myśl przemknęło mi, że Heinz mimo głodu i coraz bardziej przenikliwego ruskiego zimna stał się dla mnie kimś bardzo ważnym. Kimś, kto sprawił, ze każdy kształt i widok stały się dla mnie wyrzutem sumienia. Nie, dlatego, że była wojna i byłem Niemcem, ale dlatego, że widząc takich ludzi jak Heinze, czułem, że nic nie będzie takie same. Jeżeli człowiek pewny swego losu, potrafi zabić, to nie dzieje się tak, dlatego, że jest zły, lecz dlatego że jego świat ewokował takie, a nie inne zmiany w nim samym. Jeszcze trzy lata temu miałem wrażenie, że Niemcy są w stanie zbudować nowego człowieka, który przekroczyłby chrześcijaństwo. Od kilku tygodni wiem, że bardzo się myliłem. Kurt pokazał mi, że nawet w tym przeklętym mieście można być człowiekiem. Jego twarz była dla mnie wyrzutem.

- Kurt, jak myślisz, ile to potrwa?

- Kiedy pojedziemy do domu?

- Chcesz jechać do domu? Robert, my nie wrócimy do domu…

Gdzieś wewnętrznie nie wierzyłem w to, co powiedział. Pożegnaliśmy się. Miałem nadzieję, że będę w stanie go przekonać, że nie jest i nie może być tak jak mówił. Ale pozostało to jedynie marzeniem. Kurt umarł trzy dni później. Nie od kuli sowieckiego snajpera, tylko od zepsutej konserwy rybnej. Jego ciało wrzucono do dołu wraz z ciałami żołnierzy, którzy zginęli w rejonie dworca kolejowego.

30 października 1942

W nocy mróz był dzisiaj tak straszny, że zwykłe kałuże pokryte tłustymi plamami smarów i benzyny zamarzają na kość. Lód tworzy się za dotknięciem jakiejś ręki. Najpierw woda uspokaja się jak kobieta z dzieckiem. Na tafli wody lśnią pierwsze kryształki lodu, zamykające w sobie przestrzeń, czas i powietrze. Delikatnie, lekko lód obejmuje brzegi kałuży i idzie do jej wnętrza, by zamknąć i to w swoim nierozerwalnym i mocnym uścisku. Tak samo śmierć przychodzi do człowieka. Początkowo drętwieją palce i nogi, a twarz pozostaje jeszcze na powierzchni, usta i oczy mówią o życiu, tak jakby miało się nigdy nie skończyć. Tak właśnie umarł porucznik Paul Hamann, którego postrzelono przy kurhanie Mamaja. W ogóle Stalingrad wprowadził zupełnie nową jakość bytu. Człowiek i kałuża zamarzają tak samo cicho i samotnie.

15 listopada 1942

Straszna zima. Wołga jest jeszcze w pewnych miejscach żeglowna, ale za to bez przerwy ostrzeliwana przez artylerię i lotnictwo. Śnieg leży już gruby na prawie dwadzieścia centymetrów, ale za to mróz ma jedną niewiarygodnie dobrą cechę – wszy przestają być tak straszliwie dokuczliwe. Wszyscy chodzimy pogryzieni i nie sposób pozbyć się tego paskudztwa. Knopp zaczął chodzić w ruskich ubraniach, które zabrał jakiemuś cywilowi. Za ponad miesiąc będziemy mieli Boże Narodzenie. Zastanawiam się jak żyją w domu. Dostałem znów listy od matki. Kilka słów napisał też mały Gilbert. Zabawne jak dzieci mogą ufać w świat i Boga. Ale wiara Gilberta musi ten świat ocalić. Gdyby wraz ze Stalingradem umarł pewnego dnia Bóg, piekło stałoby się czymś tak prostym jak śnieg.

24 listopada 1942

Od kilku dni szaleje bitwa. Knopp dowiedział się, że 19 listopada bolszewicy w nie notowanych dotąd skalach zaatakowali armie włoską i rumuńską, które znajdują się na brzegach frontu 6 armii. Walki są tak zażarte, że huk dział słuchać nawet w nocy. Zauważyłem, że Ci spośród Ruskich, którzy walczą jeszcze w mieście krzyczą, że teraz tutaj zdechniemy. Ale to przecież niemożliwe. Niemcy nie zostawią swoich najlepszych żołnierzy w Rosji. Michael wpadł dzisiaj do naszej piwnicy, gdzie mieszkam z Knoppem wrzeszcząc, że bolszewicy zostali pobici i teraz, kiedy wystawieni jesteśmy na próbę, musimy pokazać wszystkim Niemcom jak wielkie jest poświęcenie żołnierzy dla narodowosocjalistycznych ideałów i że nie ma odwrotu z drogi, jaką dla Niemiec obrał fűhrer. Dzisiaj po raz pierwszy przez cały dzień nadawano przemówienie dr Goebbelsa, który powtarzał ciągle to, co tak irytowało kilku naszych oficerów, że Niemcy już nigdy nie cofną się znad Wołgi. Obydwaj z Knoppem okryliśmy się szmatami i kocami, które znosiliśmy przez trzy tygodnie. Spać można w nocy tylko w takich pomieszczeniach jak nasze, gdzie zasłonięci jesteśmy od mrozu i zimna. Stad nic dziwnego, że wieli kolegów śpi z nami. Gdy w pomieszczeniu jest większą liczba ludzi jest całkiem znośnie. Tylko, że wówczas potwornie gryzą wszy. Rano mam kilkanaście nowych ran.

3 grudnia 1942

Jesteśmy podobno okrążeni, ale ja w to nie wierzę. Kiedy tylko pomyślę sobie jak bardzo to wszystko jest obce i świadomość tego, że bolszewicy mogli nas otoczyć, to płakać się chce ze wściekłości. Wszyscy wierzą, że to tylko chwilowe osłabienie spowodowane przede wszystkim przez Rumunów i zimę, którą co tu dużo mówić o wiele lepiej znoszą Ruscy. Dzisiaj znów zacząłem się modlić. Po raz pierwszy od trzech lat. Lekarz Kurt Reuber podobno maluje jakiś obraz na Boże Narodzenie. Wszyscy chcą go zobaczyć.

13 grudnia 1942

Wiadomości o czasowej blokadzie potwierdzają się. Jesteśmy okrążeni. Taka świadomość jest straszna, dużo straszniejsza niż możliwość zamarznięcia w nocy. Wpływa to bardzo deprymująco na wszystkich żołnierzy, którzy są jeszcze w stanie nosić broń, a takich jest coraz mniej. Cała nasza dywizja latem kończącego się roku licząca prawie szesnaście tysięcy ludzi ma w tej chwili pod bronią zaledwie tysiąc dwustu. Reszta nie żyje, jest ranna, a to jeszcze gorsze od szybkiej śmierci, zamarza w piwnicach na południu Stalingradu. Ci, którzy są jeszcze w stanie walczyć wyglądają jak manekiny obciągnięte dla bardziej zaskakującego efektu jakąś żółtą substancją.

Ostatnie dni były dla mnie bardzo ciężkie. Wczoraj zginęło znów kilku kolegów i bardzo mało jest nadziei, ale chciałbym żeby ona umarła ostatnia. Raczej z Knoppem nie wychodzimy z naszej piwnicy. W ogóle Karl chyba jakoś wewnętrznie ogorzał i stał się twardy, dużo twardszy niż ja.

Rozmawialiśmy dzisiaj z Schollem – on też wewnętrznie przeistoczył się w innego, nowego człowieka. Gdybym go nie znał wcześniej, powiedziałbym, że to głupi sukinsyn. Wiem, że nauczył się kraść w ciągu kilku tygodni. Włóczy się gdzieś i wygląda lepiej od nas, bo lepiej chyba je.

W nocy znów byłem głodny. Bałem się uczucia, które się we mnie rodziło. Nienawidziłem Scholla, za to, że jemu się udaje lepiej żyć. Ale z drugiej strony…

24 grudnia 1942

Jeść. Wszystko, czego człowiek chce na tym mrozie to jeść. Ciężki zrobił się nawet karabin, nie mówiąc już o tym, żeby chodzić obwieszony granatami, tak jak było to latem. Ale mimo wszystko musiałem dzisiaj wyjść. Gdy przechodziłem obok rozwalonych zakładów mięsnych, które zbombardowano jeszcze w październiku, zobaczyłem jak kilkunastoosobowa grupa żołnierzy w łachmanach, klęczy wokół płachty, na której Kurt Reuber namalował obraz Madonny. Wizerunek jest właściwie szary, przytłumiony, nie widziałem go dokładnie.

W tym momencie poczułem jak bardzo się zaplątałem. Gdzieś w głębi wybuchł we mnie wodospad i huczało jezioro wieczności. Przez tę jedną chwilę poczułem się wyzwolony. Wiedziałem, ze Polacy, Rosjanie, Ukraińcy mają pełne prawo, żeby napluć nam w twarz. Ale czuję, że poza granicą nienawiści nie ma już człowieczeństwa, zostaje tylko pustka. Bardzo chcę wrócić do domu. Chciałbym, żeby moja droga do tego pustego i przeklętego miasta, zaprowadziła mnie gdzie indziej.

25 grudnia 1942

Dzisiaj jest Boże Narodzenie. Knopp przygotował choinkę, jakiś zeschły badyl obwieszony sreberkami po czekoladkach, jakie dostarczają samoloty. Zamiast naboi do dział, przysyłają nam czekoladki…Mówią, że Manstein się przebił. Ale to chyba nieprawda, bo nawet teraz słyszę z megafonu przemówienie Goebbelsa.

3 stycznia 1943

Umieramy. Nikt nie przyjdzie nam z pomocą. Dzisiaj patrzyłem na Karla po raz ostatni. W południe, kiedy wracaliśmy z warty przy elewatorze zbożowym, Knopp powiedział, że idzie po jakieś jedzenie, które obiecał dostarczyć mu ktoś z resztek 14 pancernej. Czekałem na niego do wieczora. Wszystko we mnie krzyczało. Znalazłem go rano. Leżał skulony na śniegu, jak dziecko. Powinienem płakać. Nie mogłem. Nie płacze się na widok jednego trupa.

5 stycznia 1943

Myślę, że nie wszyscy pójdziemy do niewoli. Ruska niewola jest gorsza od śmierci. O jutrze nic nie wiem. Nie chcę już nic wiedzieć. Nie chcę już nic czuć.

8 stycznia 1943.

Ojcze nasz

Patrzysz na miasto jak na rękę przeoraną bruzdami

z których jedną jest linią życia a druga linią śmierci

każda bruzda została przez Ciebie odmierzona

każda kula policzona

każdy jęk usłyszany

 

Proszę,

żebyś przyszedł z watą na ropę z ran

flakonem na wodę

z pasem na kule i odrobiną soli,

bo czymże jest potrawa bez soli

przynieś nam mundury,

ucięte wstążki,

pukle włosów kobiet, worek na śmieci,

kota na myszy, grabarza, fryzjera,

kilof do kopania w ziemi na mrozie,

olej silnikowy

 

tylko szum wody gdzieś wewnątrz uderza

i mówi :

Gdy na początku było słowo

wszystko było uśrednione

wszędzie były przecinki na miejscach kropek,

zdarzały się nawet noce długich noży

gdyby nie dość potworom mitologii

stadionom pełnym pochodni

i brakującego

przebaczenia

W DNIU 3 LUTEGO 1943 ROKU PO KAPITULACJI 6.ARMII CIAŁO NIEMIECKIEGO SZEREGOWCA ROBERTA DEIBBE ZOSTAŁO ZNALEZIONE PRZEZ OFICERA NKWD KPT. ROWIZENCEWA. W DŁONI ŚCISKAŁ DZIENNIK.

Opublikowano front wschodni, II Wojna Światowa, kultura, literatura historyczna, Madonna, Matka Boża, Niemcy, Opowiadanie, Rosja, Stalingrad, wojna, zbrodnie II wojny światowej, Związek Radziecki | Otagowano , , , , , , | 1 komentarz

Włodzimierz Borodziej, Maciej Górny, Nasza wojna. Tom I Imperia, wyd. W.A.B, Warszawa 2014

wojna

Włodzimierz Borodziej, Maciej Górny, Nasza wojna. Tom I Imperia, wyd. W.A.B, Warszawa 2014

Stuletnia rocznica wybuchu wielkiej wojny, zwanej w powszechnym mniemaniu pierwszą wojną światową, skłoniła różnych polskich historyków do próby podjęcia badawczego trudu, by o tej wojnie pisać. Z oczywistych względów rocznicowych oczywistym środkiem do pisania o wojnie jest synteza, klasyczny sposób uprawiania historii. Pojawiają się także prace o charakterze bardziej monograficznym, ujmującym tylko wybrany fragment zmagań. Jednak monografia bitwy zawierać musi w sobie konieczny element syntetyczności w skali mikro. Jest to zarazem najtrudniejszy sposób pisania o wojnie, bo jak na skończonej i wymierzonej przez wydawcę mierze papieru oddać całość obrazu wojny lub czegoś tak koszmarnego jak bitwa o Verdun? Z filozoficznego i praktycznego punktu widzenia jest to postulat niemożliwy do spełnienia. Co jednak z nieklasycznym sposobem pisania o wojnie? Czy w ogóle istnieje taki nieklasyczny sposób jej opowiadania? Czy można pisać o wojnie w sposób nieklasyczny?

Proszę wybaczyć mi ową łopatologiczne wprowadzenie do tej recenzji. Mam bowiem niejaki kłopot z klasyfikacją tej książki, a zarazem, po jej wnikliwym przeczytaniu pozostał mi niesmak. To niezwykle oryginalne ujęcie tematu, ale pozostawiające sporo mankamentów narracyjnych. Zanim jednak wyjaśnię dlaczego autorzy jedynie połowicznie „zdali egzamin” z pisania o wielkiej wojnie w sposób nieklasyczny, chciałbym po krótce zarysować sylwetki autorów. Profesor Włodzimierz Borodziej jest wytrawnym i profesjonalnym historykiem, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Warszawskiego. Autorem książek z zakresu historii wieku XX, stosunków polsko -niemieckich. Historiografia kontrfaktyczna jest też jego domeną. Z kolei Maciej Górny jest doktorem- historykiem historiografii i to wybitnym. Jego książka o marksistowskiej historiografii czechosłowackiej odbiła się szerokim echem w naszej części Europy. Tych dwu ludzi porwało się na odważną próbę pisania o wojnie światowej w sposób nieklasyczny. Jeśli ja jako równie profesjonalny historyk sięgnąłem po tę książkę i zakwalifikowałem ją jako pozycję nieklasyczną, jakież mogę znaleźć dla niej porównanie? Z książek o wojnie, jakie znam, wydaje mi się, że w sposób nieklasyczny próbował opowiedzieć wojnę Peter Englund w wydanej przez krakowski ZNAK książce „Piękno i smutek wojny. Dwadzieścia niezwykłych losów czasu wojennej pożogi”. Książka Englunda była nieklasycznym, literackim, głęboko metaforycznym, ale solidnie źródłowym studium niszczącego charakteru wojny. Nie zdobyła ona w Polsce szerokiego echa, i śmiem twierdzić, że z książką Borodzieja i Górnego nie będzie inaczej.

Jako historyk piszący recenzję muszę odnieść się do wszystkich walorów książki. Uczono mnie, a lata praktyki raczej to potwierdziły, że książka która nie odpowiada tytułowi, nie jest dobrą książką. Tytuł PIERWSZEGO tomu owej pozycji brzmi „Nasza wojna”. Nie nadążyłem za myślą autorów. Nasza wojna, bo ogólnoludzka, nasza, bo polska, albo europejska (a przecież była to wojna także pozaeuropejska w pełnym wymiarze tego słowa). Czy kwantyfikacją tegoż tytułu jest skąd inąd bardzo dobre spostrzeżenie zanotowane przez autorów we wstępie, że jest to wojna zapomniana na wschód od Niemiec? Bo tego dotyczy książka, frontu wschodniego. Czy front zachodni był mniej nasz? Był mniej europejski, lub mniej polski? (Iluż Polaków w armii niemieckiej walczyło na zachodzie!). Odpowiedź wydawałaby się oczywista, a tymczasem ani treść książki, ani jej urwana narracja, nie wypełnia owego tytułu narracyjną słowo-zgodnością. „Zapomniana wojna na Wschodzie”, brzmi lepiej. Mam świadomość, jak bardzo się tutaj czepiam, ale pochodzę z żelaznej szkoły tytułów „Albatrosa” Andrzeja Kuryłowicza, gdzie tytuł był traktowany jako połowa sukcesu książki. Musi być on logicznie i semantycznie lub metaforycznie spójny z jej treścią. Niestety w tym przypadku nie jest. Borodziej i Górny mają tendencję do metaforyzacji rozdziałów, co wynika z nowoczesnego sposobu pisania o historii. „Zanim liście opadną z drzew” jest dobrą metaforą, wyścigu po zwycięstwo jesieni 1914 roku. Jednak co oznacza podtytuł „Imperia”? Co to słowo ma wspólnego z treścią rozdziałów? Ja nie wiem, a książkę naprawdę przeczytałem.

Oczywiście autorzy są wprawnymi historykami, i w odpowiedni sposób się zabezpieczyli. Piszą oni we wstępie (strona 12) „książka nie jest klasycznym dziełem z historii wojskowości”. Twierdzą, że bardziej niż postępy wojenne interesują ich postawy ludzi i uwarunkowania społeczne wojny. Faktycznie tutaj muszę oddać, że niektóre zasygnalizowane problemy wydaj się intrygujące. Ciekawy podrozdział w części pierwszej jest o szpiegomanii. Mocny i ciekawy wywód. Zgadzam się z autorami, że dotychczas umknęło to polskim historykom piszącym o wojnie. Swoją drogą, w mej książce o Koźmianie, jaka mam nadzieję ukaże się w roku przyszłym, problem szpiegomanii wyniknął także ze studium źródłowego. W Wiedniu jesienią 1914 roku, kiedy Rosjanie zagrozili Krakowowi, wybuchła plaga strachu. Koźmian pisał, że bał się mówić po polsku z innymi Polakami w stolicy CK monarchii, ponieważ nie odróżniali Wiedeńczycy tego języka od rosyjskiego. W moim przekonaniu umknął Borodziejowi i Górnemu problem społeczny jakim jest STRACH. Ma on różnorakie oblicza; strach przed wojną, przed złym i okrutnym wrogiem, gwałtami, nędzą, chorobami i głodem. Jednak strach ma inne oblicze przed konfliktem, a inne w jego trakcie. Doceniam bardzo profesjonalizm w jakim narracja autorów współgra z obszernymi cytatami ze źródeł, ale mam wrażenie, że ich narracja ślizga się po problemie, raczej go sygnalizuje niż wyczerpuje, opowiada jego zewnętrzne formy, nie idzie do głębi.

Piszą autorzy, że interesują ich ludzie. Oczywiście oni mówią; bo mówią źródła. Jednak mało jest w tej książce interesujących obrazów opowiedzianych słowem. Suspensu w ich narracji brak; zaznaczam, że przez suspens w narracji nie fikcjonalnej rozumiem także jako stan zawieszenia, nerwowego oczekiwania na to, co ma nadejść. W moim przekonaniu porażka autorów w materii utrzymania uwagi czytelnika wynika to także z filozoficznie niemożliwej do opowiedzenia, czy raczej zasygnalizowania, społecznej strony wojny. Cytaty ze źródeł są niekiedy tak obszerne, że zmuszają czytelnika do analizowania źródła, zamiast tego, jak autorzy je zanalizowali. Rozumiem i doceniam, że chcieli autorzy oddać głos źródłom, ale gdzieś jest granica cytatu. Paradoks książki Borodzieja i Górnego polega także na tym, że nie chcąc opowiadać o militarnych aspektach wojny opowiadają o nich. Rozdział o wojnach bałkańskich jest właśnie narracją klasyczną i militarną. Oczywiście znający arkany pisania książek historycznych autorzy znów się zabezpieczają przed zarzutem o złamaniu linearności. Piszą we wstępie, że ich narracja nie będzie przebiegać linearnie i chronologicznie. Ale i tak muszę napisać, że mnie to trochę irytowało. Konstatacja tej części recenzji jest następująca: nieprzekonujący efekt narracyjnej „społeczności” (mam świadomość amorficzności tego pojęcia) wynika ze zbytniego rozciągnięcia narracji.  W rezultacie wyszły im rozdziały o odmiennym natężeniu, intensywności, barwie i kolorze słowa i źródła. Mogłyby funkcjonować jako idealnie przycięte teksty w dziele zbiorowym. A przecież nie o to chodzi. Mimo zabiegów we wstępie uważam, że książka Borodzieja i Górnego jest niespójna narracyjnie.

Skoro ośmielam się pisać źle o książce Borodzieja i Górnego narażając się z pewnością wielu historykom bardziej utytułowanym ode mnie, czy widzę w niej coś dobrego? Jako nauczyciel historii uprawiam mój zawód na szczęście w programie Diploma Matury Międzynarodowej. W podstawie programowej History IB jest obowiązek studiowania także społecznych skutków wojny, co z kolei umyka w ogóle polskim podręcznikom. Od dawna szukałem polskiego tekstu, który mógłby korespondować z treściami History IB i pomóc moim uczniom pogłębić wiedzę o społecznym wymiarze wojny.  Tekst Borodzieja i Górnego właśnie taki jest. Mocna i niezwykle wyrazista w treść jest druga jej część zatytułowana słusznie ZAPLECZE. Oddają autorzy uwagę sprawom kobiet, jakże ciekawy jest podrozdział o plotce i gapiach (sic!), czy o propagandzie wojennej. Szkoda, że Borodziej i Górny nie zajrzeli do podręczników do historii IB, a znaleźli by informację, że spojrzenie społeczne jest ważnym elementem budowania wiedzy o wojnie dla uczniów IB na całym świecie. Na polskim gruncie ich książka może wydawać się intrygująca nowością (vide słodka recenzja w Kulturze Liberalnej), ale na Zachodzie takie podejście od dawna funkcjonowało.

Czy książka Górnego i Borodzieja koresponduje z niedawną, mocną tezą Andrzeja Chwalby, iż wielka wojna 1914-1918 była dla ziem polskich gorsza w wymiarze zniszczeń niż druga? I tak, i nie. Szeroki kontekst, jaki przyjęli autorzy sprawił, że ziemie polskie zostały ujęte jako fragment większej całości. Zresztą dochodzimy tutaj do sedna mojej recenzji. Analizowana książka jest PIERWSZYM TOMEM. Czego? Czy odniosą się autorzy do chorób i szpitali, czy opowiedzą w tomie drugim o pladze chorób wenerycznych, jakie są przykrym, społecznym pokłosiem wojny? Czy napiszą o perspektywie wojny w oczach dzieci? Czy to jest w ogóle uchwytne źródłowo? Czy odważą się, skoro piszą w tomie pierwszym o kobietach, opowiedzieć o traumie młodych żołnierzy poddawanych przez starszych kolegów „męskim przyjaźniom” na froncie? Czy potraktują wojnę polsko-bolszewicką jako pokłosie Wielkiej Wojny, tak jak potraktowali Wojny Bałkańskie jako preludium do niej? Mógłbym tak dalej zgadywać. Przepraszam za wyliczankę problemów, ale czytając książę układałem „społeczne” aspekty, których w tej książce nie ma. Nie wiem gdzie urodził się pomysł, by CAŁOŚĆ ciekawej narracji Borodzieja i Górnego podzielić na dwa tomy. Pierwszy z dodatkami i mapami ma ponad 400 stron. Jestem najzupełniej przekonany, że jednemu i drugiemu autorowi starczy aż nadto pasji badawczej by napisać równie obszerny tom drugi. Przepraszam, że pisze tak otwarcie, ale po pierwszym tomie „zajrzę” jedynie do drugiego w księgarni. Książka mogła mieć spokojnie 700 stron i wyjść w jednym tomie, a czytelnik miałby unikalną możliwość przeczytania całości. O tym, że można wydać książkę historyczną na 800 stron, lub 700 w jednym tomie i na tym zarobić (nie ma w tym niczego złego) przekonują udane książki wydawane przez ZNAK w serii o wojnach. Pozostawiam to bez komentarza.

I jeszcze jeden element nieklasycznej maniery, stylu książki. Otóż profesor Borodziej i doktor Górny najwyraźniej pozazdrościli bardzo Normanowi Daviesowi książki „Rising`44” (któremu na pewno i słusznie mają za złe jego irytującą manierę czasami sztucznej, na siłę pro-polskości) i postanowili skopiować pomysł KAPSUŁ, czyli większych przypisów, opowiadań, anegdot, które innym krojem czcionki drukarskiej są „wklejone” do głównego tekstu. Po co piszą o Franciszku Ferdynandzie? Czy to co piszą jest czymś nowym, a skoro nie, to po cóż umieszczają fragment tekstu jak z gazety? O tym, że arcyksiążę był mendą, która w polowaniach zabiła kilkadziesiąt tysięcy zwierząt w Czechach, o jego mizoginizmie, fanatycznym katolicyzmie pisał już Jaroslav Hašek w przygodach wojaka Szwejka. Czy czytelnikowi potrzebny jest tekścik o rzezi Ormian? Tekst te mają własne tytuły, a zarazem metaforykę, czasami pomysłową, jak Erzac, czasami wyjętą jak królik z kapelusza prestigitatora. Kapsuły miały za zadanie jeszcze bardziej osadzić książkę w nieklasyczności, nowoczesnym stylu jej prowadzenia. Ja uważam, że to jest nienajlepszy sposób podkręcania narracji, dania czytelnikowi wypoczynku. I jest to danie odgrzewane. Ale każdy z czytelników ma prawo do własnego zdania.

Podsumowując, pierwszy, urwany tom książki Włodzimierza Borodzieja i Macieja Górnego o społecznych aspektach Wielkiej Wojny „w naszej” części Europy jest ciekawą, ale nie do końca udaną narracją mającą charakter syntezy społecznych aspektów wojny. Posłużę się tutaj metaforyką z podręczników IB History  – „domestic front” ma wielobarwny i niekiedy bardzo intrygujący charakter. Mają autorzy wprawne pióro, choć przy głębszej analizie poszczególne fragmenty książki są pisane różnymi stylami. Jest to książka z zaburzoną linearnością wypływającą z odmiennego traktowania przez autorów stylu opowiadania historii wojny, i nie ma znaczenia że nie jest to li tylko historia militarna. Synteza Andrzeja Chwalby ma taką właśnie strukturę; część dotycząca wojennego zaplecza jest w narracji krakowskiego profesora niezwykle klarowna, wyrazista, tak samo ciekawa. Borodziejowi i Górnemu zabrakło wyrazistości. Trafnie dobrali źródła, podbudowali swoje wywody naprawdę rzetelnym studium. Jednak zabrakło właśnie ducha syntetyczności, która w moim przekonaniu usystematyzowałaby książkę. Nie wiem, czy dobre jest drukowanie takiej książki w wydawnictwie W.A.B, którego doświadczenie w wydawaniu ważnych książek historycznych jest, śmiem twierdzić, dość skromne. Złym pomysłem jest podział na dwa tomy, bez sensu jest czytać coś, co nie ma drugiej połowy. Zatem i autorzy muszą mi wybaczyć błąd pars pro toto, którego jestem świadomy pisząc tę obszerną recenzję ich pracy.  Książka Włodzimierza Borodzieja i Macieja Górnego jest interesującym dziełem polskiej historiografii o Wielkiej Wojnie; jest to jednak książka tak ciekawa, że polecę ją jako lekturę uzupełniającą moim uczniom History IB, oczywiście tym, którzy chcą dowiedzieć się więcej  o „domestic impact of the war”. Z pewnością praca Borodzieja i Górnego przyczynia się do opisania i przedstawienia polskim czytelnikom zapomnienia wielkiej wojny z lat 1914-1918.

Na zakończenie jeszcze jedna myśl. W naszym polskim świecie naukowym doświadczamy wszyscy „musu” na recenzje, z których dosłownie kapie słodycz, lub jad niechęci. Pełne ich są periodyki, w których jeden kolega profesor pisze recenzję drugiemu koledze profesorowi. Niedawno wróciłem z USA, z krótkiego pobytu na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. W USA każdy historyk spoza akademickiego obiegu, taki jak ja, z doktoratem i dorobkiem może recenzować i to ostro, utytułowanych kolegów po fachu. Na tym polega progres nauki historycznej. Mam nadzieję, że ta recenzja, podobnie jak inne zamieszczane na tym blogu, przyczynią się do tego, aby historię uprawiać możliwie szeroko, sine ira et studio.

Opublikowano Andrzej Chwalba, front wschodni, I wojna światowa, Literatura, literatura historyczna, Niemcy, recenzja, Ryszard Kaczmarek, życie codzienne | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Mungo Melvin, Manstein. Najlepszy generał Hitlera, tłum. Łukasz Witczak, wyd. Bukowy Las, Wrocław 2011

Manstein

Mungo Melvin, Manstein. Najlepszy generał Hitlera, tłum. Łukasz Witczak, wyd. Bukowy Las, Wrocław 2011

Erich Von Manstein jest doskonale znany historykom drugiej wojny światowej. Jednak dopiero kilkadziesiąt lat po zakończeniu konfliktu i ponad czterdzieści lat od jego śmierci w Polsce ukazała się całościowa biografia niemieckiego feldmarszałka. Po raz kolejny mamy do czynienia z dziełem brytyjskiego historyka i sądzę, że nie jest to dzieło przypadku. W zasadzie większość najbardziej poczytnych historyków to Brytyjczycy i Amerykanie. Świadczy to o oczywistej klasie, z jaką wykłada się historię na amerykańskich i brytyjskich uniwersytetach. Być może stanowić to będzie dodatkową reklamę dla moich uczniów IB, by studiować historię właśnie tam. Mamy do czynienia z biografią wojskowego i warto zadać pytanie, z jakich składników pisarskich Mungo Melvin skonstruował swoją narrację? Jakich użył zabiegów warsztatowych, by uczynić swoją książkę interesującą dla przeciętnie obytego w akademickich arkanach historii czytelnika?

Mungo Melvin lubi swojego bohatera. Pisze na końcu książki, że my możemy się jeszcze od Mansteina jeszcze dużo nauczyć. Ceni go jako żołnierza na takiej samej zasadzie jak dziś historycy US Army cenią i poważają generała Roberta Lee, choć w wojnie domowej dowodził on armią Południa. Czy można postawić autorowi z tego tytułu zarzut? Wszak Manstein był odpowiedzialny w sposób nie budzący wątpliwości za masakry na Żydach na Krymie w roku 1942, gdy jego 11. Armia zmagała się z armią sowiecką w walkach o Półwysep i miasto Sewastopol. Melvin w sposób klarowny odnosząc się do źródeł, ale też korzystając z obfitego materiału procesowego nie wchodzi w polemikę z oskarżeniem, jakie spowodowało, że Manstein za zbrodnie podległych sobie jednostek trafił na 8 lat więzienia po wojnie.

Mansteina trzeba ocenić w kliku płaszczyznach. W wymiarze politycznym zawiódł dzisiejsze Niemcy. Jego słynne zdanie, jakie skierował do łącznika między niemieckimi feldmarszałkami oraz grupą hrabiego Stauffenberga, że pruscy feldmarszałkowie nie spiskują, było wyrazem tego, jak Manstein został wychowany. Był oczywiście tworem pruskiej szkoły oficerskiej, a szlify zdobywał w armii Kajzera i w okopach Pierwszej Wojny Światowej. W jego pojęciu lojalności nie mieścił się bunt. Być może zachował się kunktatorsko odmawiając Steuffenbergowi. Melvin zdaje sobie z tego sprawę. Dlatego feldmarszałek nie ma ulic ani placów jak Stauffenberg, czy Von Tresckow. Zapytajcie jednak oficerów Bundeswehry, co sądzą o nim dzisiaj. Jestem przekonany, że odpowiedź ta może być dla wielu zaskoczeniem. Melvin zadał im to pytanie. Odpowiedź możecie znaleźć na kartach książki.

W wymiarze historycznym Manstein miał to szczęście, że Hitler go nienawidził z powodu jego wojennego mistrzostwa. Sam Hitler, jak wiemy dzisiaj, był raczej kompletnym dyletantem. Stalin uczył się na przykład od swoich marszałków, a Hitler nie. Dziś bez wątpienia wiemy, że Manstein przewyższał o klasę wszystkich niemieckich dowódców polowych, i był lepszym planistą, znakomicie reagującym na kryzys na froncie, sięgającym po nietuzinkowe środki, nawet od Bernarda Montgomery`ego. Od brytyjskiego marszałka różniło go także to, że potrafił maskować swoje ego. To właśnie Manstein jest autorem „cięcia sierpem”, zaskakującej i bardzo ryzykownej kampanii armii niemieckiej przeciwko zachodnim aliantom w roku 1940. Pomysł, by przejść przez Ardeny i skierować się na północ w stronę kanału La Manche bez zatrzymywania się, wywrócił wszelkie plany sztabowców francuskich, których ukształtowała Pierwsza Wojna. To Manstein zalazł za skórę Rosjanom nie tylko zdobywając Sewastopol, ale i gromiąc Armię Czerwoną w rejonie Charkowa i Doniecka (sic!) w marcu 1943 roku, już po stalingradzkiej klęsce. A był to majstersztyk strategii; Manstein pozwolił Rosjanom wejść bardzo głęboko w niemieckie linie miażdżąc ich z flanki. Manstein jak nikt inny potrafił zadawać Sowietom ciężkie klęski, mimo że był od nich słabszy. Jaką wymowę ma bitwa z marca 1943 roku dzisiaj, gdy w tym samym miejscu Ukraińcy walczą z armią rosyjską! (de facto).

Melvin wydobywa także chwiejną i kapryśną naturę feldmarszałka. Największym jego błędem wojskowym i moralnym było to, że nie poleciał do Stalingradu w listopadzie 1942 roku i na własne oczy nie chciał widzieć cierpień 6. Armii. Czy był to mechanizm obronny, by podobnie jak Hitler nie oglądać ruin niemieckich miast? Czy już wtedy Manstein wiedział, że wojna jest przegrana i że Niemcy mogą jedynie ją przedłużać? Podobne wnioski skłoniły Henninga Von Tresckowa do powzięcia zamiaru zgładzenia Hitlera. Dlaczego feldmarszałek na to nie przystał? Czy lojalność wobec zbrodniczego reżymu była wolnym wyborem Mansteina, czy po prostu zabicie Hitlera nie mieściło się w jego pojęciu bycia żołnierzem? Czy Manstein nie potrafił tego dostrzec? Melvin ma świadomość tych pytań. Ale wciąż opisuje żywego człowieka, pełnego sprzeczności.

Książka Mungo Melvina pod wieloma względami może być wzorem dla pisania biografii wojskowej. Zarazem brytyjski historyk przekracza tę granicę wchodząc w świat życia rodzinnego, intymności Mansteina. Wojna była dla niego podwójną klęską. Starszy syn marszałka Rüdiger poległ jako oficer piechoty na froncie wschodnim. Melvin stara się ze źródeł wydobyć ból ojca. To są ciekawe wątki książki, podobnie jak obsesyjne maniery Mansteina, sposób ustawienia map, jego przykry, wybuchowy dla podwładnych charakter. Niezależnie od odpowiedzialności za zbrodnie, Manstein pozostaje jednym z najwybitniejszych żołnierzy XX wieku, z czego zdawała sobie sprawę nowa Bundeswehra. To Manstein był jednym z jej reformatorów w latach pięćdziesiątych XX wieku.

Polecam osobom interesującym się dziejami II wojny światowej i historii wojskowości.

Opublikowano biografia, Erich Von Manstein, front wschodni, II Wojna Światowa, Niemcy, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , | Skomentuj

Nowy Jork. Sen o wielkim mieście.

Blogu,

Jako mały chłopiec często śniłem o wielkim mieście. Widziałem je z góry, w nocy,  rozświetlone światłami, wielkie emporium tętniące życiem. Leciałem ponad nim. Od tygodnia jestem w Nowym Jorku na ziemi. Jestem przytłoczony, bo tylko w Central Parku, gdzie rośnie 250 tysięcy drzew, zaznałem ochłody. Choć wartość Central Parku przekracza podobno bilion dolarów, nikt tutaj nie wpadł na pomysł, by je wyciąć i wybudować pustynię ze szkła, metalu i betonu, co najprawdopodobniej uczyniono by w Polsce. Troska o każdą roślinę nabiera tutaj wymiaru walki o przetrwanie. Jak w epoce kamiennej, z tą tylko różnicą, że Nowojorczycy oswoili kamień. Otworzyli go na zewnątrz, że posłużę się herbertowską przenośnią. Z tej perspektywy życie szarych, bezczelnych wiewiórek lub żółwi żyjących w jeziorkach i stawach central parku jest bezcenne. Central Park to centralne płuca miasta. Bez niego Nowy Jork byłby  nie do wytrzymania.

Nie szukam w Nowym Jorku rodaków. W zasadzie unikam Greenpointu, chcę codziennie wchłaniać we mnie to, co jest inne. Oczywiście dla osoby, która nigdy nie była w tak wielkim mieście, pierwszy dzień jest szokiem. Ale potem ludzki umysł zaczyna się przestawiać, pracować na innych obrotach, szukać zieleni, bo w tej rozpalonej słońcem betonowej pustyni, wyziewami miasta (bardzo nieprzyjemnymi); Manhattan jest piekłem. Rozmawiam z amerykańską dziewczyną, która pracuje tutaj w Downtown. Żyje, a właściwie wegetuje z dnia na dzień. Ma ciekawą pracę, pewnie dobre dochody (na pewno wyższe niż moje), ale mówi mi wyraźnie, że nie jest w stanie w tym mieście zaczepić się, zapuścić korzeni, założyć rodziny. To jest moje pierwsze wrażenie. Nowy Jork jest miarą samotności jednostki w wielkim mieście, wyrastającej z metafizycznej pustki tego świata.

Obok jakiegoś idiotycznego sklepu na 5th Avenue, gdzie torebka kosztuje 2000 dolarów, zaczepia mnie biały bezdomny. Czy da mi Pan na chleb? Nie wiem, kim on był. Może jestem głupi, ale 5 dolarów mnie nie zbawi, a on sobie coś za to kupi. Może alkohol, może fajki. Rozmawiamy. Był żołnierzem w Wietnamie. Stracił cały pluton w dżungli. Wrócił niedostosowany do swojego świata. Żona odeszła, a on zaczął pić. Od 1986 roku żyje w Nowym Jorku na ulicy. Pożegnaliśmy się jak starzy kumple. Bezdomność jest dla obserwatora takiego jak ja nową kategorią upokorzenia człowieczeństwa. Nasi bezdomni żyją w Polsce na krawędziach naszego świata. Nie lubimy ich. Śmierdzą w publicznych autobusach, spełniają wszelkie kryteria bycia „wykluczonym”. Tutaj bezdomność oczywiście też jest pod ziemią, na obrzeżach miasta, ale jej nowa egzemplifikacja jest w centrum świata bogatych. Jest straszna. Bezdomni na Brodwayu penetrują kosze na śmieci w poszukiwaniu resztek papierosów, pożywienia i tekturowych opakowań. Stosy śmieci są w kontenerach na ulicy i nikogo to nie dziwi. Pańcia z filmu „Diabeł ubiera się u Prady” przechodzi obok tego granicznego świata i go nie zauważa. Ona jest częścią innej kasty. Ale jak łatwo spaść w USA na dno świadczy inna scena. Na Brodwayu dwa dni temu spotkałem matkę z dwojgiem dzieci na ulicy. Dzieci bawiły się w pudle, a ona głośno informowała, że jej życie zniszczył bank. Cejrowski i inni piewcy amerykańskiej wolności powiedzą: taki jej los, po coś babo brała kredyt? Wszyscy go biorą w USA i drżą, gdy tracą pracę. Moje serce nie godzi się na to. Jest we mnie katolicki rewolucjonista. Banki są organami Nowego Jorku. Jednak cały czas mam wrażenie pustki tego gigantycznego miasta, serca świata.

Chwileczkę, napisał Pan „pustki”? Jest Pan w Nowym Jorku i narzeka Pan na pustkę? Możecie mnie tak zapytać.

Tak, jest ona szczególnie dotkliwa w Midtown, gdzie nie ma czasu na nic innego niż nerwowe przejście przez ulicę, szybkie poprawienie krawata. Yuppies pracujący w tych wielkich wieżowcach w okolicach Wooldorf Astoria, mają czas tylko na to, by wyjść podczas przerwy na rozgrzaną ulicę i zjeść tani posiłek sprzedawany przez hiszpańskojęzycznego emigranta.  A tak przez cały dzień zajęci są pomnażaniem pieniędzy banku, menadżera, czy po prostu jakiegoś bogacza. Jest to oczywiście wyznacznik bezpośredniości. Nasi polscy menadżerowie nie wyszliby z budynku; zjedli by coś na szybko w wewnętrznej stołówce, żyjąc w swoim wynaturzonym światku wielkich pieniędzy i wielkiej pychy. Patrzę na tych amerykańskich, młodych wilków z Wall Street. Gdy stoją w kolejce po jedzenie od meksykańskiego sprzedawcy wydają się odrobinę ludzcy.

To prawda; jedzenie jest w Nowym Jorku tanie i smaczne,  w chińskich knajpach rozsianych po całym mieście, ale szczególnie w Chinatown. Byłem wczoraj w Chinatown wieczorem, właściwie gdy noc brała Nowy Jork w posiadanie. Ciemność wypełza wieczorem w tym wielkim mieście z jego trzewi. Z kanałów, smrodliwego, dusznego metra – bez którego nie da się w Nowym Jorku żyć. Ta ciemność staje się jasnością w nocy; Chrystus powiedział: jeśli wasze światło jest ciemnością, jak straszna to ciemność. Są nocne stworzenia w Nowym Jorku; biznesmeni, gwiazdy, bywalcy drogich restauracji i smakosze szampana po 5 tysięcy dolców za butelkę. Times Square żyje przecież głównie w nocy.

W Chinatown jest inaczej. Młody Chińczyk przyniósł mi wieprzowinę z warzywami. Zapytał mnie, czy jestem księdzem.

- Księdzem? – odparłem zaskoczony – tak – odparł – bo wygląda Pan na księdza.

- Nie, nie jestem księdzem. Jestem pisarzem – odparłem.

- To jakby Pan opowiedział Chinatown jednym słowem?

- Hmm… – zamyśliłem się – tęcza.

- Dlaczego?

- Bo są tutaj wszystkie kolory. Nawet na moim talerzu.

Jestem w połowie analfabetą wobec Chińczyka, który podał mi pałeczki do jedzenia. Próbowałem niezdarnie je chwycić. Niezdara ze mnie. Po chwili poprosiłem o plastikowy widelec. Nigdy nie jadłem w Polsce lepszej chińszczyzny. Ludzie z kraju środka przepadają za wieprzowiną, której zapach unosi się na niektórych ulicach Chinatown, odstraszając emigrantów z muzułmańskiego świata.

Oczywiście wracając do realiów polskiego piekiełka, Tęcza na placu Zbawiciela jest symbolem ruchu gejowskiego, rażącym ludzi o konserwatywnym nastawieniu. Jednak nie w Nowym Jorku. Tu mało kogo to dziwi. W Downtown, tuż przed Washington Square Park jest Pierwszy Kościół Prezbiteriański, znany jako kościół LGBT. Kościół z wielką tęczową flagą.  Przeszedłem dalej. To nie jest mój świat.

Jadę metrem na południe Manhattanu, w stronę Financial District. WTC, bo też taki był mój cel, jest miejscem wciąż w przebudowie, ale jest miejscem niezwykłym i wstrząsającym. Oczywiście nie można wjechać na szczyt nowej wieży WTC, która wciąż jest w budowie. Wyposażają wnętrza. Miejsce, gdzie stały do 11 września dwie bliźniacze wieże, symbole Nowego Jorku i potęgi finansowej USA, jest zielone, ponieważ posadzono tam drzewa. Samo miejsce jest niezwykłą architektoniczną metaforą. Dwie wieże zapadły się do wnętrza, zatem pozostawiono to miejsce jako dwa, bliźniacze wodospady, po których prostopadłych ścianach woda ciągle, w rytmie dobowym przelewa się do wnętrza i wypływa z powrotem. Uważam, że ma to głęboki sens metaforyczny. Czyż nie wodę zamienił Chrystus w wino? Czyż duch boży, jak jest napisane w jest księdze Genesis, nie unosił się nad wodami symbolizującymi chaos pierwotnego świata? Ta woda musi mieć zatem moc zbawczą. Ale jest ciągle obrazującym tragedię 11 września wodospadem huczącym potężniej od Niagary. Rozmawiam z nowojorskimi policjantami o tym, co to miejsce dla nich znaczy. Iluż bohaterskich policjantów i strażaków, wypełniając swoje życie do końca poczuciem obowiązku nie pozwalającym zrejterować w sytuacji, gdy obydwa budynki nie były stabilne. Iluż ludzi dzięki nim wyszło z WTC i sąsiednich budynków? Iluż ludzi dziś cieszy się życiem. Przypomina mi się wiersz Miłosza: kochać nie znaczy rozumieć, nie ten najlepiej służy, kto rozumie. Jestem wstrząśnięty nad tymi wodospadami i na pewno wrócę w to miejsce przed powrotem do Polski.

Obok Nowego Jorku jest inny świat. Sąsiednie Jersey City jest w zasadzie hiszpańskojęzyczne. Czy Amerykanie języka hiszpańskiego już wkrótce przewyższą liczba tych tradycyjnych białych Anglo-sasów? Myślę, że to całkiem możliwe już wkrótce. Nie znam języka hiszpańskiego, a szkoda. Moim włoskim płynnie dogaduje się w dzielnicy włoskiej, niemiecki przydaje się na konferencji/szkoleniu na Uniwersytecie Columbia. Angielski jest tutaj oczywistą oczywistością. Jednak Amerykanie nie rozpoznają mojego akcentu. Niektórzy mówią, że muszę pochodzić z zachodniej Europy. Pochodzę. Jestem innym Polakiem, od emigracji z lat 1980-tych. Nie interesuje mnie zarabianie. Interesuje mnie zwiedzanie. Nie mówię wszystkim napotkanym o królu Sobieskim i Chopinie. Czas odłożyć Gombrowicza na półkę.

Ale nade wszystko polecam wszystkim posiedzieć na promenadzie na dole Manhattanu, z widokiem na wyspę Ellis, na Statuę Wolności, gdzie obok oszalałych od joggingu Amerykanów, słońce zanurza się w morze, prawdziwie nieopisane. Mam w ręce książkę, gdy świat tak okrutnie toczy się wokół mnie.

Jestem szczęśliwy.

Opublikowano autobiografia, Nowy Jork, Polak w USA, USA | Otagowano , , , | Skomentuj

Ryszard Kaczmarek, Polacy w armii Kajzera na frontach I wojny światowej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014.

 

kajzer

Ryszard Kaczmarek, Polacy w armii Kajzera na frontach I wojny światowej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014     

Wydawnictwo Literackie serwuje nam w 100. rocznicę wybuchu Pierwszej Wojny Światowej, zwanej Wielką Wojną, już drugą monumentalną książkę napisaną przez polskiego historyka. W lutym ukazała się znakomita synteza wojny pióra Andrzeja Chwalby. Teraz wydawnictwo proponuje nam opasły tom o losach Polaków w czasie wojennej zawieruchy w armii kajzera. Autorem opracowania jest Ryszard Kaczmarek, historyk z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, dyrektor tamtejszego Instytutu Historii. Jako recenzent stawiający sobie dydaktyczny i popularyzatorski cel jestem zobowiązany do odniesienia się zarówno do zewnętrznych, jak i wewnętrznych składników książki. Warto podkreślić, że książka profesora Kaczmarka jest pięknie wydana. Książka jest po prostu pięknym przedmiotem, a starannie dobrane fotografie z epoki świadczą o tym, że kolega Marcin Stasiak sumiennie i dobrze odrobił swoje zadanie.

Książka Kaczmarka stanowi jego drugie podejście do bardzo ważnego, ale przez kilkadziesiąt lat PRL starannie spychanego pod dywan tematu udziału Polaków w wojsku niemieckim w XX wieku. Profesor Kaczmarek kilka lat temu wydał ciekawą i przełomową książkę o Polakach w hitlerowskim Wehrmachcie. Tym samym udało się Kaczmarkowi opisać fenomen historyczny, który umknął uwadze innych historyków. To ważna cecha dobrego historyka. Jest nas bowiem kilkanaście tysięcy w tym kraju, ale znikomy procent uprawia historię jako pisarze, naukowcy, nauczyciele, czy też łącząc te trzy płaszczyzny jednocześnie. Jako pisarz, nauczyciel i profesjonalny naukowiec podejmuję się niełatwego zadania zrecenzowania tej książki.

W przypadku takiego samograja jakim jest tytuł książki Kaczmarka ja osobiście spodziewałem się dynamicznej narracji, ukazującej zarówno epickość wojny, jak i jednostkowe doświadczenie. Moje pytanie jako recenzenta spoza grona recenzentów uczelnianych, jest następujące: czy Ryszard Kaczmarek podołał zadaniu narracyjnie? Czy jego książka o dramatycznych losach Polaków w armii niemieckiej w latach 1914-1918 jest narracyjnym majstersztykiem? Czy można pisać o wojnie inaczej niż robi to Antony Beevor? Niestety, żyjemy jako historycy w epoce Beevora, mało kto bowiem pisze o zjawisku wojny w sposób tak zajmujący jak on. Sądzę po dogłębnej analizie książki Ryszarda Kaczmarka, że podołał on zadaniu połowicznie.

Konstrukcja książki w moim przekonaniu jest zbyt szeroka. Uważam, że rozdział pierwszy o Polakach w armii niemieckiej przed wojną czytelnik może sobie spokojnie podarować. Jest to bowiem rozdział najzwyczajniej nudny. Od strony 49 przez prawie piętnaście stronnic Kaczmarek po prostu wymienia jednostki armii niemieckiej, w której Polacy są poważną częścią składu. Czytelnik dostaje coś w rodzaju spisu rodem z książki telefonicznej (np. strona 53). Po co pytam? Nadaje się ten tekst do czasopisma naukowego, względnie do jakiejś zbiorowej pracy o genezie wojny światowej i do niej przygotowaniach. Ale nie do takiej książki. Cierpi bowiem dynamika narracji. Konstrukcja dalszych rozdziałów jest linearna, oparta o metodę chronologiczno-problemową. Autor przenosi czytelnika z frontu wschodniego na zachodni, ukazuje wielkie zmagania na froncie zachodnim roku 1916, ukazuje dalsze fronty wojny, w których brali udział Polacy, w tym bałkański. W pewnym sensie tłumaczy Ryszarda Kaczmarka maniera polskich historyków wojskowości, którzy powielają szablon narracji; wojnę opisują przez liczby, podają numery jednostek wojskowych, alokacje tych jednostek. To narracja archaiczna. Aż prosi się o redaktora terrorystę, któremu nie straszny profesorski tytuł. Nic by się nie stało gdyby książka miała 470 stron, a nie ponad 550. Wyrzuciłbym z takiej książki tabele, statystyki i to wszystko, co znamionowało o wadze książki w style szkoły Annales. Tabel na końcu książki Kaczmarka jest mnóstwo. Niepotrzebnie. Nikt do tego nie zajrzy. Tekst powinien bronić się sam.

Jednak na szczęście książka Kaczmarka jest tylko częściowo zbudowana z owego polskiego stylu pisania o wojnie. Śląski historyk wydobył bowiem dzieje Kazimierza Wallisa, polskojęzycznego Ślązaka, który służył w armii Kajzera od 1914 i pechowo zginął we wrześniu 1918 roku, kiedy Niemcy już cofali się pod naporem Sprzymierzonych. Muszę przyznać, że dla tak wymagającego czytelnika jak ja, postać ta stanowić powinna stanowić oś narracyjną książki. W pewnym sensie tak jest. Wallis towarzyszy czytelnikowi od pierwszych stron kampanii 1914 roku, a smutna wiadomość o jego śmierci zgodnie z prawidłami sztuki dramaturgicznej pojawia się w ostatnim kacie, na moment przed ostatnią kropką kończącą książkę. Szkoda, że takich ludzi w książce Kaczmarka jest mniej niż w narracjach Beevora o drugiej wojnie światowej. Może się czepiam, ale jednostkowość wojennego doświadczenia i dramatyzm narracyjny w książce Kaczmarka stoi zaledwie na dostatecznym poziomie. Można było spodziewać się po tej książce takiego dramatyzmu jak w Stalingradzie, gdy Beevor opisuje los hiwisów, obywateli ZSRR w armii niemieckiej. Kaczmarek zrobił jednak wiele, by czytelnika do swojej książki przekonać. Książka wzbogacona jest o pieczołowicie zeskanowane artefakty, notatki Wallisa. Pomysł dobry, bo przybliżający człowieka. Są też inni ludzie wydobyci ze źródeł. Nie są jednak w centrum narracji.

Inne aspekty poznawcze i dydaktyczne książki Ryszarda Kaczmarka stoją na bardzo wysokim poziomie. Ciekawe jest jak profesor pisze o stosunku Niemców do Polaków w niemieckiej armii, gdyż bynajmniej nie traktowano Polaków jako… Polaków.  To zaskakujące. Kaczmarek wydobył ze źródeł ciekawe fragmenty opisujące życie w okopach; jedzenie, rozrywki, a także życie seksualne żołnierzy utrzymujących niekiedy bliskie relacje miłosne z francuskimi lub niemieckimi kobietami (s.276). To bardzo nowoczesne podejście. Obcy jest Kaczmarkowi zideologizowany język sublimacji. Nie pisze o tym, jak Polacy w armii kajzera musieli walczyć za Niemcy marząc o wolnej Polsce, bo takowej w czasie wojny nie było. Pisze natomiast o brutalnej walce  o przeżycie, o aprowizacji, o strachu przed śmiercią oraz o codzienności strasznego życia w okopach, lub na zapleczu frontu.

Książka profesora Kaczmarka jest z pewnością pozycją po którą warto sięgnąć. Proszę jednak uważać: to nie jest narracja w stylu Beevora. Na płaszczyźnie warsztatu historycznego Kaczmarek osiągnął bardzo wysoki poziom; podziw budzi sposób analizy źródeł, internalizacji problemów, jakie niesie wojna. Konstrukcja pracy w oparciu o model linearny przyniosła takie, a nie inne rozwiązania narracyjne. Rodzynki przybliżające codzienność żołnierzy, anegdotyczność narracji, przybliżającej perspektywę mikro-historyczną w książce mającej przecież charakter syntezy są w książce Kaczmarka wielce smacznym, ale dość rzadkim dodatkiem. Wytrawny czytelnik aż prosi więcej. Z pewnością znajdą się amatorzy szczerze zauroczeni książką profesora Kaczmarka. Książka o Polakach w armii Kajzera jest koniecznym prequelem (proszę wybaczyć filmową metaforę) jego udanej książki o Polakach w Wehrmachcie.

Jest to książka bardzo dobra, rzetelna, bardzo solidna warsztatowo, monumentalna, na swój sposób wypełniającą wielką lukę w polskiej historiografii. Narracyjnie jest jednak na dobry z minusem.

Opublikowano historia Śląska, I wojna światowa, Polacy w armii Kajzera, Ryszard Kaczmarek | Otagowano , , , | Skomentuj

Pamięci Andrzeja Kuryłowicza

Pamięci Andrzeja Kuryłowicza

Był październik 2003 roku, zimny i ponury dzień. Przyjechałem do Warszawy z Lublina, gdzie wówczas studiowałem. Chciałem wydać moją pierwszą książkę „Krew Faraonów”. Tekst skończyłem latem 2003 roku i od jakiegoś czasu szukałem wydawcy. Adres wydawnictwa Albatros znalazłem w książce telefonicznej warszawskich firm. Pojechałem tam wówczas, na Wilanów, do biura wydawnictwa, które mieściło się na Wiktorii Wiedeńskiej. Choć to dziś niewyobrażalne, za ulicą dosłownie kończyła się Warszawa.

Zastałem tam właśnie Andrzeja Kuryłowicza. Zaskoczyła mnie bezpośredniość, bezpretensjonalność i konkretność. W niczym nie przypominał sztywnego wydawcy lustrującego nowo przybyłego autora jako intruza chcącego wyłudzić wydanie książki. Chciał zrozumieć, jak to się stało, że znalazłem adres biura Albatrosa. Wówczas na książkach wydawnictwa znajdowała się tylko sucha informacja o skrytce pocztowej. Był luzakiem. Byłem przeziębiony. Zaproponował, żebym sam zrobił sobie herbaty, skoro już przeszedłem. Poprosił, żebym w pięć minut przedstawił powody, dla których on powinien wydać moją książkę. Zaznaczył, że niczego obiecać mi nie może.
Pół roku później zadzwonił do mnie i powiedział mi, że Albatros wyda mnie jako pierwszego Polaka. Przekonałem go konwencją powieści: dynamiczną akcją w świetnie zarysowanej epoce historycznej. Albatros postanowił zainwestować w nikomu nieznanego chłopaka, który przyniósł do wydawnictwa swoją książkę.

Tak zaczęła się moja znajomość z Andrzejem Kuryłowiczem. Była to relacja biznesowa, ale zarazem pełna życzliwości i otwartości. Z czasem chyba stała się przyjaźnią. Albatros rozwijał się prężnie, z roku na rok przybywało tytułów i innych polskich autorów. Miałem okazję poznać przesympatyczną mamę Andrzeja, świętej pamięci panią Hannę Kuryłowicz, która na każdych targach książki w Warszawie towarzyszyła synowi w ciężkiej pracy  na targach. Miałem okazję poznać całą jego rodzinę. Andrzej na targach był w swoim żywiole. Wydawało się nam, że jest niezniszczalny. Był człowiekiem niepokornym. Był w ciągłym ruchu. Bez przerwy dziesiątki spraw, telefonów, ludzi, książek.

Andrzej był niepowtarzalnym i nietuzinkowym człowiekiem. Miał swoje zdanie  i potrafił je zaakcentować. Miał wizję rozwoju wydawnictwa i wiedział czego chce. Przez 11 lat współpracy okazał się dla mnie człowiekiem cierpliwym, łagodnym, dobrym. Nigdy nie zawiodłem się na nim i na Albatrosie, choćby w moich staraniach o stypendium literackie we Francji. Potrafił zrozumieć, gdy na rok wstrzymałem powieść „Czerń i Purpura”, moją najlepszą i najbardziej osobistą książkę. Temat miłości w obozie Auschwitz przybijał mnie; bałem się reakcji publiczności, nie wiedziałem, czy potrafię ją unieść. Przekonał mnie do tego, by książkę wydać. Zbiera świetne teraz recenzje. Osobiście podziękowałem mu w posłowiu, czego przecież nie robi się często.

Andrzej był jednym z najbardziej niezwykłych ludzi, jakich mogłem spotkać w życiu. Był moim dobrodziejem w każdym czasie, nawet dla mnie trudnym. Był człowiekiem uczciwym i prostolinijnym, brzydzącym się hipokryzji. Straciłem przyjaciela, wydawcę i życzliwego mi człowieka. Nie mogę się z tym pogodzić, że już nigdy nie posprzeczamy się już o okładkę, której projekt zawsze wykonywał sam. Nigdy nie usłyszę jego krytyki za złe streszczenie książki na okładkę. Nigdy nie umówimy się na targi książki. Wraz z jego odejściem skończyła się pewna epoka. Ile znaczył dla rynku wydawniczego w Polsce, pokaże jego bolesna nieobecność.

Nie mogę pogodzić się z tym „nigdy”. Takiego „nigdy” nie robi się przyjaciołom, Andrzeju.

Opublikowano pożegnanie, refleksja autorska, wspomnienie, wyznanie | Otagowano | 1 komentarz

Dzień Zwycięstwa – doktorat o Stanisławie Koźmianie

Blogu!

Mogę tak to nazwać. 7 marca 2014 roku był dniem mojego zwycięstwa nad przeciwnościami losu, które niejedną osobę, powaliłyby na kolana. Obroniłem wczoraj na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego doktorat „Historia w pismach i dziełach Stanisława Koźmiana 1836-1922″ pod kierunkiem prof. dr hab. Krzysztofa Zamorskiego, a jego recenzentami byli prof. dr hab. Marcin Kula (UW) oraz prof. dr hab. Andrzej Chwalba (UJ). Przyjechało bardzo wielu uczniów ze szkoły, gdzie uczę. Wielki dzień. Smak zwycięstwa jest podwójny. Teraz, z perspektywy dnia wczorajszego, wszystkie ciężkie momenty wydają się mało znaczące.

To moje drugie podejście do doktoratu. Kończyłem bowiem KUL, Wydział Humanistyczny, gdzie usytuowana jest historia. Zacząłem tam pierwszy doktorat poświęcając lubelskiej uczelni kilka ładnych lat mojego życia. Na szczęście to przeszłość, zamknięta i nieodwracalna. Nie wiem, dlaczego w 1998 roku wybrałem KUL, może dlatego, że w czasie szkoły średniej byłem dość ostrym prawicowcem, a może dlatego, żeby wydorośleć. W każdym bądź razie komuś nie spodobało się, że zacząłem publikować książki. Pierwsza powieść „Krew Faraonów” została opublikowana w roku 2005 w warszawskim „Albatrosie” Andrzeja Kuryłowicza. Sukces młodego człowieka, miałem wtedy 26 lat, kogoś jednak zabolał. Dziś chyba nie jestem prawicowy, ani tak katolicki jak przed 15 laty. Odejście z KUL to była najlepsza decyzja w moim życiu. Nie ma bowiem sensu tkwić w toksycznym układzie. To nas niszczy.

Wiem, że pisanie doktoratu nie jest dziś rzeczą łatwą. Wiąże się z ogromną liczbą wyrzeczeń. Jednak napisanie naprawdę dobrego doktoratu jest wartością samą w sobie. Być może są ludzie jeszcze bardziej skrzywdzeni przez tak zwanych „naukowców” z dorobkiem niż ja. Mogę dać dobrą radę. Zacisnąć zęby, opanować uczucie zemsty, robić swoje konsekwentnie i każdego dnia powoli mozolnie wtaczać pod górę swój kamień. Lubię „Mit Syzyfa” Alberta Camusa. W tekście tym Syzyf, mimo swojej nędzy, jest szczęśliwy, kiedy wtacza pod górę swój kamień. Każdy ma jakiś kamień. Ja swój wtoczyłem pod górę i wygrałem.

Teraz czeka mnie przede wszystkim pisanie. Mam przed sobą nieograniczoną przestrzeń papieru i pióra. Będę pisał dopóki nie zaboli mnie kciuk. A jest wiele do nadrobienia. Przede wszystkim książka doktorska i poszukiwanie zaczepienia się na uczelni. Chciałbym napisać kiedyś habilitację i mam na to dorobek, 20 artykułów w najważniejszych polskich czasopismach, 1 międzynarodowy w „American Journal of Public Health”, mam nagrodę naukową Ministra Zdrowia w roku 2011, i pomysły na dalsze projekty naukowe.

Oczywiście powieści historyczne. Muszę skończyć – to kwestia dwu, może czterech miesięcy, „Kartagińskie Ostrze”, powieść o czasach starożytnych, okrutna, zmysłowa i krwawa. Mam inne pomysły literackie, co najmniej cztery, a dwa z nich w fazie rozbudowy. Ale cieszę się, że udowodniłem wczoraj, że można być profesjonalnym historykiem, zdobywającym tytuły i uznanie naukowe oraz pisarzem tworzącym literacką fikcję. To się nie tylko nie wyklucza, ale i uzupełnia. Najlepszym tego dowodem jest Antony Beevor, najlepszy na świecie specjalista od II Wojny Światowej, który zaczynał jako powieściopisarz! Poświęciłem Beevorowi dużą rozprawę naukową, do przeczytania poniżej:

http://www.sensushistoriae.epigram.eu/userfiles/files/SH10.pdf

Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo. Dedykuję to moim wodnistookim, byłym wrogom.

Opublikowano biografia | Otagowano , , | 1 komentarz

Andrzej Chwalba, Samobójstwo Europy. Wielka wojna 1914-1918, wyd. Literackie, Kraków 2014

andrzej-chwalba-samobojstwo-europy-cover-okladka

Andrzej Chwalba. Samobójstwo Europy. Wielka wojna 1914-1918, wyd. Literackie, Kraków 2014

W tym roku przeżywamy okrągłą, setną rocznicę wybuchu wielkiej wojny, kataklizmu, który głęboko naruszył zbudowany z mozołem świat wielkich imperiów XIX wieku. Pierwsza wojna światowa przyszła w gruncie rzeczy niespodziewanie, choć możliwość jej wybuchu zakładali wszyscy. Wynikała ona ze zbrojnego pokoju, jaki powstał po tryumfie Rzeszy w wojnie z Francją 1870-1871 i z szeregu innych czynników. Ale jeszcze w początkach 1914 roku Stanisław Koźmian, któremu poświęciłem naukową książkę doktorską, pisał, że „w roku 1914 nie wydarzy się nic, z czym dyplomacja europejska nie mogłaby zaradzić za pomocą domowej apteczki”. Kataklizm wydarzył się nagle, i nawet po zabójstwie Franciszka Ferdynanda, którego Jaroslaw Hašek nazwał tym „tłustym, katolickim księciem”, większość decydentów pojechała na wakacje. Tak jak Kajzer swoim jachtem do ulubionych fiordów. To napięcie prowadzące do katastrofy narasta w książce Chwalby przez pierwsze kilkadziesiąt stron.

Pierwsza wojna światowa, albo wielka wojna z lat 1914-1918 nie weszła na trwałe do polskiej świadomości narodowej. Została bowiem zakryta przez odzyskanie niepodległości w listopadzie 1918 roku, oraz przez traumę II Wojny Światowej, z której Polska wyszła całkowicie przegrana, militarnie i politycznie. Z tym większą radością przyjąłem fakt wydania przez prof. Andrzeja Chwalbę, nowej syntezy wielkiej wojny pisanej z epickim rozmachem przez polskiego historyka. Znana jest wcześniejsza próba prof. Janusza Pajewskiego, ale funkcjonuje ona przeważnie jako skrypt dla studentów historii. Można spodziewać się, że książka Chwalby wejdzie na trwałe do dorobku polskiej historiografii i zdecydowanie przekroczy ramy książki dla specjalistów.

Dlaczego? Andrzej Chwalba ma świetne pióro, a książka jest nie tylko syntezą wielkiego konfliktu, ale też esejem pisanym dla szerszego kręgu czytelników. Nie ma w tekście głównym przypisów, a aparat naukowy, zwykle rozbudowany w polskich syntezach do niewiarygodnych rozmiarów został skrócony do podania wyłącznie podstawowej bibliografii konfliktu. Książka Chwalby została wzbogacona o szeroki kontekst społeczny, są rozdziały na temat tego, jak wojna wpłynęła na europejskie społeczeństwa. Życie cywili w czasie wojny, problemy z aprowizacją, zaopatrzeniem, choroby. To wszystko także znalazło się w kręgu zainteresowania krakowskiego historyka. Nie waha się nazywać rzeczy po imieniu. Nie ma mowy o Trójprzymierzu, choć Włochy w 1882 podpisały układ z monarchią naddunajską i Rzeszą, faktycznie do wojny w sierpniu 1914 roku przystąpiło Dwuprzymierze, do którego doszlusowały Turcja (zgodnie według Niemców i Brytyjczyków przystąpienie Turcji do wojny wydłużyło ją o prawie 2 lata) i potem Bułgaria.

Narracja nie ma li tylko charakteru linearnego. Fronty ukazywane są naprzemiennie, a szeroka analiza strategiczna i wzbogacenie narracji o rozdziały dotyczące wojny na morzu, oraz w powietrzu, stanowią o epickim rozmachu książki. Podręcznik akademicki Prof. Chwalby „Polska 1795-1918” wydany w roku 2000 stanowił zupełnie nową jakość w spojrzeniu na historię XIX wieku. Był to swoisty przełom w polskiej historiografii zbyt głęboko przywiązanej do wizji Kieniewicza. W książce Chwalby widać wyraźną tendencję przesuwająca narrację w stronę historii społecznej. Profesor ukazuje świat rannych, szpitali, cywili zmagających się z codziennymi problemami czasu wojny. Synteza zyskuje odniesienie społeczne, gdyż Wielka Wojna zmieniła świat nieodwracalnie i na zawsze.

Czy książka Chwalby o I wojnie światowej ma szansę zaistnieć tak jak podręcznik? Ma ogromne szanse, ale podkreślam, że nie jest to książka podręcznikowa. Wykład jest przejrzysty i niezwykle spójny i widać po narracyjnym zacięciu, że profesorowi Chwalbie ta książka sprawiła dużo przyjemności. Czytelnikowi takiemu jak ja również. I zapewne zafascynowanemu historię licealiście też. Sztuka pisania syntezy, najtrudniejsza rzecz dla historyka przychodzi pewnie z wiekiem, a styl i jasność wywodu prof. Chwalby są jak dojrzałe wino. Historycy z pewnością sięgną po tę książkę, a wielbiciele historii nie omieszkają do niej zajrzeć.

Szczerze polecam.

Opublikowano I wojna światowa, recenzja | Otagowano , | Skomentuj

Na marginesie „Czerni i Purpury” czyli o rozdwojeniu – twórcy fikcji i historyka.

Blogu!

Myślę, że mogę śmiało powiedzieć, że zapłaciłem w swoim na razie krótkim życiu dużą cenę za pisanie literatury. Przede wszystkim dlatego, że zderzyłem się w swoim życiu z małością ludzi, którzy powinni być wielcy z racji zajmowanej pozycji akademickiej. Jeśli w myśl słów Locke`a miarą naszej mądrości ma być nasze doświadczenie, to ceną tegoż doświadczenia jest ból. To z kolei przenosi człowieka do refleksji filozoficznej innego rodzaju. Miarą bólu jest świadoma egzystencja. Człowiek zyskuje bezcenną samoświadomość dzięki temu. Mój ból jest oczywiście głębszy, egzystencjalny, wciskający się głęboko pod czaszkę, nie dający się okiełznać, nie dający o sobie zapomnieć, a jednak istnieje możliwość zinternalizowania go właśnie w pisaniu. Dane mi jest coś, co większości ludzi nie jest przypisane. Na jakiej zasadzie stałem się pisarzem? Czy to tylko wynik fantazjowania, do którego zawsze miałem zdolność w dzieciństwie, czy po prostu miałem to w DNA (fanatycy ewolucji muszą potwierdzić), czy jest do dar Boży? Nie wiem, coraz bardziej nie wiem i żyję w okropnej niepewności wszystkich rzeczy.

Istnieję, bo piszę. Ten blog jest moją walką z horrorem vacui, z demonami wypływającymi z doświadczenia pustki, lęgnącymi się w mojej głowie, kiedy nocą wieje wiatr.

Powieść „Czerń i Purpura” jest moją miarą spojrzenia na niewyobrażalne. Holocaust jest dzisiaj dla większości ludzi czymś zupełnie poza zdolnościami pojmowania. Nie jest to bowiem mord porównywalny z jakimkolwiek innym ludobójstwem. Holocaust jest piekielną machina wprawioną w ruch przez Niemcy, państwo wysokiej kultury materialnej, technicznej i duchowej (patrz post o niemieckiej filozofii w kontekście mordu w Namibii) i doprowadzoną przez zbiurokratyzowany system totalitarnego reżymu Hitlera do perfekcyjnej fabryki śmierci. O holokauście wypowiadają się historycy, filozofowie, antropolodzy kultury -co się jednak zmieniło, szukamy dziś jednostkowego doświadczenia.

Fernand Braudel napisał kiedyś, że człowiek jest zwierzęciem, które pamięta. Ta konstytutywna cecha człowieczeństwa, istnienia skierowanego na pamięć o przeżyciach dokonanych, sprawia, że pisząc o Zagładzie (którą uważam za jedno z najważniejszych wydarzeń XX wieku, wbrew wielu antysemitom polskim, ukrytym mniej lub bardziej udanie pod płaszczykiem krytyki dzisiejszego Izraela), postanowiłem wykorzystać do tego celu powieść, jako model opowiedzenia o przeszłości. Historia Heleny Citronowej i Franza Wunscha była znana wąskiemu gronu specjalistów, którzy właściwe poza Laurencem Reesem (znakomite narracyjnie „Auschwitz. The Nazis and Final Solution) nie wydobyli tej niesamowitej historii na światło dzienne. Ja zrobiłem to pisząc powieść, przypisując fikcyjnym postaciom Franza Weimerta i Mileny Zinger część prawdziwej historii. Od pierwszej chwili, kiedy dowiedziałem się o tej miłości młodego austriackiego esesmana do żydowskiej dziewczyny skazanej na unicestwienie, wiedziałem, że będzie to książka. W niecałe kilka dni latem 2006 roku cała książka istniała już w mojej głowie. Oczywiście istniejąc w moim mózgu jako sieć niedostrzegalnych impulsów nerwowych była bezużyteczna. Pisałem kilka miesięcy w 2006 i w czasie dla mnie bardzo bolesnym, kiedy zostałem bez pracy i bez perspektyw dalszej kariery akademickiej zimą 2007/2008. Byłem wtedy w ciągu pisarskim. Kiedy jestem w ciągu pisania, mogę nie iść nawet do pracy, albo na spotkanie. Wówczas nikt i nic nie może mnie odciągnąć od pisania. Muszę skończyć, to co mam w głowie. Muszę nadać ciąg narracji, pokrywającej białą kartkę ciągiem znaków boleśnie ją udręczających. Kiedy zaistniał Weimert i Milena na tych kartkach, miałem już  świadomość wagi i ciężaru, a także unikalności, tego co napisałem. To moja najlepsza książka i wiem, że drugiej takiej już nie napiszę. Nie ma drugiej takiej historii. Nie ma drugiej takiej miłości.

Chciałem, żeby ta książka autentycznie bolała tych, którzy ją czytają, a takich wypowiedzi dociera do mnie coraz więcej. Pisząc o Zagładzie nie chciałem tego czynić jak Hanna Krall, Imre Kertes, którzy szukając literackiego wyrażenie tego, co niewyobrażalne, tworzyli subtelny język podmiotu, zagubionego w piekle i szukającego po omacku dróg do nazwania rzeczy raz jeszcze po imieniu. Ja chciałem inaczej. Postawiłem na weryzm przeżycia. Zwiedzając Auschwitz ludzie albo są przerażeni widząc za szybą zwały ludzkich włosów, albo temu nie dowierzają. Moja narracja poraża ludzi dosłownością. Piszę o Zagładzie, nie mając zinternalizowanego doświadczenia osobistego. Urodziłem się w 1979 roku. Nowy wyraz, oddania prawdy o Zagładzie i jej wyjątkowości, to zderzenie śmierci i życia. Bo ja piszę o żywych ludziach. O wyborach, których nie można sobie wyobrazić. Podjąłem to ryzyko wiedząc, że moja dusza, mój umysł nie pozwolą mi nie napisać tej książki.

Jednak „Czerń i Purpura” nie stała się międzynarodowym bestsellerem. Jest sukcesem na miarę trudności tematu. Czy mnie to boli? Oczywiście, że tak. Pisarz chce być czytany. Trzeba być hipokrytą, żeby pisać i twierdzić, że nie obchodzi nas to, czy jesteśmy czytani. Lubię słowa jednego z moich mistrzów słowa, za których odmawiam pacierz (nie za wszystkich go odmawiam), Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, który stał się sławny dopiero kilkanaście lat przed śmiercią. Powiedział wówczas: a już miałem nadzieję, że umrę jako kompletnie nieznany pisarz. Jak ktoś odczyta mnie za lat czterdzieści, kiedy nie będę już żył? Co przypiszą mi historycy literatury? Wbrew pozorom wierzę niezachwianie, że książka drukowana przetrwa, będzie niszowa, elitarna, ale przetrwa. Bo pamięć człowieka ma jedną niezachwianą cechę: lubi czytać to, co inni zapisali. Wiem, jakie napiszę następne książki. Mam w głowie 4, jeszcze nie ułożone, dwie są już w dużej części na papierze. Będę oswajał inne czasy, innych ludzi. Historyka-profesjonalistę i pisarza uprawiającego historię jako literaturę łączy jedno: człowiek. Musi być to człowiek z krwi i kości, z całym bagażem psychicznych uwarunkowań, emocji, popędów, namiętności, ideologii, religii, zbrodni, miłości. Łączy mnie miłość do tego historycznego człowieka, choć sam nie wierzę w ludzi jako społeczeństwo. Istniejemy jako społeczeństwo tylko dlatego, że istnieje państwo, które nas skupia.

Jednak pisanie literatury z perspektywy historyka-profesjonalisty jest co najmniej nietaktem. To herezja w zaiste trockistowskim stylu. Historycy bowiem to animatorzy zbiorowych emocji, to inżynierowie emocji udzielających się ludziom, którzy nie pamiętają. Wszyscy mamy pamięć, a jednak coraz bardziej nikła liczba ludzi pamięta II Wojnę Światową. A zatem wojna staje się doświadczeniem zakończonym, bo ona przestanie istnieć z chwilą śmierci ostatniego człowieka, który ją pamięta. Powoli zbliżamy się do tego punktu. Paradoks polega jednak na tym, że wszyscy o wojnie mówią, czasami bardziej kompetentnie, czasami mniej. Emocje związane w wojną udzielają się opinii publicznej. Radio Maryja usiłuje teraz policzyć ilu Polaków uratowało Żydów, tak jakby była to miara prawdy, która pomoże Polakom uspokoić sumienie. Miarą prawdy jest bowiem zestawienie tej liczby „sprawiedliwych wśród narodów świata” z tymi, którzy wydawali Żydów na śmierć, ze strachu, z chęci podłego zysku i obawie przed Innym. Miarą prawdy jest zestawienie tych sprawiedliwych z tymi niesprawiedliwymi. Barbara Engelking-Boni w książce, która też bestsellerem się nie stała, „Taki piękny niedzielny dzień. Historia Żydów szukających ratunku na polskiej wsi 1942-1945″, ujmuje to tak. Przekonanie o powszechności postawy pomocy Żydom są mitem i kompletną fikcją. Postawa druga, niechęci, obojętności i aktywnej pomocy Niemcom w fazie trzeciej „Jedenjagt”, polowania na Żydów po nicestwieniu 80-90% społeczności żydowskiej w danym polskim miasteczku, była powszechna. I nic tego nie zmyje z Polaków. Polacy zyskali na Zagładzie w perspektywie krótko i długofalowej. Ile kamienic w Krakowie przed wojną należało do Żydów, a ile do Polaków? Dziś proporcje są akurat odwrotne. Opowiem wam scenkę: jedna znajoma, gdy mówię o książce Pani Profesor Engelking-Boni kwituje to tak: tę książkę pisała osoba o określonym pochodzeniu. Ręce mi opadają. I mówi to osoba na pewno dobra, inteligentna. Antysemityzm Polaków (nie wszystkich), tych starszych, oraz tych koło 40, i czasami tych młodych jest jak liszaj na skórze. Upudrowany, po zabiegu kosmetycznym istnieje niejawnie i niewidocznie. Ale jest i jest obrzydliwy.

„Czerń i Purpura” jest też moją opowieścią o Bogu, w którego wierzę. Mój Bóg jest Żydem, ukrzyżowanym i zmartwychwstałym. Mówimy teraz o kwestii wiary, która jest niedowodliwa i nieempiryczna. Ale jakoś strasznie zmagam się z moim katolicyzmem. Nie odejdę od wiary, na pewno nie. Jestem na kościelnej lewicy. Mało nas zostało. Tischner nie żyje,  Musiał też, Obirek nie jest już księdzem i plecie trzy po trzy, Węcławski dokonał apostazji i przestał pisać mądre książki, a jedynemu księdzu w Polsce, który rozumie ból Izraela, Lemańskiemu, zamknęli buzię. Dziś normą polskiego Kościoła jest Rydzyk, ze swoim pseudo-intelektualnym przesłaniem. Próbuję słuchać ostatnio Radia, które stworzył. Skręca mnie w środku… Straciłem wiarę entuzjastyczną i oazową. Jestem w kościele przed kratą: jestem w nim, ale na progu, koło drzwi, z duszą gotową do odejścia i sercem, które na to nie pozwoli.

Pochłania mnie czasem moja pustka. „Czerń i Purpura” jest zmaganiem się z tą pustką. Zmaganiem wewnętrznie udanym, jak sądzę. Równie skutecznym jak różaniec, z którego niewierzący się czasem śmieją. Ta książka jest moją modlitwą.

A wysyp opinii i ocen mej powieści jest tutaj:


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/171461/czern-i-purpura

Opublikowano refleksja autorska, spowiedź, wyznanie | Otagowano , , , | Skomentuj

Waldemar Łazuga – Kalkulować. Polacy na szczytach CK monarchii

Blogu!

Obiecałem sobie, że będę pisał o książkach. Zawsze krytycznie, ponieważ nie ma sensu pisać o nich w samych superlatywach. Teraz o pierwszej z nich.

Książka Waldemara Łazugi, profesora historii Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu została opublikowana wiosną 2013 roku przez poznańskie wydawnictwo Zysk i Ska. Książka jest starannie wyedytowana, pięknie wydana, dobór fotografii, styl czcionki i staranne jej wykończenie mają sugerować, iż polski czytelnik otrzymał produkt najwyższej klasy, ukazujący dzieje polityczne Polaków, którzy w drugiej połowie XIX wieku dorobili się wielkich zaszczytów w Cesarsko-Królewskich Austro-Węgrzech. Niezaprzeczalnie produkt ma swoją wielką klasę, choć nie zakrywa to mankamentów narracyjnych książki.

Jest to przede wszystkim historia polityczna w wąskim tego słowa znaczeniu. Sześć rozdziałów prowadzi czytelnika po meandrach politycznych monarchii naddunajskiej ukazując złożoną rolę Polaków w dziejach monarchii. Waldemar Łazuga ma dobre pióro, ale skupiając się na karierach politycznych ludzi takich jak Agenor Gołuchowski (starszy), Julian Dunajewski, Michał Bobrzyński, Kazimierz Badeni (premier Austrii), zatracił gdzieś kontekst osobisty tych ludzi. Są oni bohaterami książki, a zarazem nie są. Narracja Łazugi mechanicznie przebiega od jednego gabinetu do drugiego, od jednego przesilenia rządowego do następnego. Brak szerszego kontekstu życia codziennego elity Polaków w Wiedniu, gdzie się spotykali ( w zasadzie jest o tym tylko jeden rozdzialik s.189-195 – „Wiedeńskie Łaźnie”). W ogóle metaforyzacja krótkich rozdziałów książki Waldemara Łazugi nie jest do końca fortunna: tytuł „Wiedeńskie Łaźnie” do czego się odnosi skoro jest w cudzysłowie? Podobnych skrótów myślowych w tytułach podrozdziałów jest więcej, a czytelnik misi się mocno natrudzić by odgadnąć tok myśli profesora.

Trudno mi pogodzić się z twierdzeniem, że Stanisław Koźmian, któremu poświęciłem kilka lat ostatnich mego życia około 1890 roku „zaszył się i praktycznie nie ruszał z Wiednia”. Ruszał, choćby do Włoch w 1900 roku. Jednak ucieczka Koźmiana do Wiednia była efektem jego wielkiej niepopularności w Galicji. Nie było drugiego tak zwalczanego człowieka, który postanowił włożyć kij w mrowisko polskiego cierpiętnictwa. Trochę boli pominięcie przez profesora Łazugę moich własnych tekstów o kontekście 1863 roku, czy samym Koźmianie (tekst z Przeglądu Humanistycznego z roku 2010 jest – powiem nieskromnie – podstawowym tekstem o stosunku Koźmiana do powstania cytowanym już w 5 różnych pracach, alem się przypisu u profesora Łazugi nie doczekał). Ale powiedzmy sobie szczerze: dyrygent gra, tak jak zagra orkiestra. A ja nie jestem z tej orkiestry, więc powinienem siedzieć cicho.

Słabo oddycha również opowieść o samej monarchii. Tekst jest bardzo rozbudowany, a osoba, która nie ma szczegółowej wiedzy o funkcjonowaniu gabinetów w Austrii, miałaby problem z definiowaniem książki: to w końcu o czym ona jest? O politycznych elitach polskich w Austrii? O lojalizmie? Brak jest narracyjnych szczegółów, które wiązałyby czytelnika z książką. Śmierć arcyksięcia Rudolfa w Mayerlingu w 1889 roku aż prosiłaby się o rozdział, który mógłby stanowić narracyjną bramę. Nie na darmo wszak mówiono, że Dunajewski był jednym z niewielu Polaków, którzy wiedzieli co się stało w Mayerlingu.

Wybuch wojny w 1914 roku, który przestawił trybu działania monarchii naddunajskiej na tryby wojenne nie znalazł narracyjnego przełomu w książce. Łazuga pisze o wojnie – ale jego narracja grzęźnie w szkicowaniu skomplikowanej i mało efektywnie narracyjnej polityce Polaków, niezdecydowanej i rozciągniętej między habsburskim lojalizmem i dążeniem do obrony suwerennego polskiego interesu narodowego. Słabo wygląda wątek konfliktu polsko-ukraińskiego, mający swoje początki właśnie w Wiedniu. Tymczasem ostrze sporu polsko-ukraińskiego stanowi ważny wątek choćby w dzienniku Koźmiana z lat wielkiej wojny. Nigdy Koźmian nie pozwolił sobie na tak ostry, potępieńczy ton w stosunku do monarchii habsburskiej jak ten, gdy pisał, że Austriacy kosztem lojalnych Polaków wzmacniają żywioł ukraiński. Gdy cesarz Karol oddał Ukrainie Chełmszczyznę należącą przecież do Królestwa Kongresowego w traktacie brzeskim, koło polskie stało się nieprzejednaną opozycją wobec monarchii, w tym sędziwy Koźmian, który po raz pierwszy w życiu przeszedł do opozycji. Książka kończy się w październiku 1918 roku, kiedy następuje dramatyczny – ale niezauważony przez współczesnych – rozpad monarchii. Nie pokusił się Waldemar Łazuga o naszkicowanie stosunku dawnych polskich habsburskich elit władzy do odradzającego się państwa polskiego. Sędziwy Koźmian napisał wzruszające słowa „że powstała Polska nie jest po jego myśli, ale trzeba jej wiernym pozostać” ( BUJ, rkps 8535 I , k.442). Zmienia to perspektywę w stosunku do Koźmiana, który potrafił zaakceptować polską niepodległość w listopadzie 1918 roku. Czy polscy politycy z Koła Wiedeńskiego też? Tego się z książki nie dowiemy.

W książce Łazugi nie ma żadnego podrozdziału o stosunku Polaków do Węgrów, drugiego płuca monarchii. Aż się prosiło o demitologizujący tekst o fikcji przyjaźni Polaków i Węgrów, dwu bratanków. Jest sporo o kontekście czeskim, wspomina Łazuga o podziale jaki na czeskim gruncie politycznym wywołało powstanie styczniowe 1863 roku. Chwała mu za wydobycie smaczków takich jak ten, gdy obrażony przez niemieckiego posła Gołuchowski młodszy posłał mu sekundantów, a cesarz Franz Josef miał powiedzieć, że „zbyt wielki zaszczyt spotkał tego łobuza” niemieckiego posła. Powiedzmy sobie otwarcie: chama wielkoniemieckiego. Ale właśnie takich smaczków w książce jest mało. Zupełnie na dalszy plan zeszły kobiety w tym Maria z Sanguszków, Alfredowa hrabina Potocka, której salon wiedeński był jednym z miejsc, gdzie wykuwało się kariery, lub strącało w polityczny niebyt.

W trudnej, ale arcyciekawej książce Łazugi Waldemara czytelnik znajdzie jasną odpowiedź na pytanie: czy austrofilizm był powszechną postawą społeczeństwa polskiego w Galicji? Powszechność lojalizmu może razić apologetów, że Polacy zawsze i wszędzie sprzeciwiali się zaborcom. Nie zawsze i nie wszędzie. Chwała zatem Waldemarowi Łazudze za tak jasne wskazanie. Ja sam przyczyniam się do twierdzenia, że jak najbardziej, lojalizm charakteryzował dużą część opinii publicznej w Galicji, ale brakuje w jego książce perspektywy ironii bezlitosnej prasy galicyjskiej tak dotkliwie ośmieszającej polityków. Prasie, którą Koźmian tak smakowicie opisał w „Listach o Galicji” z roku 1878, w książce adresowanej do Polaków zaboru rosyjskiego.

Cieszy mnie też krótki, ale za mało rozbudowany wątek dotyczący antysemityzmu; w CK Monarchii było ich kilka pisze Łazuga (s.191). Pozostaje tylko pytanie, ale czy antysemityzm jest dobrym określeniem, bo tak jak opisuje to Brian Porter w najnowszej swojej książce „Faith and Fatherland. Catholicism, modernity and Poland” jest różnica między antysemityzmem rasistowskim sensu stricto, a antyżydowskością o podłożu religijnym, lub kulturowym. Brakuje też w książce stosunku Kościoła do monarchii, czego nie rekompensuje opowiastka o arcybiskupie krakowskim Budziaku, który zgodnie z wolą swego Pana Franza Josefa użył w czasie konklawe weta. Ksiądz Stojałowski, akurat bohater z mego miasta Bielska-Białej, był solą w oku hierarchii i arystokracji lojalnej wobec Wiednia. Słowa nie znajdziemy o pogardzie jaką Biliński, czy Jaworski – szefowie Polskiego Koła w Wiedniu – mieli do Wincentego Witosa, chłopskiego posła, człowieka prostego z ludu w dosłownym tego słowa znaczeniu. Brakuje mi w książce Łazugi dużego rozdziału o wojnie polsko-polskiej, jaką nieodmiennie rodacy nie potrafiący ze sobą rozmawiać przenieśli na grunt naddunajski. Najbardziej rzucającym się w oczy obrazem jest bardzo silnie wyeksponowany wątek tego, jak Polacy z elit świetnie dogadują się z niemieckimi elitami Austrii, gorzej z czeskimi. Brakuje niuansowania. Waldemar Łazuga lubi swoich bohaterów – nie ma w tym nic złego – ale to sprawia, że nie do końca uwolnił się spod czaru Potockiego, Gołuchowskiego, Potockiego i Spółki.

Niewątpliwie bardzo mocną stroną jest źródłowe studium Łazugi. Ilość korespondencji, literatury z epoki, odnośników bibliograficznych z pewnością zasługuje na uznanie i docenienie. Profesor z pewnością nie zbierał sam tej literatury, pokłon więc dla jego uczniów. Z pewnością książka „Kalkulować. Polacy na szczytach C.K. Monarchii” jest pozycją, po jaką warto sięgnąć, przybliża ona – mimo mankamentów narracyjnych – stosunek polskich elit, podkreślam elit, nie całego polskiego społeczeństwa Galicji do monarchii habsburskiej. Jest to książka istotna, wobec której nie wolno przejść obojętnie. Uważam, że nauka i jej wolność polega także na tym, że doktorant może napisać krytyczną recenzję o książce profesora i nie ma w tym nic dziwnego. Byłoby natomiast dziwne, gdyby nie mógłby.


http://lubimyczytac.pl/ksiazka/170472/kalkulowac-polacy-na-szczytach-c-k-monarchii

Opublikowano dyskurs historyczny, literatura historyczna, recenzja | Otagowano , | Skomentuj