Anthropoid, czyli film o zamachu na Reinharda Heidricha

Anthropoid_(film)

Czytelniku,

Końcem maja 1942 roku czescy cichociemni dokonali zamachu na kata Pragi, rzeźnika Czech i Moraw oraz odpowiedzialnego za Holokaust, dowódcy hitlerowskiej Służby Bezpieczeństwa SD oraz szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy RSHA, Reinharda Heidricha. Czesi  nie są tak uwrażliwieni na historię, jak Polacy, ale bardzo umiejętnie wykorzystują atuty w ręku, jakim jest studio filmowe Barrandov oraz kontakty z Hollywood do promocji własnej historii i produkcji filmów.

Dramat historyczny ANTHROPOID jest dosłowną nazwą operacji czeskiego wywiadu, czyli zamachu na Heidricha. Reżyserem filmu jest Sean Ellis, a w filmie zagrały brytyjskie gwiazdy kina jak Cilian Murphy (znany z filmu Kena Loacha „Wiatr buszujący w jęczmieniu”), oraz Toby Jones. Ci ciekawe, w filmie zagrał także nasz doskonały aktor Marcin Dorociński. Jednak nie gwiazdy są tutaj najistotniejsze, a sposób opowiadania. Pierwsza godzina filmu opowiadana jest niespiesznie, poznajemy bohaterów, a mianowicie dwu żołnierzy czechosłowackiej armii: Jozefa Gabcika i Jana Kubisa. Pierwszy był Czechem i drugi Słowakiem. To ważne, ponieważ Słowacja w 1942 była niezależnym państwem, satelitą III Rzeszy, rządzona przez zbrodniarza wojennego, katolickiego księdza Jozefa Tiso. 

Film przyspiesza, kiedy bohaterowie dokonują zamachu, na praskiej ulicy, w środku dnia. Widz zostaje porażony wiwisekcją z jaką ukazany został zamach. Heidrich go przeżył, ale odłamek bomby ranił go w plecy. Zamachowcy uciekli przekonani, że zamach się nie udał. Ważne, że w filmie w zasadzie nie ma żadnego portretu Niemców. Oni są w Pradze, ale widzimy ich dopiero oczyma Czechów, kiedy zaczyna się w mieście nad Wełtawą polowanie na żołnierzy podziemia. Film pokazuje czeskie społeczeństwo i zróżnicowanie zachowań. Od heroicznej postawy rodziny Moravców, która ukrywała Kubisa i Gabcika po wyrachowaną zdradę ich kolegi, też cichociemnego, Karela Curdę. Zdrajca sprzedaje kolegów za milion marek. A skuteczne i pokazane z niebywałą brutalnością Gestapo (straszna scena miażdżenia dłoni młotkiem młodego skrzypka, syna Moravców) daje posmak grozy. Ta zaczyna się w chwili, kiedy Heidrich umiera w szpitalu w wyniku zakażenia. Młodzi bohaterowie filmu dowiadują się o tym z offu. Cena ich sukcesu będzie jednak straszna.

Ostanie pół godziny filmu to fantastycznie sfilmowana strzelanina w prawosławnej cerkwi św. Cyryla i Metodego w Pradze, gdzie zamachowcy oraz kilku innych czeskich cichociemnych ukryło się przed Niemcami. Młodzi Czesi fantastycznie ostrzeliwali się z 800 żołnierzami SS broniąc klasztoru zażarcie przez dwie godziny (w filmie z oczywistych względów jest to skrócone). Co najważniejsze, w ich beznadziejnej walce nie ma żadnego patosu, którego Sean Ellis sprawnie uniknął. Jest ukazany autentycznie i przejmująco zagrany strach przed śmiercią. Scena śmierci bohaterów, kiedy Niemcy zalewają piwnice cerkwi wodą, żeby utopić broniących się Czechów, jest surowa, straszliwa i przejmująca do szpiku kości.

Film nie traktuje o niemieckiej zemście na wsi Lidice i dobrze, bo zaburzyłoby to linearność narracyjną filmu. Film Anthropoid nie wszedł w Polsce do kin, a szkoda, bo oglądanie tego filmu na dużym ekranie jest w pewnością warte wiele. Ja oglądałem film z DVD kupionego w księgarni internetowej Amazon. Zachęcam do oglądania filmów z legalnych źródeł.

Polecam dramat Anthropoid wszystkim znawcom II wojny światowej, ale też osobom niespecjalnie zgłębiającym historię tej wojny. To znakomicie zrobiony, trzymający w napięciu thriller z przejmującym zakończeniem, dobrą i nie dominująca muzyką, ze stonowaną i naturalistyczną grą aktorską.

Opublikowano czas honoru, faszyzm, film, groza, Holokaust, II Wojna Światowa, Niemcy, recenzja, wojna, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

Rzeź drzew, czyli taka jest Polska.

Czytelniku,

Zauważyłem, że mój wpis o wycince drzew spotkał się z ogromnym odzewem. Chciałbym podkreślić, że nikt za mną nie stoi. Po prostu napisałem to, co myślę o wycince drzew prowadzonej w naszym kraju w tempie ekspresowym. Mam takie prawo do oceny czynionego w Polsce porządku prawnego, jako obywatel, który płaci podatki. Myślę, że samorządy i deweloperzy wykorzystali powstałą sytuację do kręcenia swoich własnych interesów. Jestem przekonany, że za ustawą lex Szyszko kryją się interesy firm deweloperskich. To jest domysł. Ale mechanizm powstawania prawa na zamówienie jest w Polsce zbyt dobrze znany.

Jednak nie to jest najistotniejsze. Problem wycinki drzewostanu w nadleśnictwach, nawet na obszarze Natura 2000 jest wynikiem polityki państwa. Państwo polskie nałożyło na Lasy Państwowe obowiązek dostarczania do budżetu ekwiwalentu do końca 2015 było to 1,8 miliarda złotych z zysku wypracowanego przez lasy państwowe. Jestem przekonany, że prywatyzacja Lasów, którą przygotowywała ekipa PO-PSL doprowadziłaby do jeszcze większego chaosu. Dorodne buki, o których wycinaniu pisałem, są wycinane po to, by potem pnie pociąć i sprzedać na opał. Zapotrzebowanie na drewno opałowe jest z roku na rok większe i prowadzi do polowania na buki. I koło się zamyka.

Problem wycinki drzew to problem państwowy. Państwo polskie jest chore, i to jest stan w którym człowiek jest bezsilny. Lex Szyszko wykorzystali deweloperzy, cwaniacy i ludzie, którzy zawsze będą szukać luki prawnej po to, żeby napchać sobie portfele. Ciekaw jestem czy CBA zainteresuje się okolicznościami powstania tego prawa. Przypominam, że przyjęto je błyskawicznie i przegłosowano na sali kolumnowej w grudniu 2016 roku. Te trzy miesiące zostały wykorzystane do takiej wycinki drzew w Polsce, jakiej nie było od lat 30. Podtrzymuję całą krytyczną ocenę lex Szyszko, jaką wyraziłem na poprzednim wpisie. Straty powstałe teraz, odrobimy za kilkadziesiąt lat.

Proszę nie zapomnieć, że minister poprzedniego rządu PO-PSL mówiąc w restauracji „Sowa i Przyjaciele” słynne słowa do prezesa NBP – Polska to ch…, dupa i kamieni kupa, powiedział prawdę. Widzę Polskę w coraz ciemniejszych barwach, jako kraj przeżarty korupcją, prywatą i brakiem troski o dobro wspólne na każdym kroku. Polska to postaw sukna, za który ciągnie, kto żyw. To się nie zmieniło, i nie zmieni. 

Przykład z Łeby, gdzie w zeszłym tygodniu w oparciu o Lex Szyszko wycięto 4 hektary chronionego lasu, ponieważ był na gruncie prywatnym. Działkę, na której rósł las, sprzedała Agencja Mienia Wojskowego jakiś czas temu.Grunt leśny został sprywatyzowany za grosze. Właściciel, który wyciął las i nie patrzył na to, że taka sosna rośnie nad morzem dwa razy dłużej niż na nizinach w środku kraju. Mógł to zrobić, ponieważ Lex Szyszko umożliwiło taki przekręt. Teraz sprzedał za 6 milionów. Nawet jeśli go skażą, dostanie zawiasy. Będzie bogaty do końca życia.

Poprzednie prawo w sposób koślawy, ale chroniło drzewa na gruntach prywatnych. Teraz nie ma tej ochrony. I ktoś zarabia na lex Szyszko. Pomyślcie, takie ekspresowe przeprowadzenie ustawy.Komu na tym zależało?

Prawo w Polsce jest pisane na zamówienie. Polska jest republiką bananową w najgorszym znaczeniu tego słowa. Przyroda się nie liczy, tylko kasa. 

Opublikowano ekologia, śmierć, życie codzienne | Otagowano , , | 1 komentarz

Rzeź drzew, czyli autorska impresja o lex Szyszko

Czytelniku,

Drzewa umierają w ciszy. Jeśli są stare, po prostu zamierają, próchnieją, a ich zbutwiałym drewnem żywi się las, który je wydał na świat. Ale drzewa umierają także w ciszy od siekier, pił, a ich obalone, nagie i swej nagości straszliwie bezbronne pnie są ciągnięte przez ciężkie buldożery. To nie jest fikcja. To się dzieje naprawdę wokół nas. Rozejrzyjcie się. To się dzieje w Polsce. Teraz.

Nie jest moim zdaniem wypowiadać się o tzw. Lex Szyszko, bo lepiej i kompetentniej zrobić to mogą prawnicy. Chciałbym upomnieć się na tym blogu o drzewa, bo im zawdzięczamy w miastach o wiele więcej niż nam się wydaje. Drzewa w okresie wegetacji absorbują ogromne ilości dwutlenku węgla. Im więcej drzew w mieście, tym lepiej. Tzw. Lex Szyszko opowiada się w sposób skrajny za egoizmem odnoszącym się do własności prywatnej, tymczasem owo dramatyczne zawężenie prawa jedynie do tego aspektu sprawia, że konsekwencje tegoż prawa są idiotyczne i prowadzą do trwałego, okaleczenia miejskich przestrzeni krajobrazowych i architektonicznych. Nie dalej jak dwa dni temu niedaleko od miejsca, gdzie mieszkam wycięto w jeden dzień daglezję, mającą ponad trzydzieści metrów wysokości. Okaz przyrodniczy spotykany tak rzadko.

Jednak to nic. W sobotę 25 lutego odbyłem spacer do położonego niedaleko mnie lasu rosnącego na zboczach Beskidu Małego. Jest to obszar NATURA 2000, na którym trwa bezlitosna rzeź drzew. Wycinane są jodły oraz dorodne buki. Zamieszam zdjęcia pokazujące pień ponad stuletniego (liczyłem sęki) buka, okazu zdrowia i potęgi. Konsekwencją lex Szyszko jest całkowity chaos, a ten jest okazją do nadużyć, bezprawia i prywaty.

20170225_135621  20170225_14210420170225_144305 20170225_144316

Wydaje mi się, że obszar Natura 2000 ma być zachowany takim, jaki jest i wszelka ingerencja w niego jest niedozwolona prawnie. Podkreślam jednak, że nie wypowiadam się jako prawnik, ale jako obywatel, który w demokratycznym – mam nadzieję jeszcze wciąż państwie – ma prawo się wypowiedzieć, na temat, który mnie dotyka.

Śmierć drzew dotyka mnie głęboko. Ta śmierć jest milcząca, a drzewa w naszej kulturze polskiej mają status kamieni, lub przedmiotów. A nimi nie są. Komunizm wypaczył w Polsce wiele pojęć, etos pracy oraz stosunek do organizmów żywych. W tym do drzew.

Jaki jest minister Szyszko, każdy obywatel/obywatelka widzi. Bez sensu jest miotać na tego człowieka słowa potępienia, bo pycha tego człowieka jest tak wielka, że nie pozwala mu widzieć rzeczy naprawdę ważnych, a te rzeczy są naprawdę proste:

Nie mam nic do powiedzenia mordercom drzew i nie mam też pretensji do drwali. Mają ciężką pracę. Zabijanie jest trudne, nawet kiedy z ran nie bryzga krew, tylko nieme trociny.

Drzewa są świadkami rzeczy, o których my nie mamy pojęcia. Widziały niejedno. Niejedne męczeńskie stosy, na których obok drzew płonęli także ludzie.

Drzewa w południe rzucają długie cienie, dzięki nim możemy dostrzec tę cienką granicę między dobrem i złem. Jeśli zabraknie ich, zabraknie też cienia. Nie widząc cienia, jak odróżnimy mrok od światła? A przecież napisano, że jeśli wasza światłość jest ciemnością, jak straszna to ciemność.

Mówię wam patrzcie na morderców drzew.

Nie na drwali, tylko na tych, którzy im każą to robić.

Bo prawdziwi mordercy drzew rzadko wstają zza biurka

i biorą siekierę do ręki.

Opublikowano śmierć | Otagowano , , , , | 9 komentarzy

Jonathan Fenby, Chiny. Upadek i narodziny wielkiej potęgi 1850-2008, tł. Jan Wąsiński, J. Wołk-Łaniewski, Kraków 2009, ss.968

Fenby_Chiny2

Czytelniku,

Jeśli kiedykolwiek interesowałeś się historią Chin, szczególnie tą dwudziestowieczną, nie możesz nie znać książki Jonathana Fenby „Chiny. Upadek i narodziny wielkiej potęgi”, jaką Wydawnictwo ZNAK wydało w roku 2009 po raz pierwszy. Jedna uwaga jeśli lubisz czytać książki historyczne do dwustu, góra trzystu kartek. W polskiej wersji książka Fenby`ego ma prawie tysiąc, co stanowi samo w sobie o jej monumentalizmie.  Zaliczyłbym ją do tych syntez historycznych, które są klasą w sobie, i nie zdezaktualizują się nawet po kilkudziesięciu latach. Ciekawe, że tak wielką książkę historyczną napisał …dziennikarz, znany z wielu publikacji dotyczących Chin, znający ten kraj i przez wiele lat pracujący w Hongkongu zanim Wielka Brytania nie przekazała go ChRL.

Fenby zdaje się rozumieć fenomen Chin, które pozostały jedyną cywilizacją starożytną, jaka przetrwała do naszych czasów zachowując swoją mentalność, autorytarny rząd (z perspektywy historii Chin czerwona partia zastąpiła autorytarny rząd cesarski) będący swoistym wynalazkiem Chińczyków na dwa tysiące lat przed Leninem, oraz całą spuściznę intelektualna i kulturalną, jaka przez dziesiątki lat zachwycała i zachwyca Europejczyków i Amerykanów, jacy przyjeżdżają zobaczyć i zamieszkać w kraju środka. Chińczycy mają świadomość własnej wyższości wobec Europejczyków.

Będąc studentem historii kiedyś trafiłem na rycinę przedstawiającą chińskiego mandaryna z XIX wieku, któremu jakiś angielski podróżnik zrobił zdjęcia, gdy ten siedział na krzesełku. Ów mandaryn nieznany mi z imienia i nazwiska pokazywał do zdjęcia swoje monstrualnie długie paznokcie u palców dłoni, które świadczyły dobitnie o pełnionej przez niego funkcji. Jego pracą było przekładanie papierów z jednego biurka na drugie, a władzę dał mu sam boski władca, zamknięty szczelnie przed zewnętrznym światem w zakazanym mieście w Pekinie. Ścisła hierarchiczność chińskiego społeczeństwa była dla Europejczyków novum.

Fenby malowniczo opowiada, a jego narracja jest gęsta i tak dokładna, że trzeba wracać co kilka kartek, by zapamiętać mnóstwo nazwisk Chińczyków, które w czasie lektury szybko zapadają w pamięć. Chiński dramat w wieku XIX oznaczał likwidację potężnego ongiś cesarstwa i interwencję mocarstw, a skrajnym tego przykładem jest Powstanie Bokserów, które pochłonęło ponad milion istnień u progu wieku XX. Wszystkie mocarstwa Zachodu włącznie z Niemcami, Brytyjczykami, Francuzami, Włochami, Austro-Węgrami i USA interweniowały w Chinach dopuszczając się wielkich zbrodni.

Po śmierci cesarzowej Cixi i odsuniętego przez nią cesarza Guangxu w 1908 roku Chiny weszły w sytuację agonii, której świadkiem był ostatni cesarz Chin, Pu Yi, którego los został fantastycznie pokazany w filmie Bernardo Bertolucciego „Ostatni cesarz”. Jednak Chiny po raz kolejny stały się polem wielkiego eksperymentu, którego głównym bohaterem stał się wykształcony na zachodzie i świetnie władający angielskim dr Sun Yat Sen. W 1911 roku Chiny stały się republiką, ale kraj był dramatycznie podzielony. Władzę w poszczególnych prowincjach przejęli dowódcy wojskowi. Określa ich angielski termin „warlords”. Nacjonalizm Sun Jat Sena, założyciela Kuomintangu, chińskiej partii nacjonalistycznej był jednak bardzo szeroki i mieściły się w nim zarówno kręgi wojskowe, jak i komuniści.  Jednak Sun Jat Sen przegrał walkę z rakiem i zmarł w 1925 roku. Polityczną schedę po nim przejął młody generał, a potem generallissimus Chiang Kai Shek (Yang Yaeshi), który w 1926 roku rozpoczął ekspedycję północną wymierzoną w zbuntowanych warlordów i przyłączając do Chin jedną zbuntowaną prowincję po drugiej. Był to wielki tryumf polityki centralizmu.

Jednak w kwietniu 1927 roku Chiang Kai Shek podjął brzemienną w skutki decyzję, która miała na zawsze zmienić Chiny. W Szanghaju doszło do straszliwej masakry komunistów, której echa przetoczyły się po Chinach doprowadzając do wybuchu wojny domowej. Wojna ta miała dwie odmienne odsłony. W latach 1927-1937 nacjonaliści o mały włos zniszczyliby komunistów, ale na przeszkodzie temu stanęła inwazja japońska na Chiny w roku 1937, która stanowi preludium do II wojny światowej w Azji. Wartym odnotowania momentem tej wojny jest tak zwany Wielki Marsz, który stanowi najbardziej zmitologizowaną część historii partii komunistycznej i samego Mao. Równo 100 tysięcy ludzi zaczynało ten marsz na południu Chin a na północ dotarło ledwie koło 9 tysięcy.

Opis brutalnej okupacji części Chin przez Japończyków stanowi kolejną frapującą część książki. Warto uprzytomnić sobie, że w Chinach w czasie II wojny światowej zginęło ponad 20 milionów ludzi, a ogromny teatr działań wojennych był większy od frontu wschodniego w Europie. Wraz z kapitulacją Japonii wojna w Chinach się nie skończyła. W latach 1946-1949 nacjonaliści Chiang kai Sheka oraz komuniści Mao starli się w wielkiej wojnie domowej, którą Kuomintang przegrał. Złożyły się na to przede wszystkim wewnętrzna słabość nacjonalistów oraz ogromny kryzys finansowy – hiperinflacja – która uderzyła w Chińczyków. Chiang kai Shek musiał uciekać na Tajwan, gdzie założył Republikę Chińską na tej wyspie. Pastwo to- choć niezależne – nie jest dziś uznawane za Chiny, choć Chinami de facto jest. Ja osobiście skłaniam się ku twierdzeniu, że istnieją dwa państwa chińskie, ChRL oraz Republika Chińska na Tajwanie.

Historia ChRL jest ukazana w książce Fenby`ego z perspektywy sprawowania władzy, choć niezwykła epickość tej książki wydobywa mnóstwo szczegółów, detali, niuansów, utrzymujących czytelnika w stanie ciągłego zainteresowania. Mao został sportretowany z perspektywy swojej prywatności. Nigdy się nie mył, a narzekania lekarzy na higienę osobistą wodza kwitował twierdzeniem, „kąpię się w ciałach młodych kobiet”. Nigdy nie mył też zębów, co musiało czynić osobisty kontakt z wodzem dość przykrym. W każdym bądź razie Henry Kissinger pisał, że w trudem wytrzymywał w obecności Mao pół godziny.

Fascynujący jest świat Chin Mao- państwa poddanego niebywale brutalnemu eksperymentowi ideologicznemu, które kosztowało życie siedemdziesięciu milionów ludzi. MAO zabił więc sam tylu ludzi, ilu zginęło podczas II wojny światowej. Oczywiście nie czynił tego własnymi rękoma, ale rękoma gwardii rewolucyjnej podczas rewolucji kulturalnej lub sterowaniem polityką gospodarczą, w czasie Wielkiego Skoku Naprzód.

Żeby zrozumieć Chiny współczesne, trzeba zrozumieć ChRL pod rządami Deng Xiaopinga, które zdecydowanie otworzyły Chiny na świat. Jednak Deng odpowiada osobiście za straszliwą masakrę na Placu Tien` an Men w roku 1989. Fenby z przejmującą dokładnością relacjonuje to, co widział i słyszał od świadków tych wydarzeń.

Polecam te książkę wszystkim, którzy pragną postudiować historię Chin dwudziestego wieku. Jest to pozycja monumentalna, i unikatowa na polskim rynku, choć od jej wydania minęło parę lat, nic nie straciła na aktualności.

Opublikowano Bez kategorii, Chiny, ChRL, II Wojna Światowa, Wielki Głód, Wielki Skok Naprzód | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

Milczenie Martina Scorsese. Niereligijny film religijny.

Milczenie_plakat_B1

Czytelniku,

Widziałem dziś wieczorem w kinie Amok w Gliwicach „Milczenie” Martina Scorsese. Idąc miałem pewne obawy, wiedziony jego wcześniejszym obrazem religii dotyczącym czyli „Ostatnim kuszeniem Chrystusa”, i to jest film zmuszający do zadawania pytań o religię.

Film jest znakomicie zrobiony i znakomicie zagrany. Przez pierwsze prawie dwie godziny dostajemy od Scorsese niezwykłą lekcję historii – brutalnych i wyrafinowanych prześladowań chrześcijan w XVII wiecznej Japonii, czyli w czasach, które Polakom kojarzą się z Potopem szwedzkim. Prześladowania są wiarygodne i bezlitosne, jednak nie o tym jest film. Kluczem są dwaj księża jezuiccy, z których jeden zaginął i krążą słuchy o jego apostazji. Tego księdza gra Liam Neeson. Młody Andrew Garfield, który brawurowo zagrał u Gibsona w „Przełęczy ocalonych” udźwignął rolę księdza zupełnie opuszczonego, który musi stanąć przed próbą życia i śmierci.

Jednak uderzyło mnie w tym filmie zupełnie co innego. Scorsese ma rację, że prawdziwą religię człowieka zna tylko Bóg, który milczy. Ten milczący Bóg stanowi łącznik z „Ostatnim kuszeniem”, jest jak gdyby rozwinięciem tego, co nakręcił Scorsese ponad trzydzieści lat temu. Ale nie zgadzam się zupełnie z wymową kluczowych scen filmu – nie chcąc robić spoilera, mogę powiedzieć jedynie to, że Scorsese dokonał apologii apostazji, jak gdyby apostaci mieli ocalać sens religii przeciw niej samej. Za bardzo to karkołomne. Dla mnie sens cierpienia tych chrześcijan jest w prostocie wieśniaków znoszących bez słowa ukrzyżowanie. Sens chrześcijaństwa nie tkwi w intelektualnych rozważaniach księdza z buddyjskimi urzędnikami boskiego cesarza (sic!), ale w tych słowach Pana:

Niech wasza mowa będzie tak-tak, nie-nie, a reszta pochodzi od Złego.

Zupełnie natomiast odstręcza mnie kontekst urzędników cesarskich, wyrafinowanych i uprzejmych. Nie znam się na buddyzmie, ale jego podstawą nie jest zadawanie cierpienia innym istotom i ludziom, ale współczucie ich nędzy. Dla mnie prześladowcy, choć odnoszą zwycięstwo, są odrażający. Torturują ludzi na zimno z wyrafinowaniem. Ale może nie rozumiem Japończyków, choć zabawy w ścinanie głów mieczami samurajskimi w czasie II wojny musieli im wybić z głowy Amerykanie dwiema bombami atomowymi.

Ale nie winię Scorsese, że nie rozumie chrześcijaństwa. Ja też. Credo quia absurdum, powtarzam za Tertulianem, nota bene heretykiem. I tak w zajadle antyreligijnym Hollywood jest chrześcijaninem nieobrzędowym, jak Camus, Kirkegaard i wielu innych w coraz mniej chrześcijańskiej Europie. Lubię takich chrześcijan bardziej niż fanatyków przywiązanych do tego, by w religii szukać wywyższenia samych siebie.

Opublikowano film, Japonia, Martin Scorsese, prześladowania chrześcijan | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Mary Beard, S.P.Q.R Historia starożytnego Rzymu, wyd. Rebis, Poznań 2016

mary-beard-spqr

Czytelniku,

Dziś wiedza o Antyku, grecko-rzymskim stała się elitarna w pełnym tego słowa znaczeniu. Słowa tytułu tej książki można odnaleźć dziś na T-shirtach, choć noszący je często nie wiedzą, co to znaczy. Senat i Lud Rzymski, fundamentalna formuła, według której podbito dwa tysiące lat tamu cały obszar Śródziemnomorza. Nie jest też łatwo znaleźć w olbrzymim zalewie literatury historycznej coś naprawdę cennego i napisanego nie tylko z wielką wiedzą, ale i należycie użytym piórem. Profesor Mary Beard, profesor filologii klasycznej Uniwersytetu w Cambridge, jest jedną z najbardziej znanych i niestrudzonych badaczy Antyku, którzy poświęcili się propagowaniu wiedzy i mody na języki starożytne, zwłaszcza język łaciński. Jej trzyodcinkowy film dokumentalny BBC poświęcony starożytnemu Rzymowi jest jednym z lepszych, jakie nakręcono w ostatnich latach. Jest też znana z książki poświęconej Pompejom, rzymskiemu miastu zasypanemu przez wulkaniczne popioły podczas straszliwego wybuchu Wezuwiusza w roku 79 A.D

Polski czytelnik otrzymuje książkę Beard w niezmienionej okładce. Książka jest elegancko wydana i w dwunastu rozdziałach omawia w błyskotliwej pełnej anegdot narracji historię miasta od mitycznego 753 roku przed Chrystusem po rok 212 AD, kiedy to syn cesarza z Afryki, Septymiusza Sewera, Karakalla, nadał z niewyjaśnionych do tej pory powodów obywatelstwo rzymskie wszystkim wolnym mieszkańcom Imperium.  Dla Mary Beard to jest wyraźna cezura. Przyznam, że dla mnie, cokolwiek to znaczy – wielbiciela kultury starożytnego Rzymu – jest to dość zaskakująca cezura. Ten umowny rok dla angielskiej profesor stanowi początek czegoś innego – zmieniającego się cesarstwa, które w ewolucji swojego ustroju odejdzie od augustowego primus inter pares na rzecz dynamicznego i autokratycznego późnego cesarstwa w którym panujący stał się Panem – dominus. Dla mnie ta data jest dość zgryźliwą niezgodnością, ponieważ Imperium Rzymskie trwało przecież dalej. Wiek trzeci po Chrystusie to jest rzeczywiście okres głębokiego kryzysu, który ja datowałbym skromnie na lata 218-270 AD (od upadku Heliogabala po przypadkową śmierć Aureliana). Rzym chrześcijański wieku IV i V to też przecież jest Rzym, inny niż w bliskich Beard czasach Cycerona, ale to jest prawna, niczym nie zmącona kontynuacja państwa Cezara. Rozumiem jednak, że prof. Beard musiała w którymś momencie skończyć. 

Jednak jej narracja w dwunastu rozdziałach jest znakomita i obalająca mity. Podstawowym mitem jakim posługuje się większość autorów na przykład podręczników szkolnych (np. Janusz Ustrzycki w strasznej książce dla Gimnazjów, na szczęście już niedługo!) jest przekonanie o upadku cesarstwa rzymskiego, który to mit  wtłaczany jest do głów Europejczyków od czasów wiekopomnej książki sir Edwarda Gibbona od XVIII wieku. W wieku V nastąpił gwałtowny kryzys spowodowany dwoma wielkimi migracjami. Pierwszą z lat osiemdziesiątych wieku IV Rzym przetrwał, druga wywołana pojawieniem się Hunów w wieku V i wielka falą ludów germańskich doprowadziła do zaniku głównego ośrodka w Rzymie i powstania królestw, w których jednak wciąż mieszkali Rzymianie. Kultura rzymska nie znikła przecież w wieku V, a trwała dalej co najmniej do początków VII wieku.

Mary Beard wspaniale opisuje początki Rzymu, które nie była jakąś wielką historią. Była to mieścina przestępców, zbiegłych złodziei i rozbójników, która na dodatek cierpiała na brak kobiet (stąd porwanie Sabinek!). Zresztą Beard bez ogródek nazywa w Rzymie najlepszym to, co etruskie. Nie wiemy czy rzeczywiście było w Rzymie 7 królów od 753 do 509, kiedy to powstała Republika, bo musieliby panować po kilkadziesiąt lat. Wydaje się, że Etruskowie podbili Rzym i władali nim przez 200 lat, a ostatnim królem etruskim, który pokonał Romę, był Lars Porsenna z Clusium. Ukazuje kształtowanie się etosu republikańskiego i pokazuje jak wielki Rzymianie mieli problem z mało chwalebnym początkiem ich Imperium. Rzymska historiografia pełna jest zresztą takich mitów.

Ciekawe są passusy dotyczące wojen z Kartaginą, republiką założoną przez Fenicjan. Faktycznie jest to starożytne pandemonium – miasto zostało całkowicie zniszczone w 146 roku jak Korynt, największe miasto kupieckie w Grecji, tym samym Rzymianie wyeliminowali dwu największych rywali wymazując ich z historii – dosłownie. Kartagina musiała mieć przecież bogatą literaturę, mitologię i piśmiennictwo, z którego nie przetrwało nic. Beard konkluduje, że wielkość republiki stała się dla niej problemem, ponieważ była zbyt inertna i podatna na większe kryzysy ustrojowe (reformy Grakchów, wojna ze sprzymierzeńcami 98 roku, powstanie Spartakusa będące w istocie wojną domową – rzeczywiście chyba nie miało nic wspólnego z wizją Stanleya Kubricka ze słynnego filmu pod takim tytułem), co zadecydowało o sukcesie Cezara, który zdołał narzucić Rzymowi swoją oświeconą dyktaturę. W istocie Cezar zmienił bieg dziejów Europy mordując prawie milion Celtów w Galii i ujarzmiając kraj, który później stanie się jednym z fundamentów Europy jaką znamy. To Rzymianie założyli Londyn, bo stamtąd zarządzali najbardziej wysuniętą na północ prowincją i tylko dlatego jest to dziś jedno z najwspanialszych miast świata. 

Nie mniej fascynująca jest historia ukryta przez lata, którą Beard wydobyła dzięki dyskursowi o historii płci (spojrzenie gender odkryło rzeczy, których nie dostrzegaliśmy w klasycznie pojmowanej historii Rzymu). Beard odkryła życie codzienne o intensywności, którego nie zdawaliśmy sobie sprawy. Rzym na przykład w powszechnym ujęciu kojarzy się z willami i pałacami, a tymczasem ulice wiecznego miasta w czasach Cezarów, kiedy dwie trzecie ludności świata żyło i umierało pod ich panowaniem, były ciemne, zabudowane do granic wysokimi, kilku piętrowymi kamienicami, który stanowiły odwróconą drabinę społeczną. Im wyżej się mieszkało, tym gorzej. Nie było bieżącej wody, a wszystkie intymne czynności wykonywało się publicznie w łaźni, rzymskich termach, oraz w publicznych szaletach. W Rzymie było ich koło trzydziestu, ale nie wiemy czy były koedukacyjne, czy rozdzielne dla obu płci. Dzięki Mary Beard uświadomiłem sobie, że w termiach nie było wstydu – proszę sobie wyobrazić trzydzieści tysięcy nagich Rzymian dziennie odwiedzało termy Karakalli czy termy Dioklecjana w kolejce do basenów z wodą, ze swoimi niewolnikami. Miejsca te – jak pokazują termy z Pompejów – służyły także do uprawiania seksu. Nic więc dziwnego, że poeta Juwenalis skwitował, że termy to najlepsze miejsce do tego by stracić mieszek złota oraz złapać….trypra.

Jednak Rzym w książce Mary Beard jest bestią, jak sobie go wyobrażałem. Pożerał wszystkich asymilując ich do roli Rzymian, przyjęcia panującego Cezara, języka łacińskiego i podporządkowania się. Jeśli nie, czekał na człowieka los gorszy od śmierci. Przykład Kolosseum, czyli Amfitheatrum Flawianum, zbudowanego na zabagnionym terenie przez piętnaście tysięcy żydowskich niewolników sprowadzonych przez Tytusa po zdobyciu Jerozolimy w roku 70 AD.  Żydów czekał w Imperium los straszliwy.  W latach 132-136 wybuchło powstanie Bar Kochby, i Żydzi pokonawszy legion XXII  zdołali się wyzwolić na trzy lata. W 135 roku spadła na nich stu pięćdziesięciotysięczna armia Hadriana, która wymordowała – jeśli wierzyć Kasjuszowi Dionowi  – ponad sześćset tysięcy Żydów. Hadrian wybudował w miejscu dawnej Jerozolimy miasto Aalia Capitolina, poświęcone Jowiszowi, do którego Żydzi z diaspory mieli zakaz wchodzenia.

Jednym z paradoksów Rzymu jest to, że niewolnictwo, jakkolwiek potępialibyśmy je z dzisiejszego punktu widzenia odgrywało znamienną rolę w społeczeństwie Rzymu w okresie republikańskim i potem w okresie cesarstwa. Znamy mnóstwo przypadków, dzieki analizom inskrypcji nagrobnych, że wielu obywateli rzymskich było …niewolnikami, których Panowie wyzwalali, po czym sami, lub ich dzieci wiązały się z nimi uczuciowo. Beard analizując dość odważne obyczajowo sceny malowideł w Pompejach wysuwa wniosek, że najbardziej przykrą stroną niewolnictwa było to, że niewolnik nie dysponował własnym ciałem. Przez łoże Pana/Pani do wolności. Jednak niewolnictwo miało także bardziej straszne cechy. Znane są przypadki, że jeńcy germańscy lub Brytowie pojawiali się w Rzymie na targowiskach w takiej liczbie, że kosztowali mniej od …wołu. Z uwagi na skąpą ilość źródeł nie wiemy jeszcze wielu rzeczy, które oświetliłyby kwestię niewolnictwa. Obroża niewolnika nie różniła się od obroży psa lub krowy i był na niej napis „zwróć mnie mojemu Panu, bo uciekłem bezczelnie, aby mnie mógł ukarać”. Beard kapitalnie konkluduje, że nie wiemy, co o takim napisie myślał sam niewolnik. Wyzwoleńcy zasilali świeżą krwią wielkie miasto, wrastali w nie, stawali się Rzymianami. To jest też fakt, z jakiego musimy zdać sobie sprawę.

Jest w tej książce wiele smaku, uroku, dzięki świetnemu pióru Angielki. Polecam tę książkę wszystkim fascynatom Rzymu, bo jest kapitalnie napisana, z werwą, zwadą, kapitalnie odczytującą źródła. Jeśli wierzyć Beard, badania historii Rzymu, jest jak balansowanie na linie. Jednak ta sztuka udała się jej niezwykle.

 

 

 

Opublikowano Antyk, Kartagińskie ostrze, Rzym, Starożytny Rzym, Ziemia Święta | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Smog nad Bielskiem-Białą.

Czytelniku,

Wpisem tym chciałbym zwrócić uwagę na problem, który może odbiega od charakteru tego bloga, czyli dywagacji literacko-recenzyjnych. Chciałbym mianowicie podzielić się z tymi, którzy wchodzą na stronę mojego bloga, kilkoma zdjęciami, jakie wykonałem w rejonie szczytu Groniczki w rejonie Beskidu Małego. Zaczynam Nowy 2017 rok na tym blogu od wcale nie wesołej informacji i apelu.

Smog.

Na zdjęciach widać wyraźnie gęstą, przypominającą mgłę toksyczną chmurę pyłu, jaką udało mi się sfotografować. Odczuwam bardzo dotkliwie skutki tego smogu, mam problemy z oddychaniem w dni, kiedy to nienaturalne zjawisko powstaje. Zdaję sobie sprawę, że problem dotyka bardzo wielu ludzi w naszym kraju.
Zimą, w wyżowe dni, kiedy słońce stoi wysoko, przy braku wiatru, tworzy się coś obrzydliwego. My tym oddychamy. Ilu ludzi z tego powodu zapadnie na nowotwory płuc. Przecież trujące cząsteczki powstające w wyniku spalania niskiej jakości węgla opałowego, śmieci, gumy i innych nienadających się do spalania przedmiotów, trafiają z powietrzem do płuc, a potem do krwiobiegu. Ja nie chcę za kilkanaście lat umrzeć na raka płuc, mimo że nigdy nie paliłem papierosów, nie palę i nie będę palił.

Co my sobie robimy? Ja uważam, że to jest nie tylko głupota, ale i grzech wobec przyrody i wobec siebie nawzajem. Uważam, że polskie państwo powinno coś z tym zrobić. Z drugiej strony wiem, że to jest nierealne – ponieważ nikt nie zakaże palenie węglem w piecach. Państwo polskie powinno zakazać jednak spalania węgla w niskiej jakości piecach, ale wymusić ekologiczne.

Zdjęcie0631 Zdjęcie0661 Zdjęcie0662

Uważam, że smog jest poważnym problemem społecznym. Proszę zwrócić uwagę, że nie ma w zasadzie problemu wyziewów ciężkiego przemysłu charakterystycznego dla epoki późnego PRL. Nawet dziś kominy elektrociepłowni są ekologiczne, bo to jest w energetyce węglowej norma. To my sami sobie robimy horror spalając w piecach centralnego ogrzewania wszystko, co nadaje się teoretycznie do spalenia. Ludzie będą z tego powodu umierali i chorowali.

To jest wstyd. Nie ma usprawiedliwienia. To jest polski wstyd. Nasz mały wstrętny wstyd. Polacy żałują na dobre, wysokiej jakości, ekologiczne piece węglowe – jeśli już muszą palić w piecach węglem. Zdaje sobie sprawę, że jest w praktyce niemożliwe zmusić ludzi do przestawienia się na inne tory zapewniania sobie ciepła w domu. Zostajemy z tym, co nas zabija. Naprawdę nikt nie zabija, nas Polaków tak dobrze, z taką wytrwałością, jak my siebie sami.

I to nie jest dobry prognostyk na początek Nowego Roku.

Opublikowano autobiografia, Smog, wspomnienie, życie codzienne | Otagowano , , | Skomentuj

Zawsze będziemy razem – opowiadanie

ZAWSZE BĘDZIEMY RAZEM  

Słowacja, 1951

Kiedy patrzę na tę fotografię nieuchronnie wracają dawne wspomnienia. Jej brzegi są dziś postrzępione, a klisza zupełnie zżółkła. To ważna fotografia, będąca jedynym śladem po kobiecie, którą kochałem.

Mam na imię Mikulaš Novotny i jestem kolejarzem. Pracuję na bratysławskim dworcu. Mam nudną, a przez to zupełnie wytrzymałą nerwowo pracę. Nie musicie wiedzieć o mnie nic więcej, ponieważ nie ma niczego ważnego w moim życiu.

Od kilku tygodni obserwuję człowieka, który nieustannie, z tygodniowym rytmem wysiada z podmiejskiego pociągu. Dzisiaj znów go ujrzałem. Towarzyszyli mu młoda, atrakcyjna kobieta oraz dziesięcioletnie dziecko. Chłopczyk i kobieta wyglądają na bardzo zadowolonych. Kilka razy moje spojrzenie skrzyżowało się ze wzrokiem tego mężczyzny. Udaje, że mnie nie widzi. Na razie ja również udaję, że nic nigdy się nie stało i że nasze drogi nigdy wcześniej się nie przecięły. To jednak nieprawda. Dowodem tego jest ta stara fotografia.

Ukazuje ona tego samego mężczyznę z dworca w towarzystwie innej kobiety. Zdjęcie zrobiono jeszcze przed wojną, być może nawet przed Monachium, bo w tle bratysławskiego zamku powiewa flaga Czechosłowacji. Na zdjęciu, które obecnie mam w posiadaniu, ta para obejmuje się pod kasztanowcem. Drzewo kwitło, stąd mogę wywnioskować, że musiał to być maj 1938, ostatniego szczęśliwego roku. Zawsze, kiedy spoglądam na tę fotografię, wiem, że szczęście tego pasażera zostało zbudowane na kłamstwie.

*

W 1939 roku, na wiosnę, kiedy wojska pewnego malarza  zajęły Pragę, umarła Czechosłowacja. Ja miałem okazję widzieć, jak na bratysławskim zamku zmieniają się flagi. Ja, nic nieznaczący trybik w czasoprzestrzeni, odprawiałem wówczas codziennie pociągi jeżdżące już po słowackiej ojczyźnie. Robiłem to z poświęceniem dla nowej, narodowej, prawdziwie słowackiej sprawy. Miałem także kilka patriotycznych uniesień. Znajdowałem się raz w tłumie ludzi pod bratysławskim zamkiem, kiedy w samochodzie wjeżdżał na niego premier Słowacji, dobroduszny ksiądz Josef Tiso. Krzyczałem wówczas:

- Niech żyje prezydent!  Niech żyje wolna Republika Słowacka!

Byłem też bardzo dumny, że odtąd sprawdzałem bilety i życzyłem przyjemnej podróży pasażerom w imieniu słowackich kolei.

Jako konduktor uwielbiałem się wpatrywać z ukrycia w ludzkie twarze. Bo, prawdę mówiąc, w pociągu można przecież spotkać wszystkie ludzkie typy; zmęczonych ojców wracających z pracy do domu, przekupki wiozące na targ jajka i domowe sery, drobnych cinkciarzy, starsze małżeństwa jeżdżące do Bratysławy w odwiedziny do dzieci, zakochane pary przed maturą. Mnie oczywiście interesowały młode ładne kobiety. Młody, elegancki konduktor w starannie dopasowanym mundurze to nader powabny widok dla wielu dziewcząt szukających chłopaka.

Lubię ludzkie twarze, szczególnie te, które mają w sobie zadatek tajemnicy. Nie wiem i nie umiem powiedzieć, na czym dokładnie polega tajemnica twarzy. Czasami to po prostu wzrok, ta władza oczu dająca wgląd do ludzkiej duszy. Czasami to profil, chwilami tak doskonały, że nie mogę oderwać od takiej twarzy wzroku. Szukam piękna. Pociąga mnie. Lubię intensywność ludzkich twarzy, ich niepokój, albo wyraz mądrego szczęścia. Czasami dochodzę do wniosku, że pociąga mnie piękno idealne, odbicie doskonalszego świata, o którym zawsze marzyłem. W twarzy tej kobiety było to „coś”. Jej profil był piękny, ale cała jej twarz zdradzała jakiś wewnętrzny niepokój, który przykuł moją uwagę. Patrzyła na tego mężczyznę z prawdziwym uwielbieniem. Byli zakochani. Szczęśliwi.

Kiedy zobaczyłem ich po raz pierwszy myślałem, że to zarazem ostatni raz, kiedy mogę na nich patrzeć. Z tym większym zaskoczeniem tydzień później odkryłem, że podróżują ta samą trasą, co ja. Mogłem jedynie domyślać się prawdziwego celu ich cotygodniowych podróży. Może odwiedzają kogoś z rodziny? Albo jeżdżą w celach ogólnie rozrywkowych na prowincję? A może po prostu lubią jeździć pociągami?

*

Moja ulubiona para znacznie się od siebie różniła. On wyglądał na prowincjonalnego nauczyciela lub urzędnika. Nie wyróżniał się niczym specjalnym. Miał zaczesane do tyłu włosy, lśniące od brylantyny, nosił też znoszony, ale mimo to wyglądający schludnie płaszcz oraz skórzaną teczkę. Ona natomiast miała ładne, ciemne, kasztanowoczarne włosy, czasami upięte w kok, ale zwykle opadające luźno po obu stronach małej, ale kształtnej głowy. Karnacja również odróżniała ją od innych Słowaczek.

Kiedyś, gdy byłem jeszcze chłopcem i byłem zupełnie niewinny, zachwycała mnie książka, czytana na wieczornych spotkaniach u dziadka. Katedra Marii Panny przenosiła mnie w zupełnie inny świat, w którym szpetny Quasimodo kochał się w pięknej cygańskiej dziewczynie, Esmeraldzie.

Ja chyba podobnie zadurzyłem się w tej pięknej i nieznanej mi pasażerce. Podobała mi się. Za każdym razem, kiedy ich widziałem, budziła się we mnie zazdrość. Widziałem siebie na miejscu tego mężczyzny. Zazdrościłem mu, że to on, a nie ja, co noc ją kocha, razem z nią się budzi i razem z nią chodzi na spacery. W końcu, popadając – naturalnie bezwiednie – w obsesję na punkcie tej pary, pragnąłem poznać jej życie z precyzją lekarza dokonującego wiwisekcji.

Podczas podróży lubiłem się im przyglądać zza gazety, która zabierałem ze sobą do torby konduktorskiej. Nie pamiętałem nawet, że czytałem zawsze ten sam numer gazety, wymięty i wytarmoszony. Dostrzegli, że się nimi zainteresowałem. W końcu zaczęliśmy się sobie nawzajem kłaniać. Na początku było zawsze uprzejme, ale i trzymające na dystans, „dzień dobry”, ale potem miłe spojrzenie, lub nieco rzadziej – miły uśmiech na przywitanie. Zawsze też uśmiechała się do mnie ona, ale tylko wówczas, kiedy mężczyzna obok ucinał sobie drzemkę. Czekałem tylko na ten uśmiech, który przeszywał mnie na wylot, aż do samego dna duszy. Ten uśmiech kasztanowłosej pasażerki był dla mnie obietnicą czegoś, co z przyczyn obiektywnych, nigdy nie mogło nastąpić. Ale ta obietnica mi nie wystarczała. Chciałem, żeby stała się rzeczywistością.

Nocami w domu gubiłem się w domysłach. Czy ona jest Węgierką? Na Słowacji mieszka przecież dużo Węgrów. Gdyby to była prawda, nasz hipotetyczny związek, randez-vous w imaginacji, byłby bardzo odważny…obyczajowo. Wersja cygańska była jeszcze bardziej pociągająca. Stanowiła spełnienie marzeń o Esmeraldzie z książki Wiktora Hugo. Miłość do Cyganki, choć romantyczna, niosła także niebezpieczeństwo. Kobiety cygańskie, jak mawiano u mnie na wsi, gubią przecież dusze mężczyzn. Mimo tej udręki, ponieważ obiekt mojej miłości nic o mnie nie wiedział, owe wiosenne miesiące 1942 roku były najszczęśliwszymi miesiącami mojego życia. Odnalazłem kogoś, dla kogo warto było czekać przez cały nudny tydzień monotonnej pracy na ten jeden dzień, w którym przez kilka godzin podróży moje marzenie miało stać się, choć na chwilę, obietnicą rzeczywistości.

*

Jednak w lipcu 1942 roku czekałem na nich na próżno. Nie pojawiali się w pociągu. Bardzo się tym denerwowałem. Nie byłem w stanie ani jeść, ani spać, ani modlić się. Jakież było moje zdziwienie, gdy pewnego sierpniowego ranka, w poczekalni na dworcu wpadłem na nich. Gdy rzuciłem okiem na jego i na nią, czułem, że coś nie jest tak, jak być powinno. Kobieta siedziała na walizce ze spuszczoną głową. On cos jej tłumaczył. Nie słyszałem, ponieważ znajdowałem się za szybą. Wywnioskowałem z tej sceny, że to ona wybierała się w podróż.

Nagle zostałem wezwany do dyspozytorni. Musiałem wykonywać obowiązki, więc zostawiłem ich w poczekalni, a sam poszedłem do miejsca, gdzie byłem potrzebny. Okazało się, że tego dnia odwołano wszystkie rejsowe, pociągi pasażerskie i w zamianę z Bratysławy miał odjechać jeden pociąg specjalny. Starszy zawiadowca stacji był bardzo zdenerwowany, ale zapewnił mnie, że musimy zrobić wszystko, żeby ten pociąg został załadowany sprawnie i szybko.

- Załadowany? To będzie pociąg towarowy?

- Nie – odpowiedział po chwili – tylko specjalny transport Żydów. Niemcy tego od nas żądają.

Spędziłem ponad godzinę w dyspozytorni. Kiedy wróciłem, w poczekalni oraz w całej dworcowej hali znajdowało się znacznie więcej ludzi. Chciałem natychmiast odnaleźć znajomą z widzenia parę i zapytać, co robią w tym miejscu. Przeciskałem się z trudem przez tłum. Niektórzy siedzieli na posadzce. Zarówno starsze osoby, jak i małe dzieci nie maiły sił, aby stać przez pół dnia w dusznym dworcu. Nie pozwalano im wyjść na zewnątrz, mówiąc, że mogą przegapić pociąg, który miał ich zawieść do lepszego życia. Nie mogłem ich odnaleźć. Gdy byłem już bliski rezygnacji, ktoś niespodziewanie dotknął mnie po plecach. Odwróciłem się zaskoczony.

To był on, znajomy mężczyzna z pociągu.

- Pamięta mnie Pan?

- Oczywiście – odpowiedziałem uspokajająco – znamy się z pociągu.

Wyczułem, że był bardzo zdenerwowany. Szkliste krople zimnego potu spływały mu po czole, przedzierały się przez las przemoczonych do suchej nitki brwi i spływały po twarzy. Mężczyzna, co chwilę wycierał również spocone ręce o mankiet marynarki. Czegoś ode mnie chciał.

- W czym mógłbym Panu pomóc? – zapytałem przyjaźnie.

Po chwili mężczyzna zaczął chaotycznie mówić.

- Chodzi o to…rozumie Pan…że moja żona nie chce wsiąść do pociągu. Ja jestem urzędnikiem w bratysławskim ratuszu i…sam Pan rozumie…chciałbym powiedzieć, że znaleźliśmy się z żoną w niecodziennej sytuacji…to znaczy, chciałem powiedzieć, że ja nie jestem Żydem…

Chodziło o transport. Muszę przyznać, że wtedy w 1942 roku nikt nie miał pojęcia o miejscach przeznaczenia tych transportów. Z tego powodu zachowanie tego mężczyzny wydawało mi się wtedy zupełnie absurdalne. Kryzys małżeński na dworcu. Próbowałem uspokoić tego mężczyznę.

- Czy problemem dla Państwa są miejsca w pociągu? Cóż, ja niestety nie mogę Państwu pomóc. Ja nie odpowiadam za wygodę podróżowania.

- Nie, nie – gorączkowo przerwał mi mój rozmówca chwytając mnie za dłoń – nie chodzi o to. Rzecz w tym, że to moja żona powinna pojechać tym pociągiem. Jak już mówiłem…jestem urzędnikiem. Obowiązuje mnie prawo. Decyzja rządu jest taka, że osoby żydowskiego pochodzenia mają pojechać do pracy do Generalnego Gubernatorstwa na terenie Polski. Ja mam pracę…to żona jest bezrobotna…

Zaczął mi się spowiadać. Praca. Obowiązki. On jest Słowakiem, katolikiem, może to udowodnić. On musi zostać.

- Nie rozumiem, dlaczego zwraca się Pan z tym do mnie?

Wydawał się szczerze zaskoczony.

- Bo wydawało się nam, a w szczególności mojej żonie, że pan nas …lubi.

Teraz ja czułem się zaskoczony. Nie przypuszczałem, że moje ukradkiem rzucane spojrzenia, nie uszły uwadze mężczyzny, ani jego żony. Zdałem sobie też sprawę, że zaciągnąłem u nich coś w rodzaju honorowego długu. Niewinne podglądactwo miało swoją cenę.

 

*

Kobieta zdawała się być nieobecna. Siedziała na walizce. Wpatrywała się w podłogę, w jakiś niedostrzegalny dla mnie punkt. Zupełnie nie zwracała uwagi na ogromny tłok, jaki panował na dworcu. Nie zwróciła też uwagi, kiedy jej mąż i ja stanęliśmy obok niej. Co za zbieg okoliczności! Po raz pierwszy miałem okazję znaleźć się tak blisko kobiety, która wypełniała moje życie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę w przeciągu kilku ostatnich miesięcy. Mój Boże, co ja jej miałem powiedzieć? Jak zachęcić do wyjazdu, o którym wówczas nic nie wiedziałem. Wówczas byłem niemal pewny, że wyjazd do Polski do Generalnego Gubernatorstwa, będzie o wiele lepszym rozwiązaniem niż siedzenie na Słowacji. Wszyscy przecież wiedzieli, że ostracyzm wobec Żydów, z każdym miesiącem stawał się coraz bardziej dokuczliwy.

Już miałem się nad nią nachylić i poprosić, żeby ze mną porozmawiała, gdy nagle, z dworca dobiegł nas przeraźliwy pisk wypuszczanej z lokomotywy pary. W przeraźliwie monotonnej i nudnej atmosferze oczekiwania na cokolwiek, ów pisk z parowozu ożywił ludzi. Wszyscy mieli chyba serdecznie dość siedzenia i czekania w tłoku i duchocie. Ludzie zaczęli się podnosić. Ja też odwróciłem się w stronę pustych do tej chwili peronów.

Powoli, ospale, sycząc i sapiąc w sierpniowym upale lokomotywa ciągnąca bydlęce wagony, przypominająca wielkiego nażartego boa, wtaczała się na dworzec. Wówczas ożywili się także policjanci oraz chłopcy z gwardii hlinkowskiej. Dawali do zrozumienia wszystkim, i to bardzo głośno i wyraźnie, że nadjeżdżający właśnie skład jest tym pociągiem, do którego mieli wsiąść wszyscy słowaccy Żydzi z dworca.

Wszyscy chwili wstać na raz. Jakieś dziecko, przedtem przytępione upałem, znów zaczęło płakać. Rozejrzałem się. Ci, którzy za chwilę mieli wsiąść do pociągu sprawiali wrażenie ospałych, bardzo zmęczonych i zupełnie nie rozumiejących tego, co się dzieje. Policjanci uspakajali, a ludzie kolei, tacy jak ja, znajdując się po środku tego tłumu, mieli uwiarygodniać całą sytuację.

Znów popatrzyłem na kobietę. Wstała. Spojrzała na mnie niewidzącym spojrzeniem. Chyba mnie nie poznawała. Spojrzała raz jeszcze na mężczyznę z ostatnim, niemal błagalnym pytaniem. On rozwiał jej wątpliwości.

- Proszę cię, nie róbmy teraz scen. Wszystko się jakoś ułoży.

Chwycił jej walizkę. Po chwili dodał:

- Zawsze będziemy razem.

*

Postanowiłem im towarzyszyć. Kiedy weszliśmy na peron przeciskając się przez ciżbę ludzi, zauważyłem, że wagony tego pociągu nie należały do naszych kolei. Na każdym z nich widniał napis

DEUTSCHE REISCHSBAHN 

To niemieckie koleje. Koło lokomotywy stało kilku Niemców. Poznałem ich po mundurach. Jeden z nich ustawiał właśnie aparat fotograficzny na statywie i miał zapewne ochotę sfotografować zajście. Pozostali przyglądali się wypełnianiu pociągu.

W tym niesamowitym ścisku wsiadanie do wagonów wcale odbywało się szybko i sprawnie. Ci, którzy znajdowali się już wewnątrz wagonów, pomagali tym, którzy dopiero wsiadali. Słowacka policja zachowywała się poprawnie, ale wyraźnie ponaglała, żeby szybko wsiąść do pociągu. Ja pomogłem wsiąść kobiecie. Wówczas zauważyłem również, że jej mąż gdzieś zniknął.

Lokomotywa znów wydała z siebie przeciągły, głośny gwizd. Ludzie przyspieszyli wsiadanie. Po dwu kwadransach pociąg był pełny. Słyszałem płacz dzieci, jęki i przekleństwa. W pociągu było tak ciasno, a upał i bezlitosne tego dnia słońce wzmagało tylko udrękę ludzi zamkniętych w pociągach. Policja słowacka nie zamykała drzwi wagonów. Ludzie znajdujący się przy wejściu mogli, więc usiąść. Kilku Niemców obserwowało transport i nie zgłaszało żadnych uwag. To miał być przecież przyjazny wyjazd do pracy.

Lokomotywa drgnęła wydając spod siebie cały zestaw kakofonicznych dźwięków. Ogromne stalowe cielsko drgnęło po raz drugi i ruszyło do przodu. Znów spojrzałem na kobietę. Zapragnąłem towarzyszyć jej do końca, ponieważ jej maż gdzieś zniknął. Ona stała przy otwartych drzwiach wagonu. Po chwili spojrzała na mnie. Mimo wszystko czułem się szczęśliwy, bo ona spojrzała po raz pierwszy tylko na mnie. Pociąg poruszał się wolno, ale ja chcąc dotrzymać mu kroku, musiałem przejść do wolniutkiego truchciku. Pęd powietrza rozwiewał jej włosy. Kobieta wyciągnęła z kieszeni żorżetowej marynarki jakąś kartkę papieru i podała mi ją.

- To dla Pana – powiedziała głośno.

Chwyciłem ów kawałek papieru. Natychmiast spostrzegłem, że to zdjęcie. Tę fotografię przechowuję do dzisiaj. To jedyny ślad, że ta kobieta w ogóle istniała. To jedyny dowód, który przywraca tę kobietę z morza niepamięci. Przechowywałem to zdjęcie przez lata, od dnia, kiedy mi go dała. Ów dzień był zarazem ostatnim dniem, w którym widziałem tę kobietę żywą. Teraz, po latach to zdjęcie wyblakło, ale rysy kobiety stały się jeszcze bardziej ostrzejsze, bardziej wyraziste, jak gdyby dopominały się o pamięć.

*

Przez kilka następnych miesięcy rozsypywałem się na setki części i składałem na powrót w przedstawiciela gatunku homo sapiens. Praca na kolei sprawiała mi olbrzymi ból. Odprawiliśmy wiele pociągów, takich jak ten z sierpnia 1942 roku. Nie wytrzymałem tego. Na moją prośbę przeniesiono mnie do kasy. Miałem odtąd sprzedawać bilety.

Nie dałem za wygraną. Pragnąłem dowiedzieć się czegoś więcej o miejscu przeznaczenia tych pociągów. W końcu po długich staraniach, dziesiątkach wypitych butelek wódki dowiedziałem się tego od dyżurnych ruchu. Wszystkie pociągi z Żydami jechały do dwu miejsc: stacja Treblinka oraz Auschwitz. Z początku nie miałem pewności, co to za miejsca, ale ludzka zdolność do plotkowania nie ma granic. W 1944 kiedy dwaj słowaccy Żydzi Rudolf Vrba i Alfred Wetzler, uciekli z obozu Auschwitz i powiadomili nuncjusza apostolskiego w Bratysławie o zbrodniach tam popełnianych. Dopiero wówczas opinia publiczna w naszym kraju mogła naprawdę dowiedzieć się o tych potwornościach. W tym samym, 1944 roku, wybuchło słowackie powstanie przeciwko Niemcom. Ja nie walczyłem. Bo w gruncie rzeczy jestem tchórzem. Przesiedziałem resztę okupacji na stacji sprzedając bilety. Robiłem to profesjonalnie i nikogo nie pytałem o poglądy, ani o polityczne sympatie.

Po wojnie, kiedy odrodziła się Czechosłowacja, a nas znów nikt nie pytał o zdanie, zrodziła się we mnie ogromna chęć opowiedzenia moich przeżyć przy transportach. Chciałem się wygadać komukolwiek. Nikt jednak nie chciał mnie słuchać. W końcu narodziła się we mnie nadzieja, że spotkam tego mężczyznę i zadam mu kilka pytań. Mimo to, gdzieś na dnie mojej duszy tkwiła obawa, że już nigdy nie będzie mi dane spotkać tego mężczyznę raz jeszcze. Od 1948 roku znów wróciłem na pociągi. Znów byłem konduktorem i znów posprawdzałem bilety. Brałem udział w życiu naszej nowej ojczyzny. Pod zamkiem bratysławskim powiewała znów flaga czechosłowacka, ( choć równie często można było spotkać czerwoną – radziecką), a ja znów w zapamiętaniu krzyczałem:

- Niech żyje przyjaźń międzynarodowa! Niech żyje towarzysz Stalin!

Zapisałem się nawet do partii, bo przecież warto być w samym centrum wydarzeń, a nie tkwić z boku, czekając na rozwój wypadków, które i tak wciągnęłyby mnie do środka kotła historii. Zostałem komunistą. Nie dziwcie się. Jestem życiowym oportunistą, a być w partii oznacza istnieć. To moja nowa filozofia. Skoro umarł ksiądz Tiso, skoro umarła katolicka Słowacja i mamy teraz komunizm, to spróbuję odnaleźć w nim odrobinę szczęścia. Nie możecie mnie za to potępiać. Sami sprawdźcie, czy na strychu babci nie ma portretu Stalina.

*

W maju 1951 roku jechałem jak codziennie tą samą trasą sprawdzając bilety. I znów zobaczyłem tego mężczyznę. To był wstrząs. Siedział w towarzystwie innej kobiety, niewysokiej i piegatej blondyneczki oraz kilkuletniego chłopca. Wyglądali na rodzinę. Stałem jak skamieniały nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Z zamyślenie i szoku wyrwał mnie dopiero opryskliwy głos mężczyzny:

- Co się Pan tak gapi? Proszę nam oddać bilety!

- Tak, tak, bardzo przepraszam – wyjąkałem coś w tym stylu.

Następnego dnia poszedłem po zwolnienie lekarskie. Jako przyczynę choroby podałem: ogólne wyczerpanie nerwowe. Jako partyjny, natychmiast otrzymałem to zwolnienie. Przez kilka następnych dnie naprawdę nie wiedziałem, co mam robić. Stare zdjęcie, na którym ten sam mężczyzna był w towarzystwie kobiety, zdradzonej i najprawdopodobniej zamordowanej, wgryzało się coraz głębiej w moje serce, sącząc powoli jad nienawiści. Zdjęcie, na którym widziałem kobietę, która pokochałem największą miłością w moim nędznym życiu, było jak niezagojona rana, do której ktoś, co rusz dosypywał soli.

Doszedłem do wniosku, że ta kobieta po prostu mnie wybrała. Oddając mi to zdjęcie na dworcu w sierpniu 1942 roku obciążyła mnie obowiązkiem pamięci. W jej geście, na pozór prostym i nic nieznaczącym tkwiła zapowiedź kary, którą musiał ponieść ten, który zdradził. Po kilku dniach uznałem, że Bóg wybrał mnie na swojego dobosza. Miałem wygrywać na bębnie sumienia tego mężczyzny takt do nawrócenia. Zrobiłem to, co każdy przyzwoity człowiek zrobiłby na moim miejscu.

*21 czerwca 1951, Bratysława

Z akt milicji – wyciąg:

Postępowanie przeciw Mikulašowi Novotnemu, kolejarzowi. Oskarża się pana Novotnego, że 16 czerwca 1951 roku, zaatakował w pociągu nożem towarzysza redaktora Vojtecha Hovanca, zadając mu rzeczonym narzędziem 10 ciosów. Powstrzymali go pasażerowie. Towarzysz Hovanec na oczach żony oraz małoletniego syna poniósł śmierć.

Przesłuchano oskarżonego na komendzie milicji w Bratysławie. Oskarżony utrzymuje, że musiał ukarać towarzysza Novotnego za zdradę, której jakoby zmarły miał się dopuścić. Nie chciał jednocześnie wyjaśnić, na czym miałaby polegać ta zdrada.

Wnioskujemy o osadzenie oskarżonego w areszcie śledczym oraz o objęcie go obserwacją psychiatryczną, mający za zadanie wykazać, czy oskarżony był poczytalny w chwili popełniania czynu.

Starszy protokolant

D. Schuster   

Opublikowano antysemityzm, faszyzm, Holokaust, II Wojna Światowa, Literatura, Opowiadanie | Otagowano , , , , | Skomentuj

Leni Riefenstahl. Epizody niepamięci, reż. E. Marciniak, Teatr Śląski, 9.11.2016

Leni_PLAKAT_podglad

Czytelniku,

 Leni Riefenstahl była niemiecką reżyserką filmów propagandowych, które tworzyła w okresie III Rzeszy. Najsłynniejszym z nich był „Tryumf woli” uznawany z jedno z najwybitniejszych propagandowych dzieł gloryfikujących nazizm i samego Adolfa Hitlera. Riefensthal żyła 101 lat (sic!) i zmarła w roku 2003. Jej postaci, a konkretnie uwikłaniu sztuki filmowej (w ogóle sztuki) w zbrodniczą ideologię miał dotyczyć spektakl, jaki miał premierę 5 listopada 2016 roku w Teatrze Śląskim (ze współpracą Galeria Szyb Wilsona). Miał, bo niestety jest to przedsięwzięciu zupełnie nieudane. Zaraz jednak wyjaśnię na czym polega porażka twórców spektaklu. 

Tekst napisali Iga Gańczarczyk, Łukasz Wojtysko, a wyreżyserowała go Ewelina Marciniak, reżyserka, która ma na swoim koncie „Morfinę” na podstawie prozy Szczepana Twardocha. Zamierzenie było szczytne – ukazania w przeddzień śmierci w wieku 100 lat Riefensthal jako starej kobiety, do której przychodzą (w jej umyśle) różne postaci, w tym sam Hitler, Goebbels, a narratorką ma być Elfride Jelinek, nagrodzona Noblem, obsesyjna pisarka austriacka mająca uchodzić za głos rzeczywistości, nakłaniający Leni do wyznania swoich win. W najgłębszej wersji narracyjnej spektakl miał potępić faszyzm, wykorzystanie sztuki przez władze państwowe, totalitaryzm myśli, nie przypadkowy jest czas pokazania tego spektaklu – twórcy chcieli wykazać, że sztuka w Polsce poddawana jest podobnej presji pod rządami PiS. Wydarzenie pod koniec spektaklu w dniu 9 listopada utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to przedsięwzięcie ideologiczne, lewackie i zupełnie nieudane artystycznie i literacko.

Podstawową słabością spektaklu jest sam tekst Gańczarczyk i Wojtysko. Nie wydobył on z postaci Riefensthal dramatyzmu – zakłamania, hipokryzji, jakiegoś wewnętrznego wahania. Postać Leni grana przez Małgorzatę Gorol zupełnie ginie w spektaklu ukryta pod groteskową maską, która uniemożliwiała widzom ujrzenie warsztatu aktorki, jak gra, jak pokazuje emocje. Widząc spektakl z piątego rzędu miałem wrażenie, że tekst uniemożliwiał aktorom po prostu granie. Dialogi nie były spójne – mówiąc delikatnie -  sztywne jak bielizna schnąca na mrozie. Jednak mam teraz pewność, że typ teatru, jaki oglądałem w Galerii Szyb Wilsona, traktował tekst zupełnie drugorzędnie. Ważne było to, co widzowie mają zobaczyć. A mieli być zaszokowani, jak do niedawna w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Zresztą związek między tym teatrem nie polegał tylko na tym, że zagrała w nim pani Gorol.

Nazistowska przeszłość Riefenstahl, jej filmowo-erotyczne przygody w Afryce w latach siedemdziesiątych XX wieku, jej starość – wyimaginowany dialog z Marleną Dietrich – to wszystko stanowiło decorum w obrębie którego rozgrywa się spektakl. Fundamentalnym założeniem Marciniak jest chęć upokorzenia widza/odkłamania go/ zaszokowania poprzez niezwykle agresywną  i wulgarną seksualność. Pragnę podkreślić, że nie jestem bigotem i nie szokuje mnie nagość w filmie czy teatrze, jeśli ma swoje uzasadnienie artystyczne. Rzecz w tym, że tego uzasadnienia nie daje sam tekst Gańczarczyka i Wojtysko. Mam uzasadnione wrażenie, że Ewelina Marciniak upajała się ukazując zbliżenia analno-genitalne tancerzy. Jakże znaczące było to, że tancerze kucając wypinali swoje tylne części ciała w stronę widowni. Miał być to „taniec dzikich” nawiązujący do słynnej książki Bronisława Malinowskiego traktującej o seksie dzikich, niczym nie skrępowanej sile życia, a zarazem nawiązanie do afrykańskich wojaży samej Riefenstahl. Niestety, wulgarność Marciniak sprawiła, że ten pierwotny sens uległ rozmyciu i widz otrzymał quasi-pornograficzną wizję reżyserki, która przyznaje seksualności znaczenie większe i nie mające nic wspólnego z bohaterką sztuki. Riefenstahl dzięki masce jest odczłowieczona, jest postacią androgeniczną, wypraną ze swojej płci. Nie mam także wątpliwości, że taki jest zamierzony cel Marciniak. Seks jest kluczem do interpretacji postaci niemieckiej reżyserki rozpiętej między irytującą postacią Jelinek i imitacją jej kochanka Horsta. Postać to tym ciekawsza, że grała ją naga kobieta (Agata Woźnicka) ubrana jedynie w gadżet z hard porno – nienaturalny czarny dildo. Między nimi nie istnieje żadna relacja. Obie aktorki Woźnicka i Gorol zupełnie nie miały pomysłu, jak oddać łącząca ich więź jako kobiety i mężczyzny.

Zaszokowanie analno-genitalną ekspozycją seksu było jednak kontrfaktyczne. Ani śmieszne, ani straszne. Po prostu żałosne. Jednak ta płaszczyzna „spektaklu” w reżyserii Marciniak znana jest w Polskim Teatrze ostatnich kilku lat z seksualnych ekscesów Jana Klaty w Teatrze Starym w Krakowie, który stał się jedyną swego rodzaju anty-sceną w Polsce, unurzaną w obrzydliwości rozumianej jako konieczność ciągłej i artykułowanej wulgaryzmami i seksem prowokacji. To jeszcze można zrozumieć. Ja natomiast jako profesjonalny historyk zarzucam twórcom spektaklu coś innego, co właśnie dotyczy historii używanej w tym spektaklu w sposób utylitarny. Chciałbym zadać pytanie Państwu: czy czyniąc Hitlera śmiesznym Marciniak oraz twórcy spektaklu uczynili śmiesznym jego zbrodnie? Czy śmieszny Hitler dokonywał równie śmiesznych zbrodni? Jak tak można użyć historii?  Dam Państwu prosty przykład. Steven Spielberg kręcąc przed laty mało śmieszny film „1941″ z Melem Brooksem nie rozumiał tego, co zrozumiał kręcąc Listę Schindlera: naziści i ich zbrodnie na ludzkości nigdy nie byli śmieszni, ponieważ w ten sposób artysta poniża pamięć tych wszystkich, których Hitler mordował w imieniu i dla narodu niemieckiego. Dlaczego spektakl musiał być tak wulgarny, epatujący ordynarnymi seksualnymi gadżetami? Co Marciniak osiągnęła w ten sposób?

Spektakl „Leni Riefenstahl: epizody niepamięci” dopuszcza się tego samego grzechu. Czyniąc nazistów śmiesznymi urąga pamięci ich ofiar.

Intrygujące jest przewijające się trio postaci – Hitler, Heinrich Hoffman (zupełna pomyłka artystyczna – fotografem i filmowcem Hitlera był Franz Bauer, mający jako jedyny pozwolenie filmowania Hitlera w czasie jego prywatności) oraz grany przez młodocianego aktora Joseph Goebbels (skandalem jest wykorzystanie do takiego spektaklu młodocianego aktora – za kulisami nie widział aktorki ze sztucznym fallusem? ). Dlaczego Goebbelsa miał grać nieletni aktor? Otóż owi Hoffman, Hitler, Goebbels (jedyna postać bez maski), w asyście Magdy Goebbels oraz Ewy Braun takoż ukrytych pod maskami, zostali wystylizowani na śmieszne straszno-śmieszne, wyginające ciała, nienaturalnie gestykulujące i deklamujące dialogi ze sztucznie akcentowanymi niemieckimi słowami. Postaci te tracą całkowicie dramatyczny wymiar stając się surogatami osobowości, które mają przedstawiać. Nawet jeżeli taka, a nie inna stylizacja Hitlera jest zamierzona, osiąga ona skutek odwrotny od zamierzonego. Uważam, że wprowadzając takie mnóstwo postaci twórcy spektaklu zupełnie się pogubili. Mnóstwo postaci, mnóstwo niedokończonych i niedomkniętych wątków. Porażka na całej linii – słowa, obrazu, gestu i muzyki, zupełnie niekoherentnej z przedstawieniem.

Nie mam nic przeciw odważnym spektaklom. Jako przykład artystycznej ekspresji można pokazać spektakl Teatru Dramatycznego „Bent” opowiadający prześladowanie homoseksualnych mężczyzn w III Rzeszy. Porażka Teatru Śląskiego w spektaklu w reżyserii Eweliny Marciniak polega na świadomym rozmyciu historycznej wymowy nazistowskich i niemieckich zbrodni poprzez zastosowanie zupełnie nieudanego artystycznie pastiszu.  Leni Riefenstahl mogłaby stać się wielopłaszczyznową i bogatą w interpretację postacią genialnej reżyserki uwikłanej w potworny reżym. Mogłaby, ale tak się nie stało. Porażka polega na próbie ukazania przez Marciniak i zespół aktorski tej zależności, a zarazem na niemożliwości i nieumiejętności pokazania tego faktu. Rozmach inscenizacyjny, światło, muzyka mogły pomóc aktorom, a nie zrobiły tego. Maski na twarzach aktorów nie pomogły im grać, mimo szczerych chęci aktorów do wydobycia „życia” z granych postaci.

Nagrodą były bardzo letnie brawa publiczności. Reszta jest milczeniem.Ja nie klaskałem, tak jak przyjaciele, z którymi widziałem spektakl.

PS

- I na koniec prowokacja – po spektaklu w dniu 9 listopada 2016 roku z prawej strony widowni ukazały się trzy postacie, dwie kobiety i mężczyzna, którzy próbowali wykrzyczeć coś pod adresem Cezarego Morawskiego, dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu. Nie usłyszałem, co krzyczeli. Na moją prośbę jedna z aktorek powiedziała, że Morawski morduje Teatr Polski we Wrocławiu. Jeśli tak miał wyglądać ów teatr – analno-genitalny teatr dla „odważnych” – to proszę pana Morawskiego, żeby czym prędzej dokończył dzieła. Tego teatru nie da się oglądać. Nie ma on nic wspólnego z Jerzym Grzegorzewskim, Kazimierzem Dejmkiem – bliższa mi jest Janda ze swoim znakomitym, ciętym, czasami pieprznym, ale zachowującym KLASĘ, teatrem „Polonia” oraz „Och-teatrem”.

Opublikowano antysemityzm, faszyzm, film, Holokaust, II Wojna Światowa, Niemcy, niemieckie kino, rasizm, recenzja, śmierć, Szoah, teatr, totalitaryzm, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Wołyń Wojciecha Smarzowskiego, czyli dekonstrukcja mitu szczęśliwych polskich Kresów

8958079-wolyn

 

Czytelniku,

W 2009 roku, na kilka lat przed wybuchem wojny ukraińsko-rosyjskiej, miałem okazję zwiedzić Wołyń i Podole w podróży życia. Wstrząsnęła mną pustka Wołynia oraz jego cisza. W Łucku na mszy 14 lipca 2009 roku katolicki biskup łucki mówił o „tragedii”. Ktoś, kto nie zna kontekstu mógłby się dopatrzyć jakiegoś apokaliptycznego nieszczęścia, kosmicznej katastrofy, która zamieniwszy się w „tragedię” przeorała tę ziemię pozostawiając po obu stronach granicy polsko-ukraińskiej ciszę, która na Ukrainie jest miarą niepamięci i wyparcia OBCYCH, czyli Polaków, Żydów i Czechów, którzy zginęli pod ciosami siekier latem 1943 roku, a w Polsce była przez lata miarą NIEPAMIĘCI wymuszonej, niechcianej, wypartej, bo niewygodniej politycznie. Zastanawiało mnie to, czy Jerzy Giedroyć i środowiska paryskiej „Kultury” i ich wpływ na kształtowanie polskiej linii politycznej wobec naszych wschodnich sąsiadów po upadku ZSRR, nie wyrządzili pamięci Wołynia szczególnie wielkiej krzywdy. Linię Giedroycia podjęła Gazeta Wyborcza, która wkładała Polakom przez dwadzieścia lat do głowy, że Polacy uciskali mniejszości w II RP, że w sumie zginęło tylko 40 do 60 tysięcy ludzi, że był polski odwet, w którym AK zabijała biednych Ukraińców i że między tym, a tym, jest znak równości. Zaskakujące jest to, że polscy politycy, z lewa, jak z prawa, byli zaskakująco zgodni co do tego. Popieramy wszelkie dążenia Ukrainy, rezygnując z praw polskiej mniejszości, cichutko nie wspominamy o polskości Lwowa, bo w roku 2012 mamy wielkie polsko-ukraińskie święto piłkarzy. Pragnę zapewnić, że nie jestem żądnym zemsty polskim nacjonalistą, nie marzy mi się powrót na Kresy, nie chcę rozbierać Ukrainy razem z Putinem. Uważam, że Polacy i Ukraińcy powinni się pojednać, ale pojednać można się tylko na prawdzie. Strona ukraińska wykonała w tym roku kilka niesłychanych i nigdy wcześniej nie podjętych gestów, jak złożenie przez prezydenta Poroszenkę kwiatów w Warszawie, przeprosiny pani Nadii Szewczenko, deklarację Kościoła Greko-katolickiego na Ukrainie.  To jednak jest początek tego procesu, a ja chciałbym napisać o filmie.

Film Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń”, jaki właśnie niedawno wszedł do kin w Polsce jest pierwszą wypowiedzią filmową polskiego kina na temat niesłychanie bolesny temat rzezi wołyńskiej 1943, czyli ludobójstwa dokonanego na polskich mieszkańcach Wołynia i Podola i okolic Lwowa przez ukraińskich nacjonalistów spod znaku OUN (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów) i Stepana Bandery (sam Bandera siedział wtedy w niemieckim obozie koncentracyjnym). Myślę, że widzowie znający filmowy warsztat Smarzowskiego odnajdą w tym filmie kilka charakterystycznych dla niego „chwytów” – niezwykle dobre są masowe sceny na ślubie (pierwszy film „Wesele”), poetyka brutalnej, werystycznej siły, z jaką pokazywana jest przemoc. O ile w przypadku „Drogówki” (to najsłabszy film tego reżysera) ta ekspozycja makabry, pachnącej rzygowinami i litrami wódki, ocierała się o pastisz własnego języka filmowego, w przypadku „Wołynia” przemoc jest środkiem do pokazania prawdy historycznej, opartej o rzetelne i niezwykle drobiazgowe studium historyczne. Jednym słowem Smarzowski niezwykle skrupulatnie odrobił lekcję historii. Za chwilę udowodnię to na szerszym historiograficznym gruncie.

Według mnie kluczem poetyckim do tego filmu jest jego zamknięcie. Do tej pory bohaterowie Smarzowskiego, czy to w makabrycznym „Domu Złym”, czy w regionalnej i historycznej „Róży” ze świetnymi rolami Marcina Dorocińskiego i Agaty Kuleszy, uchodzili z życiem. Nawet zachlewający się wódą pisarz w wykonaniu Więckiewicza w „Pod mocnym Aniołem” ma szansę na wydostanie się ze swojego piekła. Zawsze w tych filmach (proszę niech Państwo zwrócą na to uwagę) kamera w ostatniej scenie unosi się ponad świat, pokazuje z góry (metafora milczącego Nieba) ziemski padół z jego brudem, cierpieniem i krwią, jak gdyby reżyser pragnął pozostawić ten świat, takim jakim jest, jednak z jakąś, może minimalną formą nadziei. W „Wołyniu” nie ma nadziei. Kamera zostawia świat w chwili (oczywiście unosząc się do góry), kiedy główna bohaterka i jej dziecko przekraczają nurty rzeki po moście. Jadą na wozie, razem z zabitym wcześniej przez NKWD ojcem chłopca, dobrym Ukraińcem Petro. Nikt chyba nie zwrócił uwagi, że to jest marsz przez nurty Styksu. To rzeka zapomnienia. Za rzeką, rozciąga się piękny świat, w którym nie ma już siekier, wideł, cepów i nienawiści. Nigdy nie widziałem tak przejmującej sceny śmierci, która w filmie o śmierci, byłaby tak wysoce zmetaforyzowana.  

Skoro jest Styks, to musi być też Cerber, strażnik piekła. W moim przekonaniu są to Niemcy. Proszę zwrócić uwagę, że obecność Niemców w tym filmie zaczyna się w chwili, gdy latem 1941 roku, na dwa lata przed rzezią, napadają oni na Związek Radziecki. Niemcy, dokładnie tak jak w znakomitej książce Timothy`ego Snydera „Czarna ziemia”, byli katalizatorem piekielnych scen, jakie rozgrywały się na zapleczu frontu wschodniego. Niemcy w tym filmie z lekkością berlińskiego filharmonika rozpętują nacjonalistyczne piekło mordując Żydów. Straszne są masowe sceny rozstrzeliwania Żydów w lesie, nad dołami, ale warsztatowo są bardzo filmowe i znakomicie zaprojektowane przez reżysera, który nie miał przecież wielkiego budżetu, zaledwie 11 milionów złotych. Porażają one plastycznością, a nagość została pokazana w sposób straszliwie obnażający ofiary. Myślę, że krytycy, a zwłaszcza filmoznawcy i badacze Holokaustu powinni docenić fakt pokazania tych scen, które mają historycznie fundamentalne znaczenie dla tego, co się stało latem 1943 roku. Snyder zwrócił uwagę, że Holokaust na ziemiach wschodnich, na terenie Związku Radzieckiego dokonywał się przy masowym udziale obywateli ZSRR mordujących Żydów.

Jednak tu mamy Wołyń, a więc tereny należące do Polski przed 1939 rokiem. Jednak mam wrażenie, że polska historiografia podejmująca badawczy trud opisania rzezi wołyńskiej zupełnie pomija to, no co zwrócił uwagę Snyder. A mianowicie, że tereny te zostały podwójnie zniszczone – przez Związek Radziecki w latach 1939-1941 oraz przez Niemców w latach 1941-1943. W tej przestrzeni podwójnej pustki prawnej, mentalnej i moralnej rozegra się Holokaust i jego odprysk, czyli ludobójstwo ukraińskich nacjonalistów na ludności polskiej i czeskiej Wołynia. Pewnie Wojciech Smarzowski nie czytał książki Snydera, ale ta interpretacja wydaje mi się najodpowiedniejsza, która w sposób semantycznie spójny tłumaczy rzeź.

Oczywiście, że film jest opowiedziany historycznie w sposób nie oszczędzający nikogo. Polacy są panami sytuacji w 1939 roku. Mają lepsze morgi ziemi, lepsze widoki na przyszłość. Ukraińcy żyją ze swoją wyimaginowaną krzywdą, ponieważ w tym samym czasie na sowieckiej Ukrainie za przynależność do ruchu banderowskiego była natychmiastowa wywózka do sowieckiego obozu. Na Ukrainie sowieckiej umarło z głodu od 5 do 9 milionów ludzi w latach 1930-1933. Żydzi stają się natychmiast bardzo serwilistycznie lojalni wobec władz sowieckich, jakie na polskiej części Ukrainy rozpoczynają się jesienią 1939 roku. To też jest w filmie mocno pokazane. Tak jak wywózka Polaków w lutym 1940 roku. Kto ratuje wówczas polskich bohaterów? Ukrainiec zakochany w dziewczynie i jego matka. Chłopiec zginie zabity przez NKWD. Zatem upada argument podniesiony ostatnio przez dziennikarzy Wyborczej, że film Smarzowskiego nie pokazuje ani jednego dobrego Ukraińca.

Potem atmosfera się zagęszcza. Mrok jest coraz gęstszy. Rzeź jest stopniowana przez reżysera. Nie pokazał wbijania dzieciom gwoździ do głów, ani wbijania głów na żerdzie, rżnięcia piłami kobiet w ciąży, gwałcenia zwłok. A i tak straszliwa furia ukraińskiego motłochu (przepraszam, ale trudno inaczej nazwać tych ludzi) jest trudna do wytrzymania nawet dla ludzi głęboko zaznajomionych z filmową poetyką Smarzowskiego (jak ja). Przedsmak tego, co stanie się na Wołyniu, mamy już wtedy gdy głodni polscy żołnierze konsumują psa i wtedy zostają napadnięci przez Ukraińców. Zdzierają oni skórę z polskiego żołnierza. Smarzowski pokazał to w werystyczną, ocierającą się o horror precyzją. Ta scena grzęźnie w gardle. Wtedy widz wie, że ogląda nie cud polskich Kresów, tylko piekło. 

Piekło jest w tym filmie namacalne i jest jak amok, choroba, która ogarnia wszystkich i wszystko. To jest Zło absolutne, którego najbardziej sataniczną częścią jest obrzęd święcenia siekier przez ukraińskiego, greko-katolickiego księdza, który przemawia do ludu ukraińskiego w przypowieści o kąkolu i pszenicy. To jest straszliwa scena, nie wiem, czy prawdziwa. Polacy, jakich spotkałem we Lwowie, mówią że tak. Święcić kosy miał niższy kler ukraiński, przy milczącej aprobacie metropolity Szeptyckiego. Polowanie na Polaków jest ukazane jako furia. I powtórzę za redaktorem Piotrem Goćkiem z Polskiego Radia i „Do Rzeczy”, że film Smarzowskiego uderza w najgłębsze miejsce mitu Polaków sprawców, ugruntowany przez książki Grossa i środowisko Wyborczej przez ostanie 15 lat, odkąd ukazali się „Sąsiedzi”.  Tego Salon Smarzowskiemu wybaczyć nie mógł.

Film został całkowicie pominięty podczas tegorocznego festiwalu polskich filmów w Gdyni. Wygrał kolejny masturbacyjny film, tym razem o Beksińskich. Dowodzi to jednego: polskie tak zwane elity intelektualne, dyktujące Polakom co powinni czytać, na jakie filmy powinni chodzić, są w istocie głęboko i zajadle zainfekowane wirusem anty – polskim. Rozumiem to jako obawę środowiska Wyborczej, lewicy i nieboszczki Unii Wolności o tym, że władzę przejmą łyse pały z ONR-u. Brzydzę się jednymi i drugimi. Jury w Gdyni pokazały, że nie mają pomysłu, gubią się widząc film tak straszliwie obnażający Polaków i walący po głowie, bezkompromisowy, i bardzo dobry historycznie. Całe szczęście, że Smarzowski nie przyjął nagrody od prezesa TVP Kurskiego. Wykazał się klasą do końca. Rozumiem go. Smarzowski chce być niezależny od wszystkich środowisk politycznych.

Jako nauczyciel historii poszedłbym na ten film tylko z młodzieżą klasy maturalnych LO, ponieważ jest ciekawym asumptem do głębokiej dyskusji  na temat Wołynia na zasadzie projektu. Młodzież powinna się oczytać. Szkoda, że ukraińska historiografia jest mało znana w Polsce, by można było ją wykorzystać na lekcjach. Ja nie znam ukraińskiego języka, a powinienem.

Film pokazuje też polską zemstę. Jest ona równie potworna jak zbrodnie ukraińskie. W tej scenie, gdy Polacy zabijają Polkę, co za Ukraińca wyszła, mogą polscy widzowie zrozumieć na drodze paraleli ludobójstwo w Bośni oraz casus Rwandy, która chyba Wołyniowi pod względem bestialstwa najbliższa. Film Polaków nie oszczędza – są głupi, kłótliwi, nie potrafiący się zorganizować. A już bezlitosny jest wobec AK. Żyjemy mitem AK i Żołnierzy Wyklętych. A tymczasem AK nie potrafiła obronić – i nie chciała, bo tak chciał Rząd Londyński – swoich współobywateli i rodaków przed siekierami OUN. Scena rozrywania końmi polskiego oficera, rycerza i pięknoducha jest tak straszna, że nawet ja wytrzymałem to z trudem.

Uważam, że „Wołyń” Smarzowskiego jako jego osobiste dokonanie jest przykładem niesłychanej odwagi cywilnej i artystycznej, jaką wykazał się ten facet. Może pod względem artystycznym „Dom Zły” jest jeszcze straszniejszy, ale tamten film był poetyką horroru. A „Wołyń” Smarzowskiego uważam za najwybitniejszy polski film historyczny powstały po roku 1989 roku i jako taki przejdzie do historii.

Opublikowano antysemityzm, Czarna Ziemia, czas honoru, dyskurs historyczny, film, front wschodni, Holokaust, II Wojna Światowa, Kamienie na szaniec, Niemcy, Obława, recenzja, Ukraina, wojna na Ukrainie, Wołyń, zbrodnie II wojny światowej | Otagowano , , , , , , , , , , , | 3 komentarzy